16_162_x_252_web.jpg

Beniamin M. Bukowski "Mosdorf. Rekonstrukcja", Teatr Nowy w Poznaniu, 2016, reż. Beniamin M. Bukowski , fot. Jakub Wittchen

Oni istnieją

Jacek Sieradzki
W numerach
Luty
2017
2 (723)

W piątek, 15 czerwca 1934 roku, do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zadzwonił Jan Mosdorf, przywódca Obozu Narodowo-Radykalnego i zażądał rozmowy z ministrem. Obóz został pięć dni wcześniej zdelegalizowany, nastroje wśród działaczy były prawdziwie radykalne. Władze szykowały konfiskatę „Strażnicy”, oenerowskiego pisma. Mosdorf chciał nakłonić ministra do zmiany tej decyzji twierdząc, że ukazanie się „Strażnicy” rozładuje napięcie, a konfiskata tylko je wzmoże. Gdy usłyszał od sekretarza, że minister jest na przyjęciu w Resursie i rozmawiać może dopiero w poniedziałek, szepnął zaaferowany pół do siebie a pół do rozmówcy: nie, nie, w poniedziałek będzie za późno.

1.

W piątek, 15 czerwca 1934 roku, do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zadzwonił Jan Mosdorf, przywódca Obozu Narodowo-Radykalnego i zażądał rozmowy z ministrem. Obóz został pięć dni wcześniej zdelegalizowany, nastroje wśród działaczy były prawdziwie radykalne. Władze szykowały konfiskatę „Strażnicy”, oenerowskiego pisma. Mosdorf chciał nakłonić ministra do zmiany tej decyzji twierdząc, że ukazanie się „Strażnicy” rozładuje napięcie, a konfiskata tylko je wzmoże. Gdy usłyszał od sekretarza, że minister jest na przyjęciu w Resursie i rozmawiać może dopiero w poniedziałek, szepnął zaaferowany pół do siebie a pół do rozmówcy: nie, nie, w poniedziałek będzie za późno.

I było za późno. Piątkowym popołudniem minister Bronisław Pieracki zginął w zamachu na progu Resursy.

Sekretarz oczywiście powtórzył policji przebieg telefonicznej rozmowy. W efekcie przyśpieszyło to pacyfikacyjną akcję piłsudczyków, którzy z endecją od dawna mieli na pieńku. Paręset działaczy ONRu trafiło do aresztów, potem do założonej właśnie Berezy Kartuskiej. Z wyjątkiem Mosdorfa, któremu udało się zwiać. I któremu… spodobało się życie w ukryciu. Nie chciał się ujawnić i wtedy, gdy już uspokoiła się obława, i wtedy, gdy już nawet formalnie nic mu nie groziło, ponieważ władze oskarżyły o zamach ukraińskich nacjonalistów. Na procesie zabójcy, owszem, pojawił się, poza tym jednak siedział głęboko na tyłach, odsunął się – czy został odsunięty – od bieżącego kierowania organizacją, nie wszedł ani do Falangi, ani do frakcji ABC, pisał ideologiczne artykuły w „Prosto z mostu”, tudzież swoje opus magnum, książkę Wczoraj i jutro, radykalną i dość obrzydliwą. Gdy wybuchła wojna, trafił do Auschwitz. I tam zginął, oskarżony przez obozowego denuncjatora o pomaganie Żydom.

Czytam te wyimki biografii sprzed osiemdziesięciu lat jako niemal gotową kanwę drwiąco-ironicznej tragifarsy, filmowej czy teatralnej, o paradoksach życia ideologiczno-publicznego. O zasadniczej roli telefonu nie w porę i o innych, absurdalnych przypadkach. O kolizji czystości ideologicznej z pragmatyzmem politycznym, pod spodem której czai się pytanie, od którego to telefonu do ministra z przeciwnego obozu zaczyna się cynizm. I czy jest nieunikniony? O tym, jak ładnie buńczuczność w słowach przykrywa dekownictwo w czynach, ale i o tym, jak ktoś gotów na wszelkie draństwo na piśmie, może potem, wbrew oczekiwaniom wszystkich, przeciwstawić się zbrodni w realu. O niejednoznaczności postaw nazbyt jednoznacznych, o radykalizmie ustępującym dość skwapliwie przed zwykłą życiową wygodą. O tym, jak zapał retoryczny owocuje przemocą i wcale nie trzeba do tego wojny. W latach trzydziestych partyjne bojówki tłukły się naprawdę, choćby na uniwersytetach: „…od roku 1934 zajęcia na uczelniach wyższych w Polsce były zawieszane ponad dziesięciokrotnie – pisze monografista Mosdorfa, Mateusz Kotas. – Zajęcia te nie ograniczały się tylko do zwykłych przepychanek, czy drobnych pobić, bywało, że używano broni palnej, a niektórzy uczestnicy zajść tracili życie”1.

O tym wszystkim chciałbym zobaczyć głęboki, wyważony, zdystansowany film lub teatr. Aliści go szybko nie zobaczę, ponieważ na horyzoncie nie widać doświadczonych opowiadaczy stających ponad codzienną bijatyką, umiejących celnie odróżnić aspekty poważne od komicznych. Co gorsza, nasze życie ideowe wciąż żeruje na przedwojennych naparzankach, lekko tylko uaktualnionych, za to sprowadzonych do płaskich etykiet. W związku z czym pytanie stawiane teatrowi zajmującemu się takim na przykład Mosdorfem nie dotyczy tego, czy suma sprzecznych cech tkwiących w tym działaczu jest warta uwagi. Prędzej pada wątpliwość, jakim czołem w ogóle można poświęcać uwagę jednemu z ojców-założycieli ONRu, organizacji, której współcześni spadkobiercy są, nikt nie zaprzeczy, rzeczywistym zagrożeniem elementarnego społecznego ładu.

Nasz drogi teatr od dawna nikim tak paskudnym nie brudził sobie rąk, uważając i tę tradycję, i jej dzisiejszych wyznawców za zjawiska nieistniejące. Dzisiejsze zainteresowanie endekami ma więc poniekąd charakter eksploracji pierwotnej, jak bywa, kiedy ktoś otworzy dawno zamknięte drzwi i odkryje za nimi całkiem nieznane pomieszczenia. Maciej Nowak w poznańskim Teatrze Polskim zaprosił Grzegorza Laszuka z Komuny Warszawa, radykała z obozu jak najdalszego od endecji i zaproponował mu zrobienie przedstawienia o Myślach nowoczesnego Polaka Romana Dmowskiego. Laszuk przeczytał i tę książkę, i powieści wydawane pod pseudonimem Wojciech Wybranowski, po czym doszedł do wniosku, że Dmowski był beznadziejnie głupim autorem i złym człowiekiem. Sąd jak sąd; jeśli coś dziwi, to fakt, że po tej konstatacji artysta kontynuował pracę nad spektaklem. Po co? Powstało widowisko w warstwie wizualno-ruchowo-muzycznej z pewnością wartościowe dla tych, którzy lubią taki rodzaj teatru. Ale w kwestii przyjrzenia się czemuś niezbyt może dobrze rozpoznanemu miało ono wartość niestety zerową. Nie zgodzę się z Ewą Guderian-Czaplińską piszącą w tym numerze kilka stron wcześniej, że satyryk Laszuk „wymierzył karę śmiechu zjawiskom, które uważa za groźne, acz niereformowalne”. Gołe inwektywy to jednak co innego niż satyra. Komunard Warszawski zachował się tu raczej, by zostać przy użytej wcześniej metaforze, jak ktoś, kto wchodząc do nieznanego sobie pomieszczenia, mówi już w drzwiach: dobra, połażę tu trochę, ale już wiem, że nic mi się nie spodoba.

Natomiast Beniamin M. Bukowski, dramatopisarz i reżyser, którego w tym numerze prezentujemy w zupełnie innym obszarze zainteresowań – a czytelnicy, którzy pamiętają Niesamowitych braci Limbourg 2, mają jeszcze więcej powodów do zaskoczeń – stworzył o Janie Mosdorfie w poznańskim Teatrze Nowym spektakl rzetelny, skromny i… może trochę zbyt nieśmiały, bez należnego blasku. Jakby mu, reżyserowi jeszcze niedoświadczonemu, nie starczyło oddechu na mocniejsze puenty, na jaskrawsze kontrasty 3. Ot, choćby ta sekwencja z zamachem na Pierackiego, o której tu fantazjowałem, przeszła na scenie zupełnie blado. A z kolei wyzywający pomysł, żeby konspiratorów w Oświęcimiu ukazać na leżakach, jak swego rodzaju obozową arystokrację, wyskoczył w przedstawieniu jak diabeł z pudełka, niezbyt pasując do całego toku narracji. Bukowski zaczął spektakl ostrą sceną zestawienia słów młodziutkiego Mosdorfa i młodego Hitlera (obydwaj w gaciach, jakby szykujący się dopiero do wejścia na dziejową arenę). Ale narzucającego się klamrowego pomysłu – że przecież na koniec właśnie Hitler w ramach realizacji nie czego innego, tylko narodowej doktryny, wysyła ideowego bliźniaka do gazu – już nie wykorzystał.

Reżyser opowiadał w jednym z wywiadów przed premierą, że zrobiło na nim spore wrażenie, kiedy podczas Sopot Non Fiction, gdzie prezentował urywek projektu, przyszli narodowcy i podjęli rzeczową, przygotowaną historycznie dyskusję. 4 Zapewne refleksem tamtego doświadczenia jest sekwencja w poznańskim spektaklu, gdzie jeden z aktorów, stając w drzwiach widowni, wygłasza mocną filipikę przeciw przeinaczaniu w złej wierze endeckiej tradycji „w tych waszych teatrach”. Stosowanie uogólnień i liczby mnogiej jest średniej klasy chwytem erystycznym, ale poza tym polemika narodowca jest całkiem elegancka i kulturalna. Dlaczego więc niedwuznacznie słyszymy groźbę w jego słowach? Czy dlatego, że jego twarz do końca pozostaje w cieniu, bo gada akurat wtedy, kiedy na scenie na chwilę zgasło światło?

Takich znaków zapytania, sygnałów nie tyle sprzeciwu, ile niepokoju jest więcej rozsianych po krótkim, półtoragodzinnym przedstawieniu. Dla mnie najbardziej dotkliwa – bo kompletnie nieoczekiwana – jest sekwencja, nazwijmy ją, miłości do języka. Sympatyczny długowłosy facet (Radosław Elis) staje bezpośrednio przed pierwszym rzędem. Empatycznym głosem urodzonego nauczyciela rozpoczyna praktyczną lekcję polskiego: ćwiczy koniugację dwóch podstawowych czasowników, być i mieć. Prosi o konstruowanie zdań w odpowiednim czasie i trybie, podpowiada właściwe formy. A potem nieoczekiwanie głos mu twardnieje. „Nie dopuszczę – mówi – żeby język polski stał się w swojej ojczyźnie językiem obcym.” Wyrzuca ramię w geście, który nazwę hajlowaniem, choć pewnie narodowcy mają na to inną nazwę. I znika.

Ta scena nie ma, jak widać, nic bezpośrednio wspólnego z biografią Jana Mosdorfa, ale może być, sądzę, kwintesencją powodu, dlaczego Bukowski zajął się właśnie tą postacią i tą problematyką. Jedno zdanie, jeden gest. Zdanie słuszne, ja się na przykład pod nim chętnie podpiszę. Gest – uzurpatorski, bo anektujący wszystkich tych, którzy też się chętnie podpiszą, pod sztandar, z którym nie mają zamiaru mieć nic wspólnego. Pytanie, jak przypilnować tej granicy, którą, jak widać, przekracza się w ułamek sekundy. Jak nie dać się wpisać pod nienawistne proporce, a jednocześnie nie oddawać w arendę dziarskim chłopcom misji chronienia języka polskiego. Bo i niby czym, psiakrew, zasłużyli sobie na taki monopol?

2.

Commedia dell’arte Polska współczesna grana jest nieprzerwanie od stu piętnastu lat. Nie na scenach, niestety: wyzwanie Wyzwolenia jest zbyt często za trudne dla polskich teatrów. Ale w podskórnej mentalności narodowej tytuł wciąż idzie kompletami. I cieszy trafnością obrazów.

Dziś na przykład rządzi frakcja Przodownika:

PRZODOWNIK

     Palone buty, zapalny ruch, palące krótkie słowo;

     z pogardą patrzy w tamten tłum, gdzie każdy kiwa tylko głową

     i sądzi, że weń wstąpił duch, gdy mówi jedno wciąż na nowo. […]

     Podajmy sobie ręce braterskie i jedno ino wciąż wołajmy: Polska, Polska.

CHÓR Polska, Polska!

PRZODOWNIK Braterskie sobie podajmy ręce, abyśmy wiedzieli, że w węzeł spajamy się nierozdzielny, nierozerwalny, uświęcony tym słowem: Polska.

CHÓR Polska, Polska!

PRZODOWNIK Rozpacz rozumów naszych niech zabije i rozgoni ten jeden jedyny zgodny chór słowa:

CHÓR Polska, Polska. 

PRZODOWNIK Niech każdy wie, że w piersi naszej i myśli naszej nie ma nic, co by się temu słowu oparło. Kto nam wydrzeć to słowo zechce, ten najdzie nasze piersi i myśl naszą pustkowiem a głuszą. Nie patrzmy poza nasz stół, nie patrzmy; jeno braterskie sprzęgnijmy ręce i krzyczmy, krzyczmy: Polska!

CHÓR Polska, Polska!!

Ale wczoraj rządziła frakcja Prezesa. Nie jest winą Wyspiańskiego, że błędnie poprzydzielał tytuły narodowym koryfeuszom.

PREZES W przyszłość patrzmy i aby synowie i wnuki, i prawnuki nasze, spokojni i powolni, na sercach kładli ręce i w przyszłość patrzyli coraz dalszą.

CHÓR kiwa głowami […]

PREZES A teraz pogodni zasiądźmy do wspólnego stołu i pamiętajmy jedno: nie wymawiać nigdy słowa: Polska.

Ekspansja stylu rządzącej drużyny Przodownika jest nie do zniesienia. Wszędzie wokół krzyczą, myślą, gadają, działają i kombinują nie obywatele, nie bliźni, nie partnerzy, nie społeczność, lecz Polacy, zawsze Polacy, przez bardzo duże P. Demagodzy zawłaszczają tę kategorię, wkładają ją pod wielki kwantyfikator, naciągają partykularne poglądy i czyny tak, żeby dostawały ogólnonarodowego rozpędu. A do nich dostosowują się inne dziedziny życia, niepolityczne, ale wyczulone na obowiązującą frazeologię i walczące o posłuch. Na przykład reklamy. Słyszymy w związku z tym, że „Polacy wybrali naszą mortadelę najlepszą wędliną tysiąclecia” i robi się niedobrze nie tylko na myśl o smaku tego mięsnego rarytasu narodowo uwznioślonego. Teatr, zawsze najeżony wobec obowiązkowej mowy, nie ulega tej tendencji i trudno go za to winić. Ale coś na tym traci w samym procesie komunikacji.

Albowiem my z tej drugiej drużyny, wierni – nierzadko odruchowo – innemu przykazaniu z Wyzwolenia: „Nie będziesz wzywał imienia Polski nadaremno”, też przesadziliśmy w swoim czasie, lokując swoje życie, myśli i uczucia w Tymkraju. Dobrze jeszcze, gdy wymawianym bez swego rodzaju uśmieszku, który miał być znakiem inteligenckiego dystansu, a robił się po prostu znakiem wyższości. Ale nawet i bez tego nasz Tenkraj był, chcąc nie chcąc, narzędziem alienacji. Odpychał tych zjadaczy polskiego chleba (choć i bułek paryskich), dla których polskość była naturalną i bezrefleksyjną życiową identyfikacją, jedną z kotwic określających ich miejsce w świecie. Ktoś, kto korzysta z takiej identyfikacji, nie musi natychmiast lecieć bić Żyda albo podpalać budki z kebabem. Ale tak czy owak jest mu ona niezbędna. A gdy mu ją zabierają tenkrajowcy, sam ją sobie konstruuje. W kontrze i w złości. Nasza prowincja pełna jest dziś murali ze znakami Polski Walczącej malowanych z nieprawdopodobną starannością, wręcz wypieszczonych. Nie umiem odgonić myśli, że chyba wiem, przeciwko komu oni tak pieścili te 
wizerunki.

Tadeusz Słobodzianek napisał dla swojego Teatru Dramatycznego m. st. Warszawy Niedźwiedzia Wojtka, balladową opowieść o wojennej wędrówce Andersowców z Persji do powojennej Anglii i Szkocji. Jak w filmie o czterech pancernych, co szli na Berlin, i tu dostaliśmy sympatyczną epopeję o naszych chłopcach na tułaczce daleko od domu, heroicznych i zwyczajnych, śpiewających przy obozowych ogniskach nieśmiertelne żołnierskie piosenki (na głosy). Rolę ocieplającego narrację zwierzaka przejął po psie Szariku niedźwiadek przygarnięty w Iranie i szmuglowany potem przez całą kampanię aż do klatki w edynburskim zoo. Słobodzianek, rzecz jasna, nie napisał tak poczciwie harcerskiej klechdy, jak pułkownik Przymanowski; jego chłopaki, miast kochać się w Lidce i Marusi, puszczają się na dziwki w Palestynie, kłócą się narodowościowo, bo każdy jest z innej mniejszości albo innego kawałka Polski. Gorzko też rysuje się ich życiowa degradacja na niechcianej emigracji w nagrodę za wierną służbę. Ale całość nie wychodzi poza rolę udramatyzowanej lekcji historii.

Parę krzeseł obok siedział może dziesięcioletni chłopak wpatrzony i wsłuchany w scenę, jakby tam pokazywano Gwiezdne wojny. Podsłuchałem rozmowę rodzica, gdzieś trzydziestoletniego mieszczanina w inteligenckich okularach, z jakimś znajomym. Wziąłem go – tu gest w stronę syna – żeby zobaczył, jak to w naszej historii bywało.

Teatr nie tylko uznał za nieistniejące albo skazane na wyginięcie endeckie skrzydło tradycji i teraz odkrywa je, jak, nie przymierzając, Malinowski dzikich w Papui. Kategorią non-existent opatrzył także tego rodzaju klientelę. Uznając, chyba nazbyt naiwnie, że oni całkowicie roztopią się we współczesnej kulturze globalnej, że kotwice myślowe zapewni im sieć i światowe listy przebojów we wszystkich dziedzinach, że identyfikacja narodowa będzie odchodzić do muzeum z zeszłowiecznymi atrybutami cywilizacji. Nie docenili kulturowego nawyku, którego się nie zbywa tak, ot, na przestrzeni jednego pokolenia. Oni wciąż istnieją. I gdy przyszedł Przodownik z „palącym krótkim słowem” (w dodatku schlebiającym), stanęli przy nim, konstytuując ów dzisiejszy podział Polski nie na władzę i społeczeństwo, jak było za komunizmu, lecz na dwa plemiona gromadzące się pod różnymi totemami. Przy czym ci, którzy stanęli przy Przodowniku, nie poparli go bezkrytycznie; nie byliby inteligentami, gdyby nie widzieli różnych nikczemności i komiczności tego męża stanu. Ale pod jego totemem przewodnim poczuli się dobrze. Bezpiecznie.

Co jednak nie znaczy, że nie są do rozmowy. I że teatr, gdy wreszcie odkryje do końca, że istnieją, nie powinien szukać do niej okazji.

Z tego powodu bez wielkiego entuzjazmu notuję tu ów rekonesans Teatru Polskiego w Poznaniu w stronę Romana Dmowskiego. Akolici teatru kupują spektakl z rozkoszą, ich jednak nie trzeba w tej sprawie do niczego przekonywać. Gdyby zaś na widownię trafił widz, który o Dmowskim coś tam słyszał – że to wielki Polak na przykład, ale bez szczegółów – i na dzień dobry dostałby od teatru komunikat, że rzecz będzie o człowieku głupim i złym, odpowiedziałby sobie w duchu „samiście głupi” i tyle byłoby rozmowy. Nie mogę się też, przy pełnej rewerencji, nie pospierać z Ewą Guderian-Czaplińską, która w Mosdorfie z poznańskiego Teatru dostrzega przesłanie „Nikt nie jest jednowymiarowy”. Kwituje je jednak zdaniem: „Prawda piękna, ale tak myślę, że nie starcza mi już na nią cierpliwości”. I konkluduje: „Zmierzam do pytania, czy gest Mosdorfa coś zmienił w postawie tego pana, który przed chwilą, 11 listopada, parł środkiem ulicy i wywrzaskiwał rymowanki o ciapatych?”.

Co miał zmienić w tym dzielnym wojowniku? On może wyrósł z pamięci właśnie o wczesnym Janie Mosdorfie, tym sprzed heroizmu oświęcimskiego, ale i sprzed dekownictwa po zamachu na Pierackiego, tym, o którym biograf pisze „…nie był młodym chłopakiem, któremu po prostu «podobała» się ideologia narodowa. Był on raczej modelem fanatyka, który na wskroś przesiąknięty był duchem narodowym, palącym się do walki i pracy organizacyjnej” 5. Nie ma sensu wmawiać nowemu fanatykowi, że stary fanatyk nie był, jaki był, albo oczekiwać, że spektakl o zniuansowaniu postaw życiowych starego wpłynie na nowego. Ten nowy musiałby zresztą, żeby dać szansę na siebie wpłynąć, w ogóle na widownię przybyć. Niedoczekanie nasze.

Aliści ów tatuś, co przyprowadził do teatru latorośl, żeby zobaczyła, jak w historii Polski bywało naprawdę – on by przyszedł. I, śmiem twierdzić, byłby w stanie podjąć rozmowę o tym, że to nie jest wszystko takie proste, że w myśleniu o historii nie ma miejsca na nieskazitelnych idoli, że wybierać wartości należy na trzeźwo, a wielkość niekiedy sąsiaduje ze śmiesznością i wcale to wielkości nie uwłacza. O takim kliencie teatr powinien pomyśleć – a nie oddawać go za bezcen w pacht demagogii Przodownika i agresji neoNarodowców. Tylko może należałoby nie obrażać go w drzwiach. I nie mówić mu, że zupełnie nie starcza nam na niego cierpliwości. To naprawdę niezbędne, jeśli nie chcemy odkrycia „o n i  i s t n i e j ą” dokonywać wciąż na nowo, w coraz większym, coraz bardziej przeraźliwym wymiarze.

 

  • 1. Mateusz Kotas Jan Mosdorf. Filozof, ideolog, polityk, Dom Wydawniczy „Ostoja”, Krzeszowice 2007, s. 21.
  • 2. Druk. w „Dialogu” nr 12/2015.
  • 3. W tekście, który miałem okazję czytać, było więcej elementów czysto groteskowych, rozładowujących, może wyleciały w trakcie przedpremierowych skrótów?
  • 4. „Po pokazie wywiązała się długa i inspirująca dyskusja z członkami Młodzieży Wszechpolskiej pokazująca, że dialog pomiędzy zantagonizowanymi częściami społeczeństwa nie tylko jest zawsze możliwy, ale też ważny i niezbędny”, zob. Marta Kaźmierska O antysemicie niechętnym Niemcom – nowy spektakl w Teatrze Nowym. „Gazeta Wyborcza – Poznań” z 22 grudnia 2016.
  • 5. Kotas, op.cit. s. 19.

Udostępnij

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od 1984 roku. Od 1991 roku – redaktor naczelny. Krytyk teatralny. Ukończył Wydział Wiedzy o Teatrze Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. W latach 1986–2002 był stałym recenzentem „Polityki”, w latach 2003–2011 pisał w „Przekroju”. Był pomysłodawcą konkursu na scenariusz festiwalu teatralnego w Katowicach, a potem dyrektorem artystycznym kilku edycji Festiwalu Twórczości Reżyserskiej „Interpretacje”. Koordynator merytoryczny Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Dyrektor artystyczny Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port w Gdyni.