2_1441_x_948.jpg

Demonstracja ONR „W Obronie Chrześcijańskiego Dziedzictwa Europy”, Wrocław, Kwiecień 2016. Źródło: Radiowroclaw.Pl

Noty o końcu świata, jaki znamy

Adam Szostkiewicz
W numerach
Październik
2017
10 (731)

"Nie nienawidzę cudzoziemców. Nienawidzę ich tutaj. To jest różnica."
David Greig, Wydarzenie

Na placu Katalońskim w Barcelonie wiele dni po tragedii wciąż palą się znicze i pachnie kwiatami. Miejsca ataków terrorystycznych wszędzie w Europie wyglądają podobnie. Podobne są też reakcje ludzi. Spontanicznie szukają wsparcia i pokrzepienia w tworzonej ad hoc wspólnocie. Gromadzą się, by pobyć razem, zapalić znicz, pomodlić się, położyć kwiaty, maskotkę, krótki list do ofiar, jakieś ręcznie napisane przesłanie na kartoniku.

W Barcelonie wśród morza zniczy i kwiatów w miejscu ataku, którego narzędziem była furgonetka i w którym zginęło co najmniej piętnaście przypadkowych osób – sami turyści, w tym siedmioletni chłopak – wypatrzyłem kartki z hasłami: Nie dla dżihadu, nie dla krucjat! Stop islamofobii! Nie damy się przestraszyć! Ktoś zostawił obrazek Marii z Dzieciątkiem, ktoś flagę Katalonii z dorysowanymi krzyżykami. Patrzyłem na twarze tych, którzy przyszli, jak ja, zobaczyć miejsce tragedii i uczcić na swój sposób jej ofiary. To były twarze skupione. Bez oznak gniewu, nienawiści, oburzenia, strachu. Turyści i tubylcy zjednoczeni na chwilę w poczuciu, że kimkolwiek jesteśmy, obcy czy tutejsi, jesteśmy istotami ludzkimi. Miejsce ataku jednoczy nas ponad wszelkimi różnicami. Nienawiść ustępuje miejsca egzystencjalnej solidarności. Choćby na chwilę, na dzień, na wspólny marsz ponad podziałami. Pragnienie odwetu ustępuje potrzebie obrony naszej codziennej normalności. Barcelona staje się miastem oblężonym, ale nie przestaje być otwarta. Życie po szoku jest inne, ale toczy się  dalej.

Tu kultowy wiersz mojego pokolenia brzmi inaczej. Może nie fałszywie, ale jakby pusto. Tłumy na placu Katalońskim raczej nie odnajdą się w dualistycznej wizji Zbigniewa Herberta, w której świat jest w stanie permanentnego oblężenia przez barbarzyńców, ani w języku mówiącym o doświadczeniu zdrady i upokorzenia. Ich język jest językiem nadziei, że fanatyczne skrajności nie wedrą się do Miasta, a Miasto pozostanie wolne i otwarte. Bliżej im do pluralizmu niż do dualizmu w perepcji rzeczywistości. Moje pokolenie, w innych warunkach geopolitycznych, w rzeczywistości świata przedzielonego murem berlińskim, też żywiło taką nadzieję i doczekało się jej spełnienia, a dziś – choć nie w całości – przeżywa niepokój, że świat się zamknie i podróż do Barcelony z Warszawy czy Krakowa znów będzie niespełnialnym marzeniem, bo politycy zbudują nowy mur strachu i niechęci dzielący Europę. Dziś w naszej pokomunistycznej części Europy, ale nie tylko, bo na przykład także w Norwegii, gdzie skrajnie prawicowy socjopata dokonał masakry na członkach socjaldemokratycznej młodzieżówki, strach przed Innym, nawet jeśli się go nie widzi na oczy, jak w Polsce, został skutecznie wykorzystany w grze politycznej o władzę.

Polska jest może najbardziej przestraszonym narodem w dzisiejszej Europie, choć nie dotarła do nas fala uchodźców z Syrii i Iraku, nie doszło do żadnego ataku z udziałem muzułmanów, a nasze dziedzictwo obejmuje tradycję wielokulturowej Rzeczypospolitej jagiellońskiej, najlepszej naszej epoki przed trzecią niepodległością i wstąpieniem do Unii Europejskiej, symbolicznie i cywilizacyjnie włączającym nas do świata zachodniego. Cząstką tej tradycji są polscy Tatarzy muzułmanie i Polacy przechodzący na islam, zarówno w czasach osmańskich, jak współcześnie. Posoborowy papież Polak Jan Paweł II odwiedzał kraje muzułmańskie, spotykał się tam z duchownymi i młodzieżą, odwiedził meczet w Damaszku, wziął w ręce Koran.

To wszystko jednak idzie dziś w zapomnienie albo jest eliminowane ze zbiorowej świadomości. Nie można tego zwalać jedynie na prawicową propagandę, gdyż wielu ludzi niezwiązanych z tą opcją, znanych i nieznanych, też przeżywa chwile zwątpienia, a w dramacie w Barcelonie widzą kolejny dowód, że mija, być może bezpowrotnie, epoka dialogu, współkształtowana przez przywódców religijnych i politycznych, intelektualistów, akademików, ludzi kultury i mediów. Chcąc nie chcąc, konfrontujemy się z naszymi mistrzami, poetami, pisarzami, filozofami, mentorami w sprawach historii i polityki. Wszyscy byli rzecznikami dialogu z Innym na polu kultury, religii, duchowości, stosunków międzynarodowych, spraw społecznych.  Spotkanie z Innym miało nas wzbogacać. ,,Inny – inne Ja, inny podmiot świadomości – jest «otwarty na to, co inne»: świat, ludzi w świecie, Boga. Jego otwarcie, podobnie jak moje, ma charakter dialogiczny i intencjonalny”1 – pisał ksiądz Józef Tischner. Przypominał, za Emmanuelem Levinasem, że Inny ,,ofiaruje mi świat” i że inność jest wzajemna. Inność zawsze prowadzi do pytania o tożsamość. Prowokuje do definiowania się na nowo. To często proces bolesny, lecz ,,Inny wzywa najpierw do pojednania. Fundamentem pojednania jest wzajemne uznanie, które może mieć charakter estetyczny, etyczny, religijny. Dalszym warunkiem pojednania  jest porozumienie. Aby się porozumieć, trzeba się zrozumieć, aby się zrozumieć, trzeba mieć ,,materiał” na to pozwalający, pewne doświadczenie. No właśnie: jak słowa Tischnera, orędownika dialogu z Innym, wytrzymują próbę czasu? Chyba nie najlepiej. Chętniej sięgamy po Uległość Houellebecqa niż po Ja i Ty Bubera, książki Levinasa, Heschela, Kołakowskiego. „Dialogizm” jako filozofia i jako postawa życiowa przeżywa kryzys. Inny postrzegany jest coraz powszechniej jako Obcy. Nie wiemy, jaką decyzję podejmą ostatecznie społeczeństwa ,,oblężone” – dziś mniej przez Herbertowskie armie barbarzyńców, a bardziej przez strach, utratę poczucia bezpieczeństwa i kierunku. Jaka będzie odpowiedź? Przecież ekstermi- nacja i masowa deportacja muzułmanów z Europy jest nie do pomyślenia. (E tam, słyszę czasem w odpowiedzi w prywatnych rozmowach: w latach trzydziestych też się wydawało, że eks- terminacja Żydów europejskich jest niemożliwa.) ,,Dialogiści” mają rację moralną i duchową, lecz w dobie internetu, mediów społecznościowych, masowej, natychmiastowej komunikacji sprzyjającej szerzeniu stereotypów, ,,fake-newsów”, strachu i nienawiści ich wpływ maleje nawet wśród ludzi wykształconych, w tym wśród duchownych. Szczególnie deprymujące jest to dla nas w katolicyzmie w Polsce. Cóż, to nasza ojczyzna, także duchowa. Po ataku w Barcelonie polski duchowny katolicki dał do zrozumienia, że była to kara za kosmopolityzm i rozwiązłość tego miasta. Muzułmanie nie zdzierżyli, bo nie akceptują zachodniego stylu życia. Ksiądz wpisał się tą wypowiedzią w większą narrację: tę o zgniłej zachodniej cywilizacji śmierci jako antypodach chrześcijańskiej cywilizacji miłości i obrony życia. Miejsce Polski, ,,zawsze wiernej”, jest po stronie tej drugiej. Zdawało się nam (liczba mnoga oznacza pewną część inteligencji, ludzi o różnych poglądach i sympatiach politycznych i ideowych, ale o podobnej, właśnie ,,dialogowej” wrażliwości), że po doświadczeniu komunizmu i innych totalizmów, polska (ale i europejska) duchowość raz na zawsze wydobyła się z mitologii nacjonalistycznego mesjanizmu, manichejskich wojen dobra ze złem, konfrontacji cywilizacji. Okazuje się jednak, że korzenie tej duchowości są za płytkie, by powrót dzikiego sacrum i religii zmilitaryzowanej nie był już możliwy. Georges Kepel nazywa to ,,zemstą Boga” na naiwnych wyznawcach idei postępu, modernizacji, dialogu bez granic. Wprawdzie oburzam się na to określenie (bo to nie Bóg się mści, tylko wojowniczy uzurpatorzy jego imienia), lecz przyjmuję ostrzeżenie z pokorą.

ZABIJAM, ŻEBY UCHRONIĆ SWOJE PLEMIĘ PRZED SŁABOŚCIĄ. […] SŁUCHAJ, NASZ KRAJ JEST ZAGROŻONY. […] WYZNAWANE PRZEZ NAS WARTOŚCI SĄ ZAGROŻONE, NASZE DZIEDZICTWO, NASZE TRADYCJE. DLA CIEBIE MOŻE TO NIC NIE ZNACZYĆ, ALE DLA MNIE OZNACZA TO WSZYSTKO. […] JESTEM GOTÓW O TO WALCZYĆ. 2

Kryzys ,,dialogizmu” ma wiele przyczyn i wiele form. Dość powszechna jest opinia, że im więcej ,,globalizmu”, kulturowego i  ekonomicznego, tym mniej ,,dialogizmu” i tym większe pragnienie ,,mocnych tożsamości”. Nie wnikając w subtelności definicyjne, należałoby chyba się z tym zgodzić, choć zawsze warto pamiętać, że ta opinia nie jest jeszcze historycznie zweryfikowana. Próbujemy opowiedzieć świat obecny z jego wnętrza i w jego dzianiu się, którego częścią jesteśmy sami. Tak czy inaczej, inność nie jest atrakcyjna dla tych, którzy nie mają pewności, kim są. Budzi w nich raczej nieufność, podejrzliwość, niechęć, wrogość. Póki nie istniał internet, stworzenie forów do dzielenia się swymi emocjami i refleksjami na te tematy wymagało zachodu. Dziś to na tych forach wygrywa się lub przegrywa wybory i referenda, tam coraz częściej rozstrzygają się losy idei i projektów politycznych. Mamy wrażenie, że świat, jaki znamy, wypadł z zawiasów, że rozum krytyczny, oświeceniowy, zasypia, a  budzą się populistyczne, faszyzujące, nacjonalistyczne demony. Że to już było, ale pamięć zbiorowa tak daleko nie sięga i historyczne analogie z faszyzmem, nazizmem, bolszewizmem nie robią wrażenia. Odbierane są jako wyraz frustracji lub histerii. Czy słusznie? Na przykładzie polskim, ale też brytyjskim (brexit jako rebelia ,,naszości”) i francuskim (uwodzicielka Le Pen), czyli w krajach o długiej tradycji demokratycznej, możemy się przekonać, że ludowa niechęć do elit władzy, pieniądza, sukcesu w tej czy innej formie jest żywa i znajduje poparcie polityczne nie tylko na skrajnej prawicy, a nawet na prawicy tradycyjnej, lecz także na radykalnej lewicy. Nie będzie z tego jednak rewolucji z gatunku tych wielkich, przeorywających historię: takiej jak francuska, bolszewicka czy amerykańska (trumpizm jest dość karykaturalną próbą reaktywacji amerykańskiego mesjanizmu).

Obecne ruchy narodowo-populistyczne nie mają potencjału rewolucyjnego, choć mogą zadać naszemu światu dotkliwe ciosy. Nie możemy ich lekceważyć. Każą nam przemyśleć na nowo ważne inteligenckie tematy: sprawiedliwości i równości społecznej, roli edukacji, kultury, mediów i elit w demokracji masowej, rozumienia wspólnoty, patriotyzmu i aktywności obywatelskiej, interesów narodowych, współpracy i rywalizacji w społeczeństwie, państwie i na arenie międzynarodowej. Wielkie wyzwania, wielkie zadania, niemożliwe do podjęcia bez minimum konsensu w polityce i społeczeństwie. Jest czas rebelii, gniewu, ,,wkurzu i wkurwu”, rozczarowania. To nie jest dobry czas na poszukiwanie konsensu i zdrowego kompromisu, ale nie wolno z tych dążeń rezygnować. Nie wiemy na razie, zepchnięci do defensywy, co może być skuteczną odpowiedzią na rebelię ,,naszości” i  tutejszości, marzącą o powrocie do czasów sprzed Wspólnoty Europejskiej i II Soboru Watykańskiego, do epoki autorytarnego paternalizmu i dyscypliny społecznej, jedności moralno-ideowej narodu, czystości etnicznej i rasowej, odrzucenia ,,politpoprawności” (czyli przyzwo- lenia na mowę nienawiści i wykluczenie) i społeczeństwa wielokulturowego. Nie wiemy, sprawiamy wrażenie zmęczonych, a nawet zagubionych. Energia jest po ich stronie. Oni są na fali wschodzącej. Żyjemy jakby pod koniec Republiki Weimarskiej, u progu rewolucji nihilizmu strojącej się w kostium strażników godności i wolności narodu. Wypatrujemy znaków nadziei, tymczasem widzimy znaki rozpadu naszego świata. W powojennej Europie ten świat funkcjonował całkiem dobrze do kryzysów lat dwutysięcznych: najpierw ataku na World Trade Center, potem dwu wojen irackich, wreszcie katastrofy bankowo-finansowej, ostatnio wybuchu wojny domowej w Syrii, potężnej fali migrantów z nią związanej, terroryzmu islamskiego, agresji Rosji na Ukrainę, zwycięstwa oligarchy Donalda Trumpa w wyborach w USA. Dwie pierwsze dekady dwudziestego pierwszego wieku pokazują, że historia bynajmniej się nie skończyła, a nawet przyśpieszyła. Pokojowa i  demokratyczna dywidenda po upadku bloku radzieckiego się wyczerpała. Postęp technologiczny wywołuje coraz więcej niepokojących pytań o jego polityczne i społeczne skutki, z akcentem na wizję nowego wspaniałego świata 2.0. Może bardziej, niż wiersz Herberta, istoty dziejącej się dziś zmiany dotyka Piosenka o końcu świata Miłosza:

A którzy czekali błyskawic i gromów
Są zawiedzeni
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb
Nie wierzą, że staje się już.

Świat stał się tak skomplikowany i powiązany, że nie da się nim rządzić skutecznie i z korzyścią dla większości obywateli za pomocą socjotechniki, propagandy i przemocy, lecz to nie znaczy, że pseudorozwiązania autorytarne mają poparcie jedynie fanatyków i oszołomów, psychopatów i socjopatów pokroju masowego mordercy Norwega Breivika, pierwowzoru Chłopca ze sztuki Davida Greiga. Użyte tutaj cytaty z jej tekstu są jego wypowiedziami. Chłopiec chłosta nasz świat z pewnością średniowiecznego inkwizytora lub dzisiejszego fundamentalisty protestanckiego, katolickiego, prawosławnego czy islamskiego. Odrzuca go w całości, gardzi nim i gardzi sobą jako produktem tego świata, państwa dobrobytu, schyłkowego kapitalizmu. W tej odmowie blisko mu do papieża Franciszka, piętnującego ,,ekonomię chciwości” jako motor współczesnego świata.

JEŚLI BYCIE RASISTĄ OZNACZA PRZEKONANIE, ŻE LUDZIE SĄ NAJSZCZĘŚLIWSI I CZUJĄ SIĘ NAJBEZPIECZNIEJ, KIEDY ŻYJĄ WŚRÓD SWOICH, TO TAK. MYŚLĘ, ŻE WIĘKSZOŚĆ LUDZI TO RASIŚCI.

Rasizm oznacza oczywiście coś innego: pogardę dla nie-swoich, obcych, innych, przekonanie, że im prawa wolnych ludzi nie przysługują, bo są ludźmi gorszego sortu, wobec czego nie mogą liczyć na równe traktowanie, w istocie muszą się liczyć z agresją i przemocą ze strony rasistów obojętne jakiej szkoły. Dlatego rasista Breivik, obrońca cywilizacji białego człowieka przed lewactwem, polityczną poprawnością i pełzającą islamizacją Europy, nie miał wyrzutów sumienia z powodu masakry, jaką urządził w swym zamożnym, cywilizowanym, tolerancyjnym kraju. Przeciwnie, uważał siebie za męczennika słusznej sprawy. Stał się idolem skrajnej prawicy. Powiedzmy szczerze: nie tylko ekstremiści mogą się odnaleźć w radykalnej krytyce współczesnego społeczeństwa zachodniego. W atakach na jego rzekomą zniewieściałość, ,,miękkość”, bezideowość, obsesję na punkcie seksu i sukcesu. Franciszek nazwał Europę ,,bezpłodną staruszką”, całkiem w stylu proroka konserwatywnej kontrrewolucji. Prawica wraz z  konserwatywnymi chrześcijanami roztacza przed nami obraz Zachodu zbliżony do wizji Chłopca ze sztuki Greiga. Przekonuje do ,,mocnych” wartości i tożsamości, stawiając pod tym względem za wzór muzułmanów, choć na co dzień straszy nas Europą, w której meczety zastąpią kościoły: albo chrześcijaństwo, albo szariat. I wielu ludzi bynajmniej nie prawicowych zaczyna zerkać w ich stronę, a nawet przechodzi do obozu ,,zderzenia cywilizacji” czy walki z ,,demoliberalizmem”. Dlaczego? Odpowiedzi psychologów społecznych, socjologów, badaczy mniejszości, ekonomistów czy politologów nie brakuje. Jedne eksponują przyczyny ekonomiczne i społeczne (postę- pujące rozwarstwienie i wykluczenie ubogich i niezaradnych), inne czynnik kulturowy (kryzys modelu społeczeństwa wielokulturowego), jeszcze inne aspekt polityczny (istotą Zachodu jest odnowa przez rewolucję). Jednak żadna z tych odpowiedzi nie do końca tłumaczy to, co najbardziej interesuje człowieka pojedynczego: dlaczego ten mój sąsiad postanowił zabić przypad- kowych niewinnych ludzi, podczas gdy inny, z tego samego środowiska społecznego i kulturowego, tego nie czyni. Czasem pełniejszą odpowiedź może dać twórczość, taka jak dramat Greiga.

 

 

  • 1. Ks. Józef Tischner Inny. Eseje o spotkaniu, Wydawnictwo Znak, Kraków 2017, s. 9; następne cytaty s. 10 i 18.
  • 2. Śródtytuły w tym artykule są cytatami z dramatu Davida Greiga Wydarzenia, publikowanego na następnych stronach. (Red.)

Udostępnij

Autor jest komentatorem „Polityki”, a także tłumaczem poezji, prozy i eseistyki.