mrozek_osterwa_szater.jpg

Teatr im. Osterwy w Lublinie. Fot. Wikimedia Commons

Normalizacja

Rozmowa z Witoldem Mrozkiem
W numerach
Październik
2020
10 (767)

Odwołanie Waldemara Zawodzińskiego w Teatrze im. Jaracza w Łodzi, nierozstrzygnięty konkurs w Teatrze im. Osterwy w Lublinie i powołanie przez marszałka województwa lubelskiego Redbada Klynstry-Komarnickiego, decyzja o rozpisaniu konkursu na dyrektora Teatru im. Modrzejewskiej w Legnicy – czy to nowa ofensywa władzy w kulturze, tym razem na poziomie samorządów wojewódzkich?

Najbardziej spektakularna jest zmiana w Lublinie i od niej chciałbym zacząć – jest ona o tyle znacząca, że pokazuje pewien trend normalizacji, która, moim zdaniem, będzie postępować. 

Normalizacji?

Część środowiska trochę przyzwyczaja się do PiSu, a trochę musi jakoś z nim koegzystować, skoro rządzi. Mówię o normalizacji propozycji artystycznych i sposobów działania, które do tej pory wydawały się PiSowskie czy zastrzeżone dla obozu władzy, a które będą przesiąkać do głównego obiegu. Nie będzie ich aż tak dużo, bo takich osób jak Redbad Klynstra prawica nie ma wiele – przy wszystkich zastrzeżeniach do wypowiedzi Klynstry i jego działalności na przykład w Teatrze Telewizji, to jednak nie jest to Marek Mikos ani Cezary Morawski, tylko osoba z jakimś dorobkiem. Podobno Klynstra w Lublinie zaczął od pytania, z jakimi reżyserami chciałby pracować zespół – czyli realizuje wariant późnego Marka Mikosa z rozproszonymi ośrodkami zarządzania, a przynajmniej próbą konsultowania programu z zespołem. Obiecał Radę Artystyczną, jak w Krakowie. Ale potem okazało się, że Psie serce Bułhakowa zrobi Igor Gorzkowski umówiony na ten spektakl jeszcze z poprzednią dyrektorką, a farsę Czego nie widać – Marcin Sławiński, reżyser fars i sztuk Wojciecha Tomczyka. Jak widać, ławka nie jest długa. Ale też Norę Ibsena zdecydował się tam podobno zrobić Kuba Kowalski. Może jeśli Klynstra ściągnie większy budżet, zaprosi Iwana Wyrypajewa, z którym pracował... Polecam do obejrzenia zapis konferencji prasowej z udziałem Redbada Klynstry i marszałka województwa lubelskiego Jarosława Stawiarskiego – rzadko takie rzeczy mówi się publicznie.

Mówię o normalizacji propozycji artystycznych i sposobów działania, które do tej pory wydawały się PiSowskie czy zastrzeżone dla obozu władzy, a które będą przesiąkać do głównego obiegu. Nie będzie ich aż tak dużo, bo takich osób jak Redbad Klynstra prawica nie ma wiele

Marszałek niespecjalnie wiedział, z kim ma do czynienia.

„Pan Redbad jest nadzieją dla teatru lubelskiego” – mówił marszałek, a na pytanie o to, dlaczego konkurs został unieważniony i wybrany został inny kandydat, odpowiadał „prawo na to pozwala”. Zapytany, czy Klynstra zostanie w Lublinie dłużej niż na rok – bo pamiętajmy, że jest on p.o. dyrektora – odpowiadał: „w tej chwili to jest wróżenie z fusów, na razie mamy pana Redbada jako dyrektora i on będzie pełnił tę funkcję”. Domyślam się, że decyzja o powołaniu Klynstry była konsultowana z ministerstwem, nie sądzę, by był to pomysł samorządu.

Myślisz, że to była część planu, czy ratowanie sytuacji po nieudanym konkursie?

Moim zdaniem to nie był plan. Redbad Klynstra nie jest magistrem, więc w konkursie nie mógł wziąć udziału, nie wiem, czy był zainteresowany konkretnie tym teatrem, ale od dawna chciał zostać dyrektorem – mówił zresztą w wywiadach o tym, że rozważał udział w konkursie na dyrektora Instytutu Teatralnego.

Krążyły już teorie, że lubelska dyrekcja Redbada Klynstry to wstęp do objęcia przez niego Starego Teatru. Teraz pojawił się Waldemar Raźniak.

Stary Teatr jest instytucją ministerialną i nie ma żadnych wymogów krępujących ministra w obsadzie stanowiska dyrektora, ale być może jest to forma testu. Myślę, że Piotr Gliński w tej chwili nie ma, albo przynajmniej nie miał długo pomysłu na Stary. Wprost przyznał się do błędu przy obsadzeniu Mikosa – mówił o tym nawet w wywiadzie dla „Sieci”. 1 W teatrze odbył się ministerialny audyt, Mikosa pospiesznie zwolniono. Kandydatura Waldemara Raźniaka, której konsultacja jest jedynie niewiążącą formalnością, oznacza jednak, że ministerstwo niewiele się z przygody z Mikosem nauczyło. Raźniak to kolejny dyrektor przywieziony przez ministra Glińskiego w teczce – podobnie jak na przykład Elżbieta Wrotnowska-Gmyz w Instytucie Teatralnym w Warszawie. Jego wysunięcie przez ministerstwo zaskoczyło teatr. Owszem, w odróżnieniu od Mikosa Raźniak jest reżyserem. Nigdy jednak nie pracował w Starym Teatrze, nie ma na swoim koncie poważniejszych osiągnięć artystycznych ani żadnego stażu w kierowaniu instytucją kultury. Będzie pamiętał, komu zawdzięcza tak nagły awans. Dziś usłyszeliśmy, że Rada Artystyczna i związki zaakceptowały tę kandydaturę, mimo początkowych protestów. Oznacza to zapewne, że Raźniak coś Radzie Artystycznej obiecał. Czy kontynuację dotychczasowego „rozproszonego” zarządzania? Zobaczymy.

mrozek_stary_teatr_zygmunt_put.jpg

Stary Teatr w Krakowie. Fot. Zygmunt Put

To Lublin i Kraków, a co z resztą?

Sytuacja Teatru im. Jaracza w Łodzi to trochę inna historia. Jeśli zaś chodzi o Jacka Głomba w Legnicy – jestem za tym, żeby była większa dynamika i rotacja na stanowiskach dyrektorskich i pewnie kilka lat temu sam bym postulował rozpisanie konkursu, ale dziś sytuacja wydaje mi się tak nieczysta, jeśli chodzi o polityczne zaangażowania, niekompetencję i bardzo złe doświadczenia z Zarządem Województwa Dolnośląskiego, czyli z współrządzącymi dziś z PiS Bezpartyjnymi Samorządowcami, że trudno mi uwierzyć i w dobre intencje, i w jakąkolwiek możliwość pozytywnego rozstrzygnięcia w legnickim teatrze, jeśli nie będzie tam Jacka Głomba.

To co, teraz wszyscy będziemy anty-PiSem?

Mówimy jednak o szczególnych przypadkach osób, które są mocno kojarzone z politycznym zaangażowaniem – Głomb startował w wyborach do Senatu, działa w KODzie; z drugiej strony mamy Redbada Klynstrę, który jednoznacznie popiera Jarosława Kaczyńskiego i jego partię. Tutaj podział na PiS i anty-PiS narzuca się sam, w wielu sytuacjach będzie on jednak dużo bardziej skomplikowany i rozmyty. Tak było chociażby w przypadku konfliktu w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich wywołanego decyzją o współpracy z Instytutem Literatury, co miało być formą ministerialnego wsparcia finansowego publikacji dla autorów. Nie mam w tej sprawie jednoznacznego stanowiska. Rozumiem moralizatorską i etosową tradycję, mówiącą, żeby nie brać pieniędzy z ministerstwa…

…ale też z takich pozycji wypowiadają się osoby, które na etos i moralizowanie po prostu stać, które mają już określoną pozycję. Ci mogą ostentacyjnie odejść i odchodzą z SPP.

I niektórzy w PiSie potrafią to wyciągać – tytuł w „Sieciach” brzmiał: Walka klasowa wśród pisarzy polskich 2 – jest to artykuł złośliwy i zniekształcający obraz, ale jest coś na rzeczy. Moim zdaniem takich sytuacji będzie coraz więcej. Aplikowanie o pieniądze z programu Kultura w Sieci nie spotkało się z żadnym ostracyzmem, z żadną krytyką. I być może, gdyby minister nie szukał pośrednictwa w postaci SPP, lecz po prostu rozpisał konkurs, w środowisku literackim zostałoby to również przyjęte bez słowa.

Kultura w Sieci, po którą sięgały osoby różnych opcji, to też gest normalizacyjny.

Moim zdaniem Ministerstwo Kultury i minister Piotr Gliński wychodzą z pandemii bardzo wzmocnieni politycznie. To był jedyny polityczny ośrodek, który miał jakiś pomysł i konsekwentnie reagował na to, co się dzieje. Ministerstwo działało zbyt wolno, zwłaszcza na początku, do jego programów można było mieć wiele zastrzeżeń – i sam te zastrzeżenia zgłaszałem – ale jednak ministerstwo coś robiło, działało i tak szybciej niż samorządy, które w ogóle nie sprawdziły się w roli mecenasa na trudne czasy. I – co mnie jednak dziwi – samorządy nie stały się przedmiotem krytyki. Ministerstwo wysyłało kolejne programy – gorsze, jak Kultura w Sieci, albo lepsze, jak program pandemicznych rekompensat z Funduszu Wsparcia Kultury – te czterysta milionów, które mają zrekompensować utracone przychody instytucjom i NGOsom. Przeprowadzało konsultacje ze środowiskami – na przykład z Gildią Polskich Reżyserek i Reżyserów Teatralnych czy ze Stowarzyszeniem Dyrektorów Teatrów. Miasta – z miastem stołecznym włącznie – albo powtarzały, z poślizgiem, programy ministra, jak Warszawa ze swoim odpowiednikiem programu Kultura w Sieci, który różni się od ministerialnego tym, że postawiono w nim pytanie o sytuację socjalną twórcy po pandemii, albo nie robiły nic lub mniej niż obiecywały – jak Kraków, który zapowiedział sześciomiesięczne stypendia interwencyjne w wysokości dwóch i pół tysiąca złotych, po czym przyznał stypendia jednomiesięczne, również w wysokości dwóch i pół tysiąca złotych. I chcę to jasno powiedzieć: mam dużo zastrzeżeń do polityki ministra Glińskiego i bardzo krytycznie oceniam jego działalność zarówno jeśli chodzi o sferę ideologiczną i dyskursywną, jak i politykę kadrową w ostatnich latach, ale prawda jest taka, że ministerstwo próbowało reagować na sytuację pandemii. Samorządy zaś – zwłaszcza w obliczu wyborów prezydenckich, które zbiegły się z pandemią – ustawiły się tak, by ewentualna krytyka mogła być komunikowana jako działanie na korzyść PiSu. To był zwykły szantaż. Nawet niektóre NGOsy czy organizacje branżowe okazały się bardziej sprawne w pomaganiu artystom niż samorządy – i to te progresywne, liberalne, jak Warszawa, Poznań czy Kraków. ZAiKS bardzo szybko uruchomił program zapomóg, przyśpieszył wypłacanie repartycji, ogłosił pandemiczny konkurs dramatopisarski, w którym za sam udział członek ZAiKSu dostawał pięć tysięcy złotych. ZASP, który redystrybuuje środki uzyskane w Kulturze w Sieci, też podjął się pomocy. Nawet więc organizacje, które mają opinię nieruchawych, stanęły dużo lepiej na wysokości zadania niż samorządy.

Ministerstwo Kultury i minister Piotr Gliński wychodzą z pandemii bardzo wzmocnieni politycznie. To był jedyny polityczny ośrodek, który miał jakiś pomysł i konsekwentnie reagował na to, co się dzieje. Ministerstwo działało zbyt wolno, zwłaszcza na początku, do jego programów można było mieć wiele zastrzeżeń – i sam te zastrzeżenia zgłaszałem – ale jednak ministerstwo coś robiło, działało i tak szybciej niż samorządy, które w ogóle nie sprawdziły się w roli mecenasa na trudne czasy

A skutek jest taki, że ministerstwo pokazało, że nie tylko da się z nim rozmawiać, ale też, że środowisko w czasie kryzysu może mimo wszystko liczyć na ministra.

Na pewno pandemia pomogła Glińskiemu znormalizować swoje relacje ze środowiskiem. Ludzie, którzy wcześniej niespecjalnie chcieliby z nim rozmawiać, teraz to robili. Oczywiście były też środowiska, które lobbowały za konkretnymi pomysłami w ministerstwie i wcześniej – by przywołać ciągle niewdrożony projekt ustawy o statusie artysty – ale w trakcie pandemii pojawiły się podmioty, które wcześniej w konsultacjach nie uczestniczyły. A samorządy pozostawały bierne.

Wcześniej to właśnie te samorządy ostentacyjnie sprzeciwiały się oczekiwaniom ministerstwa.

Tu są dwie rzeczy – słuszna i chwalebna polityka, jakiej przykładem jest obrona przez konserwatywną katoliczkę Hannę Gronkiewicz-Waltz Klątwy, a jednocześnie z drugiej strony kapitulacja wobec postulatów finansowych twórców. Z jednej strony mamy Warszawę jako miasto, które w obliczu zwrotu konserwatywnego chce się stawiać w pozycji polskiego Berlina, pokazując, że da się tu robić najbardziej szalone, liberalne, queerowe rzeczy w Polsce – choć oczywiście jest to przekonanie mocno na wyrost – a z drugiej strony porównywanie pięciu tysięcy euro, jakie wypłacane były twórcom w Berlinie – nawet jeśli przyjąć odpowiednik złotówki do euro 1:1 – do pieniędzy, jakie przeznaczała na pomoc twórcom Warszawa, jest dla polskiego Berlina kompromitujące. I nikt przeciw takiej polityce nie protestuje, co jest w mojej opinii złym prognostykiem. Wszyscy się bali wyjść na niechętnych ostatniej nadziei polskiego liberalizmu, czyli Rafałowi Trzaskowskiemu i jego prawej ręce – Aldonie Machnowskiej-Górze, odpowiadającej za kulturę w warszawskim ratuszu.

Jest jeszcze prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, który też chciał pełnić funkcję takiego mecenasa i nawet mu się to udawało, póki wystarczyło pieniędzy i kapitału politycznego.

Pieniędzy nie wystarczyło i w Poznaniu będą cięcia, w Warszawie ratusz zapowiada, że nie. Ja bym jednak – może tendencyjnie – połączył te deklaracje wspierania kultury z tym, co się wydarzyło tuż po wyborach, czyli nagonką na LGBT+ i powstaniem oddolnego, masowego ruchu sprzeciwu – obaj prezydenci nie umieli się zachować w tej sytuacji i tak samo moim zdaniem nie umieją się w tej chwili odnaleźć w sytuacji zagrożenia dla kultury. Miasto chwaliło się, że przyjęta została nowa polityka kulturalna Warszawy, ale jej ogłoszenie w momencie, kiedy potrzeba bardzo konkretnych działań, a nie dokumentów i rekomendacji – to przykład, jak samorząd nie nadąża za rzeczywistością. Kiedy w 2013 roku miasto ogłaszało Program Rozwoju Kultury, było to wielkie wydarzenie. Po klęsce Programu, który w dużej mierze nie został wdrożony, atmosfera jest już inna. Poza tym w sytuacji dużo większych napięć, większych potrzeb i wyższej temperatury życia politycznego nikt się nie będzie cieszył z zestawu rekomendacji – potrzebne są konkretne działania.

A jak sytuacja wygląda w samorządach, w których rządzi PiS?

Jeśli mówimy o zmianach kadrowych w regionach, to są one konsekwencją wyborów z 2018 roku. Lublin jest zapleczem kadrowym i eksperckim TVP – wypowiadający się tam socjologowie okazują się radnymi wojewódzkimi, politykami PiSu albo ich asystentami. Lublin był w awangardzie stref wolnych od LGBT, więc jest też w awangardzie czystek w kulturze. Teatr im. Osterwy nie jest pierwszą instytucją w Lublinie, którą się w ten sposób czyści – wcześniej była sprawa obsadzenia Centrum Spotkania Kultur, bardzo bogatej instytucji, której dyrekcja jest dobrą posadą. Z Lublina pochodzi też desant teatrologów, ściągany przez nową dyrektorkę Instytutu Teatralnego… Ex oriente lux.

mrozek_rzeszow_mach240390_.jpg

Teatr im. Siemaszkowej w Rzeszowie. Fot. Piotr Cholewa

Na Podkarpaciu Jan Nowara kieruje Teatrem im. Siemaszkowej już od 2014 roku i choć programując teatr, dopuszcza różnych twórców i różne głosy, sam w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku jako reżyser tworzy przedstawienia absolutnie zgodne z oczekiwaniami ministerstwa – najpierw, w 2017, był Popiełuszko, potem w 2019 Obława, spektakl o żołnierzach wyklętych. Zresztą dyrektor białostockiego Teatru im. Węgierki Piotr Półtorak również pochodzi z nadania PiSu, a w zeszłym roku Zarząd Województwa Podlaskiego przedłużył mu kontrakt. 

Dużo ciekawszym przypadkiem są Kielce i to, że Michał Kotański zachował funkcję dyrektora w samorządzie przejętym przez PiS, w dodatku po zrealizowaniu dość mocnego spektaklu o pogromie kieleckim.

To był pierwszy sezon, który – Kotański mówił o tym zresztą w „Dialogu” – miał służyć temu, żeby o Teatrze im. Żeromskiego było głośno w Polsce. Zaprosił wtedy Remigiusza Brzyka, Wiktora Rubina (który przecież robił w Kielcach przedstawienia jeszcze za poprzedniej dyrekcji), Monikę Strzępkę, Maję Kleczewską… Ale kolejne sezony to był już głównie repertuar lekki i farsowy – kontrowersji nie było.

Nie było, ale biorąc pod uwagę, jak pamiętliwi potrafią być lokalni politycy, jest to dla mnie sytuacja nieoczywista.

Na czym polega polityka władz wojewódzkich – bo chyba nie jest przypadkiem, że teatry, o których mówimy, podlegają marszałkom województw, którzy działają inaczej niż prezydenci miast, przynajmniej deklaratywnie doceniający działające na ich terenie teatry. Dla zarządów województw to bardziej kłopot.

Ja tu widzę przede wszystkim lokalny klientelizm i chaos. Sytuacja wokół poprzedniej dyrektorki Teatru im. Osterwy, Doroty Ignatjew, pokazuje, że dokonuje się wymiany dla samej wymiany. Nie wierzę, żeby już pół roku temu było jasne, że teatr obejmie Redbad Klynstra i prawdopodobnie, gdyby sprawy się inaczej potoczyły, mogłoby się okazać, że dyrektorem teatru byłby szef lokalnych struktur PiSu z Chełma albo dotychczasowy kierownik miejskich wodociągów z Włodawy.

Czyli jednak chaos, a nie systemowa zmiana.

Chaos, ale też potrzeba wsadzania swoich ludzi. To widać w województwie śląskim, gdzie – choć największym teatrem w regionie cały czas kieruje Robert Talarczyk – doszło do wymiany dyrektorki Muzeum Śląskiego, instytucji ważnej w regionie i zakorzenionej społecznie. Po zakończeniu kadencji Alicji Knast na jej miejscu znalazł się trzeciorzędny działacz miejscowych struktur, aktor operetkowy, który prowadzi doradztwo biznesowe w Bytomiu, a wcześniej był lokalnym urzędnikiem od kultury. To są te głębokie kadry, po jakie w takich sytuacjach sięgają lokalne władze. Redbad Klynstra może próbować być Piotrem Bernatowiczem polskiego teatru, ale ta ławka jest bardzo krótka. Dlatego trudno mi uwierzyć w planową ewolucję kadrową, bo tych kadr po prostu nie ma. Nie wierzę w powstanie zdyscyplinowanej formacji prawicowych bolszewików, którzy dokonają marszu przez instytucje. Będzie gnicie – jak w ostatnich latach w Starym Teatrze.

Trudno mi uwierzyć w planową ewolucję kadrową, bo tych kadr po prostu nie ma. Nie wierzę w powstanie zdyscyplinowanej formacji prawicowych bolszewików, którzy dokonają marszu przez instytucje. Będzie gnicie – jak w ostatnich latach w Starym Teatrze

A jak będzie zachowywało się ministerstwo?

Dla środowisk liberalnych i lewicowych czy progresywnych może być to pogląd szokujący, ale Gliński jest partyjnym liberałem, czego nie można powiedzieć o ludziach, którzy rządzą województwem lubelskim. Gliński, w oczach takich osób jak na przykład Jacek Kurski, jest po prostu zbyt miękki. Musiał się z tego wielokrotnie tłumaczyć w wywiadach udzielanych prawicowym mediom, mówiąc wprost, że nie może zdelegalizować Paszportów „Polityki” ani przejąć nagrody Nike. Strategia polityczna Glińskiego jest przez to jeszcze bardziej przewrotna, bo on wszystko rozmiękcza.

A to jest strategia czy po prostu tak wychodzi?

To jest takie rozpoznanie bojem, ale w polityce ministerstwa są pewne stałe założenia albo powracające zasady: nie otwieramy już konfliktów, których nie musimy otwierać – tak było z Festiwalem w Gdyni, gdzie przez dłuższy czas minister nie powoływał na stanowisko dyrektora Tomasza Kolankiewicza, jednak ostatecznie – po iluś konferencjach i spychaniu odpowiedzialności – Kolankiewicz dyrektorem został. To jest polityka rozpychania się tam, gdzie jest to możliwe. Wśród zasad, jakimi kieruje się minister, jest też utrącanie ludzi, którzy podpadli – jak Jan Klata czy Oliver Frljić. Wiadomo, że prawica chciałaby mieć swoje autorskie instytucje i dlatego minister tworzy Instytut Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego albo nominuje Piotra Bernatowicza na dyrektora CSW. Gliński szermuje jednak także wizją pluralizmu, czego przykładem może być powołanie Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej – a teraz jeszcze Muzeum Dmowskiego – z dyrektorem Janem Żarynem, który jest oenerowskim ekstremistą, i ogłoszenie na tej samej konferencji budowy Muzeum Getta Warszawskiego – jakby Żyd miał być przeciwwagą dla Dmowskiego.

Ale też Muzeum Getta od początku miało być przeciwwagą dla Muzeum POLIN.

Jednak Gliński jest w stanie przekonywać ośrodki, które nie orientują się w rządowej polityce kulturalnej, że istnieje jakiś pluralizm. To jest sprytniejsza polityka niż wymiana ludzi na stołkach.

I to może być skuteczna polityka normalizacyjna, zwłaszcza w przypadku słabszych instytucji i artystek, i artystów, którzy nie mają jeszcze mocnej pozycji. Bo przecież pojawi się temat, czy pracować w teatrach przejętych przez PiS. 

Ludzie w tych teatrach będą pracować, nie ma co się łudzić.

Na odrzucanie takich propozycji mogą sobie pozwolić uznani twórcy ze stabilną sytuacją finansową. 

Myślę, że w wielu instytucjach o progresywnych programach, które szermują hasłami troski, okaże się zaraz, że w tym trudnym czasie reżyserują tam osoby, które i tak zarabiają najlepiej. Pieniędzy zabraknie zaś na tych, którzy takiej pozycji nie mają. I w ten sposób wypchnie się reżyserów średnio-młodego pokolenia do instytucji, które z punktu widzenia etosowego i idealistyczno-politycznego stanowią szarą strefę. Tego mechanizmu nie da się uniknąć i też nikt za bardzo tego tematu nie podnosi. Retoryka potępiająca tych ludzi do niczego nie doprowadzi, a w dłuższej perspektywie będzie pokazywać tych, którzy ich krytykują, jako liberalny stetryczały establishment, zupełnie nierozumiejący realiów.

Okaże się zaraz, że w tym trudnym czasie reżyserują tam osoby, które i tak zarabiają najlepiej. Pieniędzy zabraknie zaś na tych, którzy takiej pozycji nie mają. I w ten sposób wypchnie się reżyserów średnio-młodego pokolenia do instytucji, które z punktu widzenia etosowego i idealistyczno-politycznego stanowią szarą strefę

Tak zwany teatr krytyczny będą więc robili uprzywilejowani czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie w dużych miastach, a młodsi twórcy i twórczynie pójdą do Redbada Klynstry i będą tworzyć lepszy czy gorszy teatr pozbawiony jednak społecznego nerwu. 

Być może tak będzie. Ja nie wierzę w powstanie szerszego projektu prawicowego teatru. Mogłoby być ciekawe, gdyby powstawały spektakle takie, jak tworzone były kiedyś w Muzeum Powstania Warszawskiego, czy w ramach festiwalu Gorzkie Żale, którego Redbad Klynstra był przecież dyrektorem. Ale to się nie uda, bo główny nurt polskiej prawicy boi się dziś mocnych osobowości, zwłaszcza ze swojej parafii. Potrzebę „prawicowej sztuki politycznej” będzie więc pewnie zaspokajać produkcja gniotów dwóch dyżurnych partyjnych dramatopisarzy, jakieś rocznicowe akademie – a poza tym w przejętych instytucjach rządzić będą tematy bezpieczne, ucukrowane już albo egzystencjalne. Można też pewnie liczyć na powrót klasyki w mniej lub bardziej atrakcyjnym wydaniu. 

Taka sytuacja od razu uruchamia jednak mechanizmy autocenzury. Bo chyba nikt nie złoży Klynstrze propozycji zrobienia spektaklu o prawach kobiet.

Chyba że o prawie do bycia łączniczką w powstaniu warszawskim albo Szekspirowską Julią.

2 października 2020
Rozmawiał Piotr Morawski

  • 1. Zob. Peerelowskie dziedzictwo wciąć straszy. Z Piotrem Glińskim rozmawiała Dorota Łosiewicz, „Sieci” z 30 grudnia 2019.
  • 2.  Zob. Jakub Augustyn Maciejewski Walka klasowa wśród pisarzy polskich, „Sieci” z 31 sierpnia 2020.

Udostępnij

Krytyk teatralny, recenzent „Gazety Wyborczej”. Stale współpracuje z „Dwutygodnikiem”.