wwwtargi-ksiazki-krakow.jpg

Krakowskie Targi Książki. Fot. Archiwum Targów

Nadprodukcja

Weronika Parfianowicz
W numerach
Styczeń
2020
1 (758)

Wyobraźcie sobie, że bierzecie udział w warsztatach. W waszej grupie są osoby z różnych krajów, a głównym tematem jest aktywizm klimatyczny i związane z nim wsparcie psychologiczne. Po krótkiej dyskusji okazuje się jednak, że potrzebę wsparcia generuje nie tyle aktywizm, ile pewien model pracy i zaangażowania, wspólny dla wszystkich, niezależnie od obszaru działalności. Model, który opisać można jednym słowem: NADPRODUKCJA. To ona okazuje się źródłem waszych frustracji, wypalenia, chronicznego zmęczenia, napięć we współpracy z innymi. Przez kilka godzin dzielicie się doświadczeniami, diagnozujecie wszystkie charakterystyczne dla tego zjawiska paradoksy i zastanawiacie się, jak przerwać wywołany przez nie zaklęty krąg. Z warsztatów wychodzicie z silnym przekonaniem, że zaczniecie walkę z nadprodukcją od radykalnego ograniczenia własnej produktywności. A teraz wyobraźcie sobie, że dwa dni po tym, jak powzięliście to godne szacunku postanowienie, spotkany na korytarzu kolega z pracy pyta, czy nie napisalibyście tekstu… tak, tak, zgadliście, znacie tę ironię losu: tekstu o nadprodukcji w sztuce.

Zgodzicie się chyba, że trudno o bardziej kłopotliwą propozycję. Co teraz? Czy honorowo odmówić, dając wyraz wewnętrznej integralności i sile charakteru? A może oddać pustą kartkę z dopiskiem: „tekst, którego nie napisałam w ramach protestu przeciwko nadprodukcji”? Czy wreszcie – pójść na zgniły kompromis z samą sobą i coś jednak napisać, obudowując się murem obronnym zastrzeżeń i tłumaczeń, a całość podsumować minoderyjnie, że jest to „ostatni tekst, który napisałam, zanim zaczęłam protestować przeciwko nadprodukcji”?

Jeżeli zdecydowałam się w końcu pójść drogą jawnej hipokryzji, dołożyć kolejną cegiełkę do muru nieprzeczytanych tekstów, powiększyć swój ślad węglowy, zająć – sobie i Wam, Czytelniczki i Czytelnicy – czas, który można by przecież spędzić w bardziej pożyteczny dla społeczeństwa sposób, to mam tylko jedno wytłumaczenie: głębokie przekonanie, że NADPRODUKCJA JEST ZŁA. I jeżeli choć w mikroskopijnym stopniu mogłabym się przyczynić do naruszenia fundamentów, na których wybudowany jest jej potężny gmach, to niech mi będzie wybaczona niekonsekwencja.

NADPRODUKCJA jest wynikiem przeniknięcia mechanizmów rynkowych do wszystkich obszarów naszego życia, pól twórczości, instytucji, w których pracujemy. Jest elementem systemu żerującego na naszej aktywności, bo to przede wszystkim ta ruchliwość – a nie treść i sensy – generuje zyski. Kiedy się zatrzymamy, zmęczymy, staniemy z boku – stajemy się dla systemu zbędni. Co więcej, jesteśmy dla niego zbędni, gdy naszą energię kierujemy tam, gdzie ma to rzeczywiste znaczenie, na przykład kiedy zajmujemy się tymi, którzy wymagają opieki, dziećmi i dorosłymi. 

A zatem, produkujemy, bo musimy. Produkujemy, żeby potem móc poświęcać czas na pracę opiekuńczą. Produkujemy, bo jesteśmy rozliczani z liczby, a nie jakości tego, co wyprodukowaliśmy. Produkujemy, bo instytucja, w której pracujemy, ustanowiła ambitny program, ale brakuje jej funduszy na zatrudnienie dodatkowych pracowników, co – jak wynika z ostatniego raportu Pełna kultura – puste konta opracowanego przez Inicjatywę Pracowniczą 1 – często dzieje się w instytucjach kultury. Produkujemy, żeby zarobić na życie. Produkujemy, żeby nie stracić pracy. Produkujemy, żeby zapewnić sobie namiastkę stabilizacji.

NADPRODUKCJA jest wynikiem przeniknięcia mechanizmów rynkowych do wszystkich obszarów naszego życia, pól twórczości, instytucji, w których pracujemy

Gdyby jednak chodziło tylko o zewnętrzną presję, o bezduszne mechanizmy rynkowe i bezwzględną rywalizację, nie byłoby jeszcze najgorzej. Zidentyfikowalibyśmy źródła zagrożeń i wypracowali strategie oporu. Rzecz w tym jednak, że w wielu obszarach, szczególnie w sztuce, w nauce, w działaniach instytucji kultury i innych formach twórczości (nad)produkcja ma często charakter dobrowolny i wiąże się z silnym utożsamieniem z działaniami, które podejmujemy. Nie napiszę tu nic nowego, o autowyzysku w obszarze sztuki i kultury wiele już powiedziano. Produkujemy, bo lubimy naszą pracę. Produkujemy, bo to, co produkujemy, wydaje nam się ważne. Produkujemy, bo mamy poczucie, że dzięki temu dokonujemy zmiany w świecie. Produkujemy, bo wiąże się to z pracą z ludźmi, których lubimy i cenimy.

Ten ostatni punkt jest szczególnie ważny, bo przez produkcję rozumiem nie tylko indywidualne przedsięwzięcia, ale też – a może nawet szczególnie – wszystkie zbiorowe projekty, działania, wydarzenia. Przyjmujemy zaproszenia do nich, bo lubimy ludzi, którzy nas zapraszają. Bo to nasi przyjaciele i chcemy ich wesprzeć swoją pracą. Bo te zaproszenia mile rozpieszczają nasze ego. Bo cierpimy na syndrom FOMO (fear of missing out) lub jego środkowoeuropejską odmianę pod hasłem „życie jest gdzie indziej”. Bo boimy się, że już nigdy nie dostaniemy żadnego zaproszenia. Bo nie chcemy sprawić przykrości zapraszającemu albo odmowa z różnych względów okazuje się niezmiernie kłopotliwa. Wreszcie – bo chcieliśmy odmówić, ale gdzieś w nawale innych spraw i zadań zapomnieliśmy o tym, a kiedy rzecz wychodzi na jaw – jest już za późno i odmówić nie wypada. Ale przecież nie czekamy tylko biernie na zaproszenia. Sami co chwilę wychodzimy z kolejną inicjatywą. Żadna rozmowa przy kawie nie obejdzie się bez rytualnego: „to może byśmy zrobili/ły z tego jakiś projekt?”. Często wpadamy w błędne koło: decydujemy się na projekty z przyjaciółmi, bo brakuje nam czasu, który moglibyśmy spędzić wspólnie inaczej niż pracując, ale wspólna praca – szczególnie w prekarnych warunkach silnej presji czasowej i ekonomicznej – powoduje napięcia, nadwyręża najlepsze komitywy, ochładza relacje towarzyskie.

Nadwyrężone życie rodzinne, życie towarzyskie zredukowane do form szczątkowych, największe przyjaźnie wystawione na ciężkie próby – to wszystko wystarczyłoby z naddatkiem, żeby zbudować wspólny front przeciwko nadprodukcji, a przecież to zaledwie wierzchołek wszystkich problemów strukturalnych, ekonomicznych, społecznych czy wreszcie ekologicznych, które są konsekwencją naszego trybu pracy. Trybu, który niszczy samo środowisko naszej pracy i nadwyręża skuteczność działań instytucji, z którymi jesteśmy związani, i projektów, które realizujemy. Nadprodukcja wydarzeń ogranicza ich zasięg: trudno nawet dowiedzieć się o wszystkich ważnych przedsięwzięciach, nie mówiąc o uczestniczeniu w nich. Wiąże się to w dodatku z ich nierówną dystrybucją: większe ośrodki (w znaczeniu zarówno miast jak i instytucji) generują tyle wydarzeń, że uczestnictwo w nich staje się nieosiągalne, inne muszą walczyć o zachowanie choćby elementarnych form działalności.

W dodatku, to wciąż jeszcze nie wszystko. Jest jeszcze gorzej. W świecie stojącym u progu katastrofy ekologicznej, lub raczej już jej na wielu poziomach doświadczającym, wszystko, co robimy, nabiera dodatkowego ciężaru. Nasza (nad)aktywność pochłania zasoby i zużywa energię. Prowadzi to do kolejnych paradoksów. Chcielibyśmy zaangażować się w walkę o lepszy, lub przynajmniej trochę mniej zły świat, a jednocześnie doświadczamy rozdarcia: nasze akcje dotyczące kryzysu klimatycznego zapisują w świecie swój ślad węglowy, nasze działania na rzecz poprawy warunków pracy obciążają dodatkowymi nadgodzinami tych, których los chcemy poprawić. Pisząc o przymusie nadprodukcji, dajemy kolejny dowód jego zwycięstwa.

JAK Z TYM WALCZYĆ?

Narracja, by zacząć zmianę od siebie jest podejrzana. Nie uratujemy świata, rezygnując ze słomek i plastikowych siatek (choć nie ulega wątpliwości, że w uratowanym świecie już po nie sięgniemy), bo nasze indywidualne wybory konsumenckie nie podważają logiki całego systemu, który stoi u źródeł katastrofy ekologicznej. Nadprodukcja jest jednak jednym z tych przykładów, gdzie „rozpoczęcie od siebie” jest działaniem antysystemowym i koniecznym. Musimy „zacząć od siebie”, bo to my sami – nasze ciała, nasza twórczość i aktywność – staliśmy/łyśmy się agentami i wehikułami neoliberalnego systemu. Wzmacniamy go szeregiem drobnych, codziennych działań i decyzji. Legitymizujemy go sposobem naszej pracy. Możemy krytykować go otwarcie i na wszelkie możliwe sposoby, możemy rozpoczynać każdy dzień od recytowania z pamięci eseju Simona Springera Fuck Neoliberalism, a jednak nasze antykapitalistyczne poglądy nie będą mieć znaczenia tak długo, jak długo nasze działania będą szły w zgodzie z logiką tego systemu. 

Koniec nadprodukcji to niezbędny krok na drodze do zakwestionowania samej koncepcji produktywności jako głównej miary naszych działań, a tym samym podważenia całego systemu. Paradoks polega na tym, że możliwość wyrwania się z błędnego koła nadprodukcji mają tylko najbardziej uprzywilejowani z nas. Jeżeli potrafię sobie wyobrazić obniżenie własnej produktywności bez utraty jakiejś elementarnej stabilizacji ekonomicznej, to znaczy, że jestem uprzywilejowana. I właśnie dlatego powinnam to zrobić. Nie po to, żeby ten przywilej wzmocnić ostentacyjnym próżniactwem, ale – aby stworzyć przestrzeń, w której poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa stanie się udziałem większej liczby osób.

NIE „SELF-CARE” A „COLLECTIVES OF CARE”

Łatwo byłoby wzbudzić opór przeciw nadprodukcji, odwołując się do tego, jak niszczy ona nasze zdrowie fizyczne i psychiczne, jak negatywnie odbija się na życiu osobistym, jak ogranicza możliwości rozwoju w sferach innych niż zawodowa. Celowo jednak tego nie robię. Jak pisała niedawno Jodi Dean: „zbyt długo indywidualistyczna retoryka «self-care» wypierała znaczenie kolektywnej pracy na rzecz wspólnych celów”. Samo tylko zakwestionowanie mechanizmów wymuszających wzmożoną produktywność, a nawet jej obniżenie nie wystarczy, by uratować ten świat. Ale czas i przestrzeń, które dzięki temu uzyskamy, możemy wykorzystać do uruchomienia szeregu innych zmian. 

Żeby do nich doprowadzić, działajmy wspólnie. Jak proponują autorzy i autorki manifestu Undisciplining Political Ecology, twórzmy „kolektywy troski”. Do kolektywnych działań wykorzystajmy organizacje i instytucje, które już istnieją. Zasilajmy szeregi związków zawodowych, które naprawdę mogą być narzędziem wprowadzania zmian w sposobie organizacji naszej pracy. Jedną z takich zmian mogłoby być zasadnicze skrócenie czasu pracy. Jak wskazuje na przykład New Economics Foundation, pomogłoby to rozwiązać kilka najbardziej palących problemów jednocześnie: zmieniłoby nasze emisje dwutlenku węgla, zwyczaje konsumpcyjne i inne działania obciążające planetę; rozwiązałoby problemy związane zarówno z przepracowaniem, jak i bezrobociem, umożliwiłoby sprawiedliwsze rozłożenie zadań związane z wykonywaniem pracy opiekuńczej, i po prostu poprawiłoby jakość naszego życia. 2 Próbujmy też przekształcać miejsca naszej pracy w duchu feministycznych instytucji kultury, zgodnie z propozycjami wypracowanymi na zeszłorocznym Forum Przyszłości Kultury, o których Iwona Kurz mówiła jako o „przebudowie samych podstaw myślenia o kulturze i społeczeństwie. Wartości uznawane tradycyjnie za kobiece, takie jak troska czy współpraca, powinny być fundamentalne dla całej konstrukcji życia społecznego, instytucji i polityki”. Nie dajmy sobie wmówić, że istniejący system jest jedyną możliwą do pomyślenia rzeczywistością społeczno-ekonomiczną. Są alternatywy. Jedną z nich – wyrastającą wprost z działań na rzecz ochrony środowiska naturalnego i troski o przyszłość całej planety – jest ścieżka postwzrostu, postulująca odejście od fetyszyzowanego w systemie neoliberalnym paradygmatu wzrostu gospodarczego, przekształcenie relacji międzyludzkich, decentralizację i demokratyzację sposobów wytwarzania i dzielenia się wiedzą, działania na rzecz sprawiedliwości środowiskowej i klimatycznej oraz – oczywiście – zmianę warunków tego, co nazywamy pracą. Piszą o tym na przykład Federico Demaria, François Schneider, Filka Sekulova i Joan Martinez.

A zatem: skończmy z nadprodukcją, ponieważ nadprodukcja nie tylko niszczy to, co na tym świecie ważne i dobre, ale też nie pozwala nam stanąć w obronie tego, o co jeszcze warto walczyć. 

Jak wiele innych form twórczości, ten tekst jest wynikiem działań kolektywnych. Nie powstałby bez licznych rozmów, spotkań, inspirujących przedsięwzięć realizowanych przez znajome (lub nieznajome) osoby, tekstów napisanych przez innych oraz oczywiście – bez zaproszenia do jego napisania. Nie powstałby, gdyby tak wiele osób z mojego bliższego i dalszego otoczenia nie dzieliło się w ostatnim czasie swoimi doświadczeniami, z których wyraźnie wynika, jak bardzo nadprodukcja szkodzi nam wszystkim. Bardzo dziękuję wszystkim, z którymi rozmawiałam w ostatnich miesiącach, z którymi narzekałam nad kawą i żartowałam w przerwach od pracy, szczególnie zaś uczestnikom i uczestniczkom zgromadzenia „Internacjonalizm po końcu globalizacji”, które przywołuję we wstępie, oraz uczestniczkom i uczestnikom spotkania „Art as usual”, które odbyło się w ramach Pierwszego Płaskowyżu Klimatycznego Sztuki Współczesnej. Dziękuję członkom i członkiniom różnych komisji Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza, którzy poświęcają swój czas na walkę o lepsze warunki pracy dla szerokich grup. Dziękuję osobom zaangażowanym w popularyzowanie myśli post­wzrostowej, która może stać się alternatywą, której tak bardzo potrzebujemy. No i oczywiście: dziękuję wszystkim, z którymi pracuję, oraz tym, z którymi spędzam czas bezproduktywnie.

  • 1. Zob. także rozmowę Jakuba Majmurka z Łukaszem Jaskułą Praca w warszawskiej kulturze staje się luksusem
  • 2. Anna Coote, Jane Franklin, Andrew Simms 21 Hours. Why a Shorter Working Week Can Help Us All to Flourish in the 21st Century, New Economics Foundation, London 2010. 

Udostępnij

Kulturoznawczyni, pracuje w Zakładzie Historii Kultury i Pracowni Studiów Miejskich w Instytucie Kultury Polskiej UW, wydała książkę Europa Środkowa w tekstach i działaniach. Polskie i czeskie dyskusje (nominowaną do nagrody im. Jerzego Giedroycia). Interesuje się historią nowoczesnej kultury czeskiej a także przestrzenią i obyczajowością miast Europy Środkowej, w szczególności problematyką mieszkaniową.