wwwdionizje.jpg

„Dionizje”, 1921. Na zdjęciu Jarosław Iwaszkiewicz. Fot. Karol Szymanowski / Archiwum Muzeum na Stawisku / FOTONOVA

Na początku było ciało

Piotr Mitzner
W numerach
Lipiec
Sierpień
2020
7-8 (764-765)

Jest taki wiersz Jarosława Iwaszkiewicza Rzeczy z wydanego już pośmiertnie tomu Muzyka wieczorem:

Kwiaty, owoce, liście, książki, szafy, graty,
Złamane klawikordy, czarne futerały,
Rozdartych nut kaskady, wazon popielaty,
Pulpit pod Ewangelię i dwa pastorały,

Potargane paprocie, drewniane buławy,
Lalka, koń z włosiennicy, stoliczek kulawy,
Okręt bez żagli, i ja na tym leżę
Jak wielkie, pobrudzone, zachwycone zwierzę.

Zachwyt, to jedna z najważniejszych kategorii w pisarstwie Iwaszkiewicza, więcej – w jego spojrzeniu na świat, w sposobie bycia. Notabene nieraz stwierdzał, że nie teksty są najważniejsze, ale siła osobowości autora, a literatura jest tylko jej nośnikiem. Zachwyt, chwytanie chwili, emocja – dzięki temu proza i poezja Iwaszkiewicza jest tak sensualna i ocala tak wiele z jego doświadczeń, miejsc, ludzi, barw, temperatur, zapachów i smaków.

Tak samo jest w dziennikach i listach pisarza, a pomiędzy nimi i literaturą sensu stricto przepływają te uchwycone przez pamięć słowa, dźwięki i obrazy. Całe pisarstwo Iwaszkiewicza jest jednością. I jest wyznaniem. Dlatego, zostawiając po sobie dzienniki, korespondencję, niewydane teksty, nie opatrzył ich, jak to często bywa, żadną klauzulą czasową. Czytajcie i drukujcie – zdaje się mówić nam – taki byłem. Może jest w tym też jakaś rada życiowa: i wy spróbujcie.

Szczerość to kolejne ważne słowo w rozmowie o Iwaszkiewiczu. Pewnie nie zawsze przychodziła mu ona łatwo. Sam proces zapisywania nie sprawiał mu kłopotu, rękopisy są niemal bez skreśleń, słowa płyną. Trud musiał być skumulowany w momencie otwarcia śluzy. Może jeszcze wcześniej, w momencie uświadomienia sobie jej istnienia.

Dotyczy to też spraw uznawanych powszechnie za intymne. 

Wiele lat temu pewien zachodni wydawca prosił, bym wybrał mu przykłady polskiej poezji gejowskiej. Oczywiście był Iwaszkiewicz i poemat Józefa Czechowicza. – Jak to – zapytał – to nie było innych?

Szczerość jest właśnie oprócz zachwytu drugim mocnym atutem Iwaszkiewicza jako pisarza. Już wczesne jego wiersze mają postać prywatnej rozmowy, przeplatanej zwrotami: „posłuchaj”, „powiem ci”, „pamiętasz”, a opowiadania też często brzmią jak zasłyszane opowieści. 

Konwencja szczerości pozwalała Iwaszkiewiczowi wejść w najgłębsze „sprawy osobiste”. Polegało to nie tylko na tym, że pisał z własnego doświadczenia o miłości między mężczyznami, o swoich, jak ich nazywał, „przyjaciołach intymnych” i kochankach. Potrafił też, to już raczej w dzienniku i w listach, mówić o problemach erotycznych, niczym w gabinecie psychoterapeuty: nie umiem, jestem niezdarny, brak mi doświadczenia.

Zachwycał się swoimi kochankami a równocześnie skarżył się, że go zdradzają, wykorzystują finansowo i nieustannie kłamią. Nie przeszkadzało mu, że nie odróżniają Maneta od Moneta, ale właśnie to, że kłamią w sprawach większych i małych, najczęściej, jak sądził, bez potrzeby. 

Czasami jednak docierało do niego, że sytuacja chłopca z Brwinowa czy Sandomierza była inna niż pana ze Stawiska. W liście do Jerzego Błeszyńskiego pisał: „Stryjkowski powiedział dzisiaj, że wykazałeś wielką siłę charakteru, ukazując się wszędzie ze mną”. Tu przecież mogło chodzić o inwigilację, wykluczenie, wyklęcie, w sumie – o życie. 

Iwaszkiewicz trochę przeglądał się w kłamstwach kochanka, przyznawał, że też mu się zdarza rozmijać z prawdą, ale były to raczej gesty uprzejmościowe, bo on uznał, że nie musi się ukrywać i nigdy tego nie robił. Kiedy uświadomił sobie swoją odmienność, a miał wtedy, jak czytamy w jego dzienniku, siedemnaście lat, był przerażony, ale lęk ten chyba dość szybko opanował. Można nawet powiedzieć, że jeśli coś w swoich miłościach i romansach ukrywał, to swoje ambicje pisarskie, kulturę, pozycję społeczną. Żeby choć przez chwilę nie cierpieć, być po prostu szczęśliwym. Córka Jarosława, Maria Iwaszkiewicz mawiała, że Zofii Nałkowskiej nie układało się z partnerami, bo ilekroć szła do łóżka, nigdy nie zapominała, że jest Zofią Nałkowską. Iwaszkiewicz chyba umiał (się) zapominać.

Na początku jest ciało, a do miłości „duchowej”, jak tłumaczył poeta Błeszyńskiemu, „dochodzi się poprzez ciało” i trzeba się spieszyć, bo ono „przemija jak noc” – to już z wiersza Iwaszkiewicza, napisanego później – i „takiej drugiej chwili nie będziesz już miał”.

To nie tylko chwila rozkoszy, ale wejścia w drugiego człowieka. Bez pewności, że znajdzie się drogę powrotną. Właśnie cykl wierszy poświęconych Jerzemu Błeszyńskiemu nosi tytuł Droga.

Tylko przez ciało. I dlatego tak rozpaczliwie brzmi skarga starego pisarza, zanotowana w dzienniku, że nikt nigdy nie kochał jego ciała. To prawda, że czasami przesadzał, ale to nie znaczy, że nie czuł w tym momencie, a może często tego braku. Tylko przez ciało. A więc nikt nie dotknął jego osobowości, duszy, czy jak to nazwać to miejsce. Nie wydobył go z samotności, która była, jak pisał w Oktostychach, „gorzką piastunką” i dręczyła go od wczesnej młodości do końca życia. 

Jeżeli tylko przez ciało, to po co wszelkie dodatki w tej wyprawie, którymi ją obudował Iwaszkiewicz. Z jednej strony – mity i symbole: suficka mistyka o podtekście erotycznym, greckie posągi, akty braterstwa z niemieckimi młodzieńcami. Z drugiej – trywialny realizm: kłótnie o pieniądze, banalne sceny zazdrości, własna niewierność, upokorzenia, tani sentymentalizm. Iwaszkiewicz uwzniośla, inscenizuje, potrząsa tyrsem, by za chwilę (albo w tej samej chwili) pokazać, że w gruncie rzeczy jest taki sam jak jego ukochany, chłopak z Brwinowa. 

Wydaje się, że kluczem do zrozumienia wielu pisarzy są nie tylko ich teksty oryginalne, ale też prace przekładowe, w przypadku Iwaszkiewicza na przykład znakomite tłumaczenie średniowiecznego moralitetu Kwidam. W końcowym monologu Fides z satysfakcją stwierdza:

Oto się skończyły ludzkie dnie i losy,
nagi jak z łona matki człowiek wstępuje w niebiosy

Mit i biologia – bieguny Iwaszkiewiczowskiego świata, komplikują go, czynią niejednoznacznym i zarazem uwiarygodniają, ale on prawdziwą ulgę odczuwał wtedy, gdy był w stanie je odrzucić, znaleźć wydestylowaną prostotę, pogodzić się ze sobą i światem, jak w strofach z Krągłego roku o pławieniu koni, jak w przytoczonym już wierszu o straconej chwili, albo w oktostychu pożegnalnym, który zacytowałem na początku.

Tak równowaga przychodziła do niego rzadko a dychotomia była naturalną cechą osobowości Iwaszkiewicza i nie da się opisać w punktach jego światopoglądu. Było to raczej światoodczucie z doświadczeniem sprzeczności i płynności wrażeń. Bóg jest i Boga nie ma, kobiety są okropne i kobiety są wspaniałe (pod koniec życia zapisał, że żałuje, iż nie poświęcił im dość uwagi), jestem wielkim pisarzem i jestem marnym pisarzem, lubię tego człowieka i jest okropny, wszyscy o mnie zapomnieli i czemu oni nie dają mi spokoju? i tak dalej.

Tak samo ma się rzecz z pięknem. Już we wczesnych utworach Iwaszkiewicza jest ono podejrzane, jest maską, która kryje zło. Dlatego w Zenobii. Palmurze trzeba zabić piękno w osobie księcia Jury Mawrickiego. Trzydzieści kilka lat później pisze Iwaszkiewicz do Błeszyńskiego: „Jaka to szkoda, że jesteś taki, jaki jesteś, czemu nie jesteś mały, brzydki, trochę garbaty, kulawy, ospowaty z kaprawymi oczami, z krostami na łysinie, ze śmierdzącymi nogami i zawszonym pępkiem – wtedy bym dopiero Ciebie kochał bez żadnych przeszkód”.

Czy na pewno?

W jednym z późnych wierszy z cyklu Klarnecista z Odense pisał:

Ach, nie zawsze brzydkie kaczątka
Stają się pięknymi łabędziami,
Czasami przeraźliwie krzyczą,
Krzyczą i biegną za nami.
Szczypią nas, targają za suknie,
Domagają się naszej miłości,
Jak im to wytłumaczyć, że dla brzydkich nie ma sprawiedliwości?

Więc jak? I tak, i tak.

Okazuje się, że do „duchowości” łatwiejsza jest droga przez piękne, mądre oczy niż przez kaprawe.

Można wspominać młodzieńcze wezwanie do zabicia piękna, ale przecież to piękno umiera, ukochany Jurek właśnie kona w szpitalu dla gruźlików, jest pod tlenem, ma opuchnięte nogi, zaropiałe usta i nie podano mu na czas kaczki.

Na to jest jedno lekarstwo, które daje swoim czytelnikom Jarosław Iwaszkiewicz i przyjmują je, nawet o tym nie wiedząc. Jest to, obejmujące ludzi dobrych i złych, mądrych i głupich, zwierzęta i drzewa, cały świat – współczucie.

Udostępnij

Autor jest poetą, eseistą i tłumaczem, wykładowcą Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego