klata.jpg

Stanisław Wyspiański „Wesele”, Narodowy Stary Teatr w Krakowie, 2017, reż. Jan Klata. Fot. Magda Hueckel

Klata i po Klacie

Joanna Targoń
W numerach
Wrzesień
2017
9 (730)

Można powiedzieć, że w ostatnim sezonie, może dwóch, a na pewno w końcówce dyrekcji, Janowi Klacie udało się to, o czym marzył, jak każdy dyrektor tej sceny, to, o czym rytualnie pisali krytycy (czy szerzej mówiąc: dyskutanci różnych opcji). Udało się mianowicie osiągnąć porozumienie teatru i publiczności, całkiem jak w mitycznych latach siedemdziesiątych.

Weselne święto

Biletów do końca sezonu 2016/2017, który okazał się ostatnim sezonem Jana Klaty w Starym Teatrze, brak – na Wesele, na Kopciuszka, na Trylogię, na Króla Leara, na Wroga ludu. Na inne spektakle zostały tu i ówdzie jakieś tyły i boki. Pod koniec czerwca na stronie internetowej teatru pojawił się repertuar od września do grudnia i od razu sprzedało się całe Wesele. Ludzie, na których tak lubią się powoływać władze i krytycy (teatr ma być przecież dla ludzi), najwyraźniej uznali, że Stary Teatr jest teatrem dla nich i ruszyli do kas. Kto wie, co będzie w przyszłym sezonie, co postanowi nowa dyrekcja, które spektakle zostawi w repertuarze, którym aktorom podziękuje – no i kogo uzna za ludzi, czyli tę właściwą publiczność Narodowego Starego Teatru.

Można powiedzieć, że w ostatnim sezonie, może dwóch, a na pewno w końcówce dyrekcji, Janowi Klacie udało się to, o czym marzył, jak każdy dyrektor tej sceny, to, o czym rytualnie pisali krytycy (czy szerzej mówiąc: dyskutanci różnych opcji). Udało się mianowicie osiągnąć porozumienie teatru i publiczności, całkiem jak w mitycznych latach siedemdziesiątych. Widownia szczelnie wypełniona, na schodach wejściówkowicze, skupiona cisza, owacja na stojąco, kwiaty wręczane aktorom przez widzów. I to nie na premierze, tylko nagranym w maju Królu Learze – spektaklu przecież nienowym. Na premierze Wesela, która odbyła się cztery dni po fatalnej dla Klaty decyzji ministerialnej komisji, było podobnie, tyle że w większej skali: jeszcze więcej widzów, jeszcze dłuższe owacje, jeszcze więcej kwiatów. Na Wesele było tylu chętnych, że przez cztery dni (od 6 do 9 czerwca) grano je dwa razy dziennie. Bilety na dodatkowe pokazy rozeszły się błyskawicznie. Na facebookowym profilu teatru codziennie można było oglądać filmiki z oklasków: aktorzy z kosami na sztorc na scenie i widzowie bijący brawo na stojąco. Inne zdjęcie, zrobione z innej perspektywy – widoczne po otwarciu internetowej strony teatru – pokazuje sojusz artystów i widzów, wymarzoną wspólnotę: na pierwszym planie, na scenie, twarzami do nas, aktorzy Wesela, za nimi – wypełniona po brzegi widownia. I napis: „To jeszcze nie koniec”, hasło sezonu, które brzmi buńczucznie, acz nieco, w obliczu nieuchronnej zmiany, rozpaczliwie.

Zmiana okazała się bowiem nieuchronna, mimo listów, petycji, protestów, spotkania przedstawicieli zespołu z ministrem kultury. Na Facebooku skrzyknęła się – wrocławskim wzorem – Publiczność Narodowego Starego Teatru, która organizowała demonstracje pod teatrem, nawoływała do składania podpisów pod petycją do ministra kultury o ponowne rozpatrzenie decyzji, publikowała kartki z wyrazami poparcia i wyznaniami widzów. Ale, choć trudno nie docenić zaangażowania PNST, skala i charakter protestów były inne niż we Wrocławiu. Zapewne to, co stało się z Teatrem Polskim, nie napawało optymizmem co do skuteczności oddolnych działań – dyrektor Cezary Morawski jak był dyrektorem, tak jest, a teatr został w ekspresowym tempie zniszczony. Praktycznych korzyści protesty w sprawie Starego nie przyniosły, choć niewątpliwie przyczyniły się do wytworzenia atmosfery świętowania – póki jeszcze jest co świętować. Kwiaty i wieńce układane pod teatrem, zbiorowe „klepanie Starego” (czyli murów teatru), pisanie listów i kartek, akcja Wolne Kwiaty Polne (publiczność z kwiatami i w wiankach przed każdym z Wesel). A ze strony teatru – aktorzy dołączający do protestujących, czarna flaga na balkonie, a we foyer (tam, gdzie stało popiersie Swinarskiego) wielkie naturalistyczne serce z podpisem: „Tu bije serce polskiego teatru”. Serce, nawiasem mówiąc, grało w pierwszym spektaklu dyrekcji Jana Klaty – Poczcie królów polskich Krzysztofa Garbaczewskiego. Mocne symbole, pomysłowe happeningi, gorące wyznania, no i fetowana jak żaden od dawna spektakl tej sceny ostatnia premiera dyrektora
Klaty.

Od Wesela na scenie zawsze oczekuje się więcej niż od innych dramatów, zwłaszcza gdy sytuacja polityczna jest napięta. Klata pokazał Wesele jako transowy, rozpaczliwy chocholi taniec, prowadzony przez ostrą, ponurą blackmetalową muzykę grającego na żywo zespołu Furia – czterech górujących nad sceną muzyków w trupich makijażach. Marazm, martwica, brak porozumienia, samotność – tonacja tego Wesela jest ciemna. Klata zredukował warstwę obyczajową, wydobywając z błyskotliwych konwersacji ich mroczną stronę. Takie sprofilowanie tekstu nie zaowocowało jednak monotonią, przeciwnie, sprawiło, że znane frazy zyskały świeżość i słuchało się ich znakomicie. Zwłaszcza że spektakl jest świetnie grany, co docenili nawet ci, którzy mieli do niego zastrzeżenia.

Zespół był zawsze siłą Starego Teatru, a za dyrekcji Klaty aktorzy mogli pracować z takimi reżyserami, jak Monika Strzępka, Krzysztof Garbaczewski, Paweł Miśkiewicz, Konstantin Bogomołow, Wiktor Rubin, Anna Augustynowicz, Mariusz Grzegorzek, Weronika Szczawińska, Paweł Passini, Marcin Liber, Anna Smolar, Anna Karasińska, Justyna Sobczyk, Łukasz Twarkowski czy sam Jan Klata. Aktorstwo, jak wiadomo, wykuwa się w boju, w zetknięciu z różnymi osobowościami i estetykami. A w Starym Teatrze nie panował – wbrew powtarzanym do znudzenia sądom konserwatywnych komentatorów – jakiś jeden wzorzec aktorstwa czy pracy nad spektaklem. Klata zapraszał do współpracy twórców niepracujących dotychczas w Starym Teatrze, ale z dorobkiem, o ukształtowanym już stylu i metodach pracy. Inaczej niż jego poprzednik Mikołaj Grabowski, nie dawał szansy debiutu studentom reżyserii (za Grabowskiego swoje pierwsze spektakle zrobili Michał Borczuch, Michał Zadara czy Barbara Wysocka), co można tłumaczyć tym, że nie uczył w krakowskiej PWST, z którą Grabowski jest związany od lat, więc nie orientował się w zdolnościach studentów. Trudno zatem mówić o eksperymentowaniu czy wytyczaniu nowych dróg. Ze stylem działających od kilku lat reżyserów i tematami przez nich podejmowanymi część publiczności zdążyła się już zapoznać (głównie dzięki festiwalowi Boska Komedia), a reszta przyzwyczaić – a nawet polubić – w trakcie dyrekcji Klaty.

Klata nie był w Krakowie nieznany. Zrobił tu przed objęciem dyrekcji pięć przedstawień; poza teatrem był od 2007 roku obecny co tydzień na łamach „Tygodnika Powszechnego” jako felietonista (felietony pisze tam do dziś). I jeszcze jedna krakowska aktywność Klaty: współpraca z Radiem Kraków, rozpoczęta 11 listopada 2012 roku słuchowiskiem Dumanowski – dokumenty z odnalezionej biografii według powieści Wita Szostaka, alternatywną historią Krakowa i Polski infekującą przez kilka godzin program radiowy. Drugim słuchowiskiem, przygotowanym również z Sebastianem Majewskim, były Nietoty (16 grudnia 2013), surrealistyczna fantazja zainspirowana historią Goralenvolku i twórczością Tadeusza Micińskiego. A niewiele osób zapewne wie, że Klata przez prawie cały okres dyrekcji w Starym Teatrze prowadził w Radiu Kraków cotygodniową autorską audycję muzyczną. Jak kiedyś wyznał, zawsze chciał być didżejem… Kto zna spektakle Klaty, domyśli się, że audycja ta różniła się znacząco od codziennej playlisty rozgłośni.

Reżyser

Nie od rzeczy byłoby przypomnieć, że nad pierwszym spektaklem w Starym Teatrze, Trzema stygmatami Palmera Eldritcha według powieści Philipa K. Dicka (premiera 14 stycznia 2006) Klata pracował w gorącym czasie – przez kilka miesięcy trwały spekulacje na temat możliwego odwołania dyrektora Grabowskiego. ZASP rozważał cofnięcie mu rekomendacji (ostatecznie nie cofnął), konserwatywni krytycy pisali o „skandalicznym poziomie teatru” i sarkali na „działania offowe”, pojawiły się plotki o kandydaturze Andrzeja Seweryna na stanowisko dyrektora. W styczniu 2006 roku sprawa się uspokoiła. I wtedy Klata dał premierę. Bardzo oczekiwaną – bo reżyser głośny, po niedawnym warszawskim Klata Fest, przeglądzie jego dorobku, równie podziwiany, jak odsądzany od czci i wiary, no i świeżutki laureat Paszportu „Polityki”. „Buntownik z irokezem” (ta fraza przykleiła się do Klaty już chyba na zawsze). Co pokaże? Na Klata Fest przecież podobno widzowie wychodzili z przedstawień. Jan Englert na przykład… Premiera została przyjęta z pewnym zdumieniem i rozczarowaniem: żadnych ekscesów, żadnego poniewierania klasyki, żadnych odniesień do współczesnej Polski. Klata pokazał sprawne i jednocześnie jawnie tandetne widowisko, w którym wszechobecnej ironii wymykał się jedynie wątek poszukiwań religijnych. Po latach wspominał, że dwóch z trzech głównych aktorów oddało role na początku prób. Nie było łatwo. Dopiero kolejne spektakle – Oresteja (25 lutego 2007), a zwłaszcza Trylogia (21 lutego 2009) przekonały do Klaty widzów (oczywiście nie wszystkich, choć oba spektakle grane były przy pełnej sali do ostatniego sezonu) i aktorów. W Orestei Klitajmestrę zagrała Anna Dymna, która powiedziała w wywiadzie: „Kiedy Janek Klata zaproponował mi rolę, pomyślałam, że jeśli wyczuję w tym jakąś hucpę, oszustwo, próbę manipulacji, to przecież mogę oddać rolę. Ale zobaczyłam ludzi świetnie przygotowanych, pasjonatów pełnych energii, zapału, radości. Klata wie, czego chce. Jest odważny, nie boi się zaryzykować, że nie każdy widz zrozumie przebieg jego narracji. Chce być maksymalnie wierny swojej wizji”1.

Orestei Trylogii zagrali aktorzy różnych pokoleń: Andrzej Kozak, Anna Dymna, Ewa Kolasińska, Krzysztof Globisz, Jerzy Grałek, Jan Peszek, Jerzy Święch, Bolesław Brzozowski, Juliusz Chrząstowski, Anna Radwan-Gancarczyk, Zbigniew W. Kaleta, Błażej Peszek, Małgorzata Gałkowska, Katarzyna Krzanowska, Barbara Wysocka. Sukces tych przedstawień i docenienie aktorów, grających rzeczywiście brawurowo (w dobrym tego słowa znaczeniu) z pewnością pomógł Klacie zyskać zaufanie zespołu. Nie całego, bo na przykład Anna Polony nie zgodziła się zagrać Ateny w Orestei (a szkoda).

Dwa kolejne spektakle Klaty – Wesele hrabiego Orgaza według powieści Romana Jaworskiego (11 czerwca 2006) i Koprofagi, czyli znienawidzeni, ale niezbędni według powieści Josepha Conrada (1 października 2011) nie odniosły już takiego sukcesu. W obu spektaklach Klata zajmował się kryzysem cywilizacji i duchowości, podejmował tematy egzystencjalne. Adaptacja zapomnianej ekscentrycznej powieści Jaworskiego była teatralnie atrakcyjna i znacznie ciekawsza niż Koprofagi, zdumiewająco wyprane z charakterystycznego Klatowego poczucia humoru i ostrości spojrzenia.

Dyrektor

„«Buntownik z irokezem dyrektorem Starego Teatru» – donosi TVN 24. Trzeba sprostować. Wybór Klaty na dyrektora Starego nie jest wyborem kontrowersyjnym. Byłby takim – jakieś pięć lat temu. W tym czasie Klata z teatralnego chuligana stał się elegantem. I to nie dlatego, że zmienił się gust widzów i krytyków – ale dlatego, że zmienił się gust Klaty. […] Dyrektorem Starego Teatru został nie «buntownik», ale klasyk z przeszłością” – trzeźwo pisał Marcin Kościelniak2. Większość komentatorów nadal jednak trzymała się buntownika i irokeza.

Jan Klata stanowisko dyrektora Starego Teatru objął 1 stycznia 2013 roku w wyniku zamkniętego konkursu ministerialnego. Ówczesny minister kultury Bogdan Zdrojewski w maju 2012 roku zaprosił następujących kandydatów: Jana Klatę, Bartosza Szydłowskiego, Michała Zadarę, Tadeusza Bradeckiego i Grzegorza Jarzynę (który szybko wycofał się z konkursu). Programy kandydatów oceniał zespół, w którego skład wchodzili między innymi Barbara Borys-Damięcka, Krzysztof Globisz, Jerzy Trela i profesor Jacek Popiel. Wybrano Klatę, który wspólnie z Sebastianem Majewskim przedstawił koncepcję sezonów tematycznych, poświęconych reżyserom związanym ze Starym Teatrem: Konradowi Swinarskiemu, Jerzemu Jarockiemu, Andrzejowi Wajdzie, Krystianowi Lupie i Tadeuszowi Kantorowi. To pragnienie twórczego, krytycznego nawiązania do tradycji, które tak spodobało się komisji, wzbudziło nie tylko wątpliwości sceptyków (jak takie nawiązanie miałoby wyglądać?), ale i protesty przyszłych bohaterów sezonów. Krystian Lupa nie miał ochoty stać się przedmiotem badań i reinterpretacji, podobnie Andrzej Wajda. Lupa zresztą nie ukrywał, i mówił o tym w licznych wywiadach, że uważa kandydaturę Klaty za niefortunną, a jego program za efekciarski (Klata nie pozostawał mu dłużny; wymiana ciosów za pośrednictwem wywiadów trwała dobrych kilka lat). Klata poniósł też na starcie bolesną porażkę: w głosowaniu zespołu teatru przegrał z Bartoszem Szydłowskim. Minister zatwierdził jednak kandydaturę Klaty (i Sebastiana Majewskiego jako jego zastępcy do spraw artystycznych). Zmiana dyrekcji była mimo wszystko pokojowa, nowi dyrektorzy mieli sporo czasu na planowanie. Jako że rozpoczynali pracę od stycznia 2013, inauguracyjny półsezon nie miał jeszcze patrona. Swinarski musiał poczekać do jesieni. Na razie temat był ogólniejszy: Re_wizje B.IOS. Niejako ciąg dalszy re_wizji wymyślonych i organizowanych przez Mikołaja Grabowskiego i Grzegorza Niziołka (romantyzm, antyk, sarmatyzm).

Półsezon

Pierwszą premierą (23 marca 2013) był Poczet królów polskich w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego, reżysera ekscentrycznego i nieprzewidywalnego, do tej pory jeszcze niepracującego w Krakowie. Tekst pisało kilka osób, kilku aktorów zrezygnowało – nieźle jak na początek dyrekcji. Zrewidowanie Wawelu, czyli polskiej historii, odbywało się w tym spektaklu w sposób nieprzystojny, ironiczny i szalony: głównym bohaterem był Hans Frank, a powstali z grobów polscy królowie prowadzili groteskową akcję dywersyjną, polegającą na odzyskaniu arrasów. Fantazja i zabawa skrywała całkiem poważne pytania o to, jak i z czego tworzy się tożsamość narodowa. Spektakl nie wywołał jednak spodziewanej dyskusji – głównym zarzutem była nieczytelność, trudno było więc spodziewać się jakichś poważniejszych sporów.

Poczet miał jednak sporo zwolenników, czego nie można powiedzieć o następnej premierze – dwuczęściowym Dumanowskim (27 kwietnia) w reżyserii Konrada Dworakowskiego i Sławomira Krysiaka. Powieść Wita Szostaka została sprowadzona do wątpliwych dowcipów na temat „krakowskości”, ani trafnych, ani zjadliwych, ani śmiesznych. Dumanowski, szybko zdjęty z afisza, szczęśliwie przepadł w mroku niepamięci.

Teatr zbierał siły na czerwcowy weekend (21-23), kiedy to dzień po dniu miały odbyć się trzy premiery na trzech scenach, anonsowane jako „prawy czerwcowy, środkowy czerwcowy i lewy czerwcowy”. Jak zapowiadał Klata, miała to być prezentacja możliwości zespołu i reżyserów, którzy do tej pory jeszcze w Starym nie pracowali. Zespół zaprezentował się znakomicie, zwłaszcza w Bitwie warszawskiej 1920 Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego (tu obok gwiazd Starego zagrali nowi w zespole Michał Majnicz i Marcin Czarnik), a z trójki reżyserów najlepsza okazała się Monika Strzępka. Ani Marcin Liber (Być jak Steve Jobs Michała Kmiecika), ani Paweł Passini (Wanda Sylwii Chutnik i Patrycji Dołowy) nie wydobyli się w swoich spektaklach ponad oczywistości: kapitalizm jest zły (Liber), a kobieta jest ofiarą męskiej narracji (Passini). „Nowe premiery stanowią koncepcyjną i estetyczną całość. To taka «krótka historia Polski w sześciu odjechanych stylistycznie obrazach». Opowiadają o prawdziwych i fałszywych bohaterach zbiorowej świadomości, od mitycznych początków naszego państwa po głównych graczy ustrojowej transformacji początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Klacie i Majewskiemu nie chodziło wcale o historyczną debatę, tylko o surrealną wizję Krakowa i Polski jako mega-
cmentarza, uroczyska pełnego niewygodnych duchów. Obezwładnić można je tylko z pomocą żartu, surrealizmu, politycznej filipiki” – podsumował Łukasz Drewniak3.

Bitwa warszawska 1920 wreszcie przyniosła teatrowi sukces – widzowie chętnie ją oglądali, zapraszano ją na festiwale, a w prasie z prawa i lewa pojawiły się sążniste teksty. „Wściekły duet” (który po prawdzie zatracił sporo wściekłości na rzecz refleksyjności, a nawet depresyjności) stał się jednym z filarów teatru. Wiadomo, że idąc na ich spektakl, dostanie się inteligentny, przewrotny i błyskotliwy tekst, brawurowo grających aktorów, świetną reżyserię, no i porcję przeczuć i strachów łączących twórców z widownią. A że coraz mniej w ich spektaklach prowokowania do myślenia, to już trudno. Strzępka i Demirski byli bez wątpienia jedną z najlepszych inwestycji dyrekcji Jana Klaty. Drugą trwałą inwestycją z pierwszego półsezonu okazał się Krzysztof Garbaczewski, który zrobił jeszcze dwa spektakle – Hamleta Kosmos; Marcin Liber zrobił jeszcze jedno przedstawienie, Stara kobieta wysiaduje, a Paweł Passini już do Starego nie wrócił. 

Niech Kraków huczy! To mu nie zaszkodzi

Początek dyrekcji Klaty i Majewskiego zaznaczył się także kilkoma decyzjami wizerunkowymi. Zmieniły się programy i plakaty teatralne, projektowane przez Joannę Howańską w stylu abstrakcyjno-geometrycznym. W kilkustronicowych programach zamiast esejów znaleźć można było gry planszowe, nazwiska wszystkich aktorów od początku istnienia teatru, lustrzaną folię (do przejrzenia się), ewentualnie skąpy fragment tekstu. Teatr przestał udostępniać zdjęcia z przedstawień, zastępując je rysunkami Mariusza Tarkawiana (nie na długo; w następnym sezonie zdjęcia już były). Odsłonięto okna dawnego muzeum i urządzono tam Strefę Be, gdzie odbywały się spotkania i różne efemeryczne działania. Klata i Majewski nie tylko witali widzów na premierach, ale brali udział w performatywnych wprowadzeniach do spektakli. Miało się dziać. Dyrektorzy udzielali licznych wywiadów, nie tylko wypowiadając się o swojej wizji Starego Teatru, ale też prezentując się jako osobowości ekstrawaganckie, również odzieżowo i w dziedzinie wystroju wnętrz. Z wywiadów można się było dowiedzieć, że Klata w gabinecie siedzi na piłce do ćwiczeń, nie pije, nie pali, nie imprezuje, za to biega o świcie, a Majewski woli hulajnogę od roweru i jako elegant zawsze ma żelazko. Że w gabinecie dyrektorskim na ścianie wisi godło i portret Modrzejewskiej. Nadprodukcja wywiadów nieco dyrekcji zaszkodziła – zwłaszcza powtarzane w kółko przekonanie o konserwatywności Krakowa i konieczności przewietrzenia miasta i teatru budziło irytację i dorabiało Klacie gębę – nie dość, że irokez i buntownik, to jeszcze arogant. „Niech Kraków huczy! To mu nie zaszkodzi” – mówił Klata w kwietniu4. W złą godzinę.  

Zbliżała się pierwsza premiera sezonu poświęconego Konradowi Swinarskiemu – Do Damaszku Augusta Strindberga w reżyserii dyrektora. Powód zajęcia się tym dramatem wydawał się w tym kontekście mizerny – Swinarski nigdy Do Damaszku nie wystawił, tytuł ten przewija się tylko we wspomnieniach o artyście jako ewentualny plan na przyszłość. Ale nie można przecież wykluczyć, że tekst Strindberga sam w sobie zainteresował Klatę, co byłoby lepszym powodem do zajęcia się nim niż potrzeba wykonania zlecenia na zadany (przez siebie) temat. Premiera odbyła się 5 października, została przyjęta raczej chłodno i wydawało się, że do grudnia, kiedy Nie-Boską miał pokazać Oliver Frljić, mamy spokój. Tymczasem 11 października „Dziennik Polski” zainicjował dyskusję na temat dyrekcji Klaty. „Czy na scenie Starego oglądamy przerost formy nad treścią? Spektakle odważnie wykorzystują efektowne gadżety kosztem tego, co powinno być najbardziej istotne – wartościowego tekstu. Dokąd prowadzi ta droga?” – pytał szef działu kultury Rafał Stanowski, zapraszając czytelników do nadsyłania opinii5. Kilka dni później redaktor naczelny „Dziennika” Marek Kęskrawiec dzielił się swoim zawodem: „Dopuszczałem porażkę jego [Klaty] wizji Starego Teatru, ale myślałem, że w nieco zatęchłe już mury wpadnie przynajmniej głośna grupa wandali, która jeśli nawet polegnie, to z hukiem, w atmosferze skandalu. A my po latach z łezką w oku będziemy wspominali ten eksperyment”6. Jak widać, redaktorzy gazety mieli sprzeczne oczekiwania: jeden pragnął skupienia na wartościowych tekstach, drugi – demolki i skandalu. Trudno byłoby Klacie zadowolić obydwu. Pomysł podsumowania po pół roku dyrekcji zakrojonej na pięć lat nie wydawał się najmądrzejszy, ale też pokazywał skalę oczekiwań związanych z Klatą. Dyskusję (dość, jak można było przewidzieć, jałową) szybko przesłoniły dwie sprawy: demonstracja na Do Damaszku i odwołanie premiery Nie-Boskiej.

Hańba!

14 listopada na premierę studencką Do Damaszku wybrali się przeciwnicy Klaty, na czele ze Stanisławem Markowskim, fotografem niegdyś współpracującym ze Starym Teatrem, a obecnie prawicowym rycerzem. Bynajmniej nie w konspiracji – nie dość, że wiele osób o tym wiedziało z plotek, to tego dnia ukazał się w „Dzienniku Polskim” artykuł Marka Kęskrawca o zapowiadanym proteście (autor uznał ten pomysł za żenujący i deklarował, że będzie całym sercem z Janem Klatą). Wiadomo było, że protest będzie dotyczył sceny seksu, więc ci, co widzieli spektakl, a także aktorzy, zastanawiali się, o jakąż to scenę chodzi. Czy o tę, w której Dorota Segda i Krzysztof Zarzecki, kompletnie ubrani, prezentowali coś w rodzaju tantrycznego seksu na odległość, bardzo zresztą grzecznego? Wzburzenie z tego powodu wydawało się absurdalne, tak samo jak wzburzenie całym spektaklem, nastrojonym na wysoką nutę, przedstawiającym kryzys duchowy i życiowy artysty, rozgrywającym się w symbolicznej przestrzeni między jawą a – by tak rzec – głębiną duszy. Gdyby protestujących oburzył śpiewający Norwida Feliks Dzierżyński w Bitwie warszawskiej albo Hans Frank w Poczcie królów polskich, można byłoby ich jeszcze jakoś zrozumieć. Chodziło chyba jednak o datę (tuż po 11 listopada, po zamieszkach podczas Marszu Niepodległości), a przede wszystkim o spektakl dyrektora na Dużej Scenie. Racjonalne powody nie miały tu nic do rzeczy (co znalazło kontynuację w latach następnych). No i stało się, jak się stać miało: gdy nadeszła wiadoma scena, rozległy się gwizdy i okrzyki. Klatę nazwano zerem, broniono Strindberga (spektakl był akurat Strindbergowi dość wierny), podnoszono nieśmiertelny argument o pieniądzach podatnika, upominano się o „teatr, jaki robił Jarocki i Swinarski” (pamięć jakoś demonstrantom nie podpowiadała, że u Swinarskiego seks był bardziej wyrazisty, na przykład w Dziadach niezaspokojona Zosia tarzała się po ołtarzu pod obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej). Dość nieoczekiwanym wątkiem było wypominanie Dorocie Segdzie, że kiedyś grała Świętą Faustynę, a teraz jest nikim; Krzysztofa Globisza błagano, by „taki aktor” nie grał w „takich spektaklach”. Reszta widzów po chwili zaczęła klaskać, aktorzy się przyłączyli, demonstranci pokrzyczeli „wychodzimy” – i wyszli, żądając na koniec zwrotu pieniędzy za bilety. Wszyscy aktorzy i Klata stali cały czas na scenie, a Klata dość spokojnie prosił, by demonstranci wyszli i nie przeszkadzali innym widzom.

Ledwo o awanturze na Do Damaszku zdążyli się wypowiedzieć wszyscy (a zwłaszcza ci, którzy do teatru nie chodzą), nadciągnęła kolejna afera. 27 listopada Klata zawiesił próby do Nie-Boskiej komedii. Szczątków, której premiera planowana była na 7 grudnia. Powodem miała być, jak głosił oficjalny komunikat teatru, troska o bezpieczeństwo aktorów i teatru, wynikająca z „paranoicznej atmosfery”, jaka się wokół tej premiery wytworzyła: „melanż informacji, wyniesionych z prób spektaklu, z różnymi, często emocjonalnymi opiniami budowanymi na pogłoskach i plotkach, oraz gotowymi już ocenami przyszłego spektaklu, jego kształtu i wymowy. Uniemożliwia to spokojny i powszechnie przyjęty tryb pracy nad przedstawieniem. Jednocześnie przychodzące na adres teatru oraz aktorów maile pełne inwektyw i pogróżek obniżają poczucie osobistego bezpieczeństwa”7.

Informacje z prób pojawiły się w „Dzienniku Polskim”, w kilku artykułach Wacława Krupińskiego – tak sformułowane, aby nie było wątpliwości, że spektakl będzie grubą prowokacją wymierzoną w Polaków, Krasińskiego i Swinarskiego. Po komunikacie o zawieszeniu prób pojawiło się oświadczenie realizatorów Nie-boskiej, w którym mówili o cenzurze: „W naszym rozumieniu decyzja dyrekcji jest aktem cenzury i co gorsza przyznaniem racji środowiskom atakującym nasz spektakl jeszcze przed jego powstaniem”. I dalej: „Punktem odniesienia dla przedstawienia Nie-Boska komedia. Szczątki był dramat Zygmunta Krasińskiego oraz oparty na nim spektakl Konrada Swinarskiego z 1965 roku. Oba dzieła były pretekstem do dyskusji o polskim antysemityzmie – jego historycznej, jak i współczesnej postaci oraz sposobach jego krytycznej reprezentacji w sztuce. Staraliśmy się wypracować takie środki artystyczne, które pomogłyby zakwestionować oficjalne narracje dotyczące polskiego antysemityzmu, zburzyć fałszywy consensus społeczny, wokół którego budowana jest narodowa wspólnota i odwołać się do osobistej odpowiedzialności każdego z jej przedstawicieli, w tym aktorów biorących udział w naszym przedstawieniu” 8.

Trudno oceniać spektakl, którego nie ma i o którego założeniach i procesie powstawania wiemy tylko od jego twórców, no i w kontrze – od dyrektora9; nie wiemy też, jak potoczyłaby się dyrekcja Jana Klaty, gdyby do premiery doszło. Sądząc po tym, co działo się i dzieje wokół Klątwy Frljicia w Teatrze Powszechnym w Warszawie, łatwo by nie było. W każdym razie decyzja o zawieszeniu prób (która stała się szybko decyzją o odwołaniu premiery) może oszczędziła Klacie kolejnych demonstracji i problemów, ale prowokowała pytania o deklarowaną na początku dyrekcji otwartość i pragnienie uczynienia teatru miejscem dyskusji, nawet nieprzyjemnych. W późniejszych wywiadach Klata wyjaśniał, że powodem odwołania spektaklu był sposób pracy Frljicia: „miałem wrażenie, że mam do czynienia z osobą absolutnie nieodpowiedzialną, której zależy na rozkręceniu i żeruje na maksymalnym rozkręceniu... Najlepiej, żeby się polała krew. Bo wtedy teza, kretyńska zupełnie, zostanie udowodniona, prawda? Że antysemicki spektakl rasisty Swinarskiego, żyjący i reprodukowany w pamięci jako arcydzieło, został teraz obnażony”10.

Z publikowanych w „Didaskaliach” tekstów i rozmów wynika jednak, że Nie-boska miała być spektaklem o znacznie większym stopniu komplikacji, uruchamiającym w aktorach i widzach różne i sprzeczne emocje, spełniającym się dopiero w kontakcie z publicznością. Nie wiemy i się już nie dowiemy, co Nie-Boska. Szczątki zrobiłaby z teatrem, widzami, Klatą i sferą publiczną – bo że jej rezonans nie ograniczyłby się do teatru, to pewne.

W cieniu sporów, ataków i emocji odbyły się kolejne premiery Roku Swinarskiego: Król Edyp Klaty (17 października 2013) i Akropolis Łukasza Twarkowskiego (30 listopada 2013). Powstały we współpracy z festiwalem Unsound Edyp był spektaklem muzycznym – Robert Piernikowski inspirował się operą Strawińskiego – śpiewanym i recytowanym przez trójkę aktorów po łacinie i francusku. Krótki, zwarty i mroczny Edyp był jedną z ciekawszych propozycji sezonu. Twarkowski umieścił Akropolis w chłodnej przestrzeni sugerującej świat wirtualny, potraktował dramat Wyspiańskiego jako matrycę, którą da się odczytać tylko częściowo. Koncept był ciekawy, ale coś w wykonaniu szwankowało – za dużo było tu oczywistej poetyczności i melancholijnych nastrojów.

Po kilku spektaklach jasne już było, że pomysł na sceniczne badanie Swinarskiego jest w zasadzie niewykonalny: sprowadził się do wystawiania tytułów, które reżyserował (bądź miał zamiar reżyserować) patron sezonu. Do Woyzecka (8 lutego 2014) Klata zaprosił Mariusza Grzegorzka, a do Edwarda II (31 maja 2014) – Annę Augustynowicz. Mieli oni wprowadzić inny styl, inny ton – Klacie zarzucano przecież forowanie reżyserów „jednej opcji”, choć trudno znaleźć podobieństwa między Strzępką i Garbaczewskim. Grzegorzek wyłożył od razu wszystkie karty, pokazując, że świat Woyzecka jest chory i pokręcony, a ludzie dręczą się nawzajem. Spektakl był manieryczny i nużący, niewiele dobrego wyniknęło z tej próby wzbogacenia puli stylistycznej teatru. Ciekawszy był Edward II, zrealizowany przez Annę Augustynowicz w charakterystycznym dla niej oszczędnym stylu – walka o władzę pokazana została czytelnie, z dbałością o sensy i charaktery, choć dość przewidywalnie. W Krakowie Augustynowicz do tej pory nie reżyserowała, więc jej spektakl był dla większej części widowni atrakcją.

Do Dziadów Swinarskiego luźno nawiązywali Jolanta Janiczak i Wiktor Rubin w Towiańczykach, królach chmur (31 maja 2014), fantazji na temat Koła Sprawy Bożej, której jednym z głównych tematów był nasz stosunek do przeszłości, romantyzmu, Mickiewicza. W pewnym momencie obnoszono po scenie makietę Starego Teatru, z której wydobywały się głosy przeszłości – fragmenty nagrania Dziadów Swinarskiego. Jedynym spektaklem sezonu, którego tematem był Swinarski i pamięć o nim, był Geniusz w golfie Agnieszki Jakimiak i Weroniki Szczawińskiej (11 kwietnia 2014), sceniczny esej przewrotnie odnoszący się do biografii reżysera i do jego roli „wspornika wspólnoty”, jak mówiła reżyserka. Te gry (na przykład „co byłoby, gdyby Swinarski nie zginął w katastrofie lotniczej”) mogli jednak zrozumieć ci, którzy coś o Swinarskim, jego czasach i jego spektaklach wiedzieli. Innym pozostawało śledzenie dziwnego, hermetycznego, choć teatralnie atrakcyjnego seansu.

Ten pierwszy tematyczny sezon przyniósł jeszcze zmianę nazw scen – na Dużą Scenę mówiło się teraz DS # Helena (oczywiście od admirowanej przez dyrekcję Modrzejewskiej), na Kameralną – SK # Kolonia (Klata tłumaczył, że to zamorska kolonia, do której płynie się przez morze, czyli Rynek). Nazwy te dość szybko zniknęły, bo też wszyscy po staremu chodzili na Kameralną albo na Dużą, a nie na Kolonię czy Helenę.

Współpracę z teatrem zakończyła dwójka aktorów – Anna Polony i Jerzy Trela; oboje już na emeryturze, ale wciąż grający w lubianych przez publiczność Chłopcach Grochowiaka w reżyserii Adama Nalepy (premiera poprzedniej dyrekcji). Spektakl był słaby, ale w żadnym innym nie można było oglądać tylu gwiazd starszej generacji: obok Polony i Treli grali w nim Anna Dymna, Dorota Segda, a także Mieczysław Grąbka, Leszek Piskorz, Aleksander Fabisiak, Jerzy Święch… Polony odeszła w proteście przeciwko dyrekcji, Trela z powodu dwóch pokazanych w Starym performansów o śmierci Swinarskiego („Robienie sobie takich jaj – to może pani napisać – mnie się nie podoba”)11. Ostatni spektakl Chłopców został zagrany na początku stycznia 2014 roku. Dyrekcja nie stawiła się z kwiatami, co było szeroko komentowane; przysyłane później bukiety Polony odsyłała z komentarzem „Za późno”. Na pytanie, jak interpretować bukiet wręczony przez dyrektora aktorce, która odchodzi w proteście przeciw dyrektorowi, nie ma dobrej odpowiedzi. 

Jeszcze na koniec sezonu krakowscy radni PiS chcieli odwołać Klatę (i Piotra Siekluckiego, dyrektora Teatru Nowego) za zorganizowanie czytania Golgota Picnic Rodriga Garcíi, zapominając, że Stary Teatr podlega MKiDN, a Nowy jest prywatnym stowarzyszeniem.

„Kocham Kraków miłością żony alkoholika”12

W sezonie 2014/2015 dyrekcja dyskretnie wycofywała się z koncepcji tematycznej – i słusznie, bo doświadczenie Sezonu Swinarskiego pokazało, że tak efektownie wyglądająca na papierze koncepcja w praktyce sprawdza się słabo. W sezonie Jarockiego nie mówiono już tyle o patronie, nie próbowano badać jego legendy, nie przypominano przy każdej okazji wywrotowości jego teatru. Scenie Kameralnej nadano jego imię, czego już wcześniej chcieli aktorzy i pracownicy teatru. Przy okazji Króla Ubu Klata mówił o operze Pendereckiego (z librettem Jarockiego), niektóre tytuły kojarzyły się z patronem sezonu (Ubu, Król Lear, Stara kobieta wysiaduje, Gyubal Wahazar), ale, że zacytuję Pawła Demirskiego, wszystkie sztachety zostały zużyte na Swinarskiego.

Wycofano się również z pomysłów na identyfikację wizualną – kolorowe programy, operujące głównie grafiką, zastąpiono grubymi, oszczędnymi wizualnie, za to treściwymi książeczkami; jeżeli sztuka była nowa, jeszcze niedrukowana (nie-boska, Sprawa Gorgonowej), w programie znaleźć można było jej tekst. Na plakatach wykorzystywano prace uznanych artystów młodego i średniego pokolenia – nie-boską promował fragment obrazu Marcina Maciejowskiego, Sprawę Gorgonowej fotografia Anety Grzeszykowskiej, Starą kobietę obraz Bartka Materki, Hamleta praca Aleksandry Wasilkowskiej. Takie plakaty będą również w kolejnych dwóch sezonach: do Wroga ludu wykorzystano rysunek Wilhelma Sasnala, do Płatonowa fotografię instalacji Rafała Bujnowskiego, do Głodu fotografię Marty Zgierskiej. Nie najgorsza kolekcja polskiej sztuki współczesnej.

Na początek sezonu Klata wystąpił z Królem Ubu Alfreda Jarry’ego (16 października 2014), utrzymanym w poetyce żenady, o której opowiadał z zaangażowaniem; rzeczywiście, poetyka zastosowana została konsekwentnie i z rozmachem. Jednakowe kolorowe dresy z brudnymi gołymi (namalowanymi) tyłkami, nadmuchiwane miecze, pałki i korony, sedes z rurami kanalizacyjnymi w roli tronu – oraz polityka sprowadzona do „fajnansów” i bijatyk wśród reprodukcji królewskich orłów naklejonych na paździerzowe płyty. Do tego ścieżka dźwiękowa zmiksowana przez Jamesa Leylanda Kirby’ego z badziewnych przebojów. Tyle że zabrakło iskry, która by tę zabawę przekształciła w coś wywrotowego.

Klata sięgnął jeszcze po jednego króla – Szekspirowskiego Leara, ale w całkowicie odmienny sposób. Król Ubu był antyestetyczny, Król Lear (19 grudnia 2014) – wyestetyzowany. Lear był tu starym, chorym papieżem, rzecz działa się w Watykanie, scenografia była co się zowie pałacowa, a tekst (w starym przekładzie Leona Ulricha) został potraktowany z szacunkiem i dbałością o jego wybrzmienie. Przejmujący był Jerzy Grałek w tytułowej roli – statycznej i monumentalnej. (Po śmierci aktora 15 lutego 2016 roku nie zrobiono dublury – spektakl grano z wykorzystaniem rejestracji wideo.)

Zdecydowanie nie udały się dwie premiery. Stara kobieta wysiaduje Różewicza w reżyserii Marcina Libera (25 października 2014) miała efektowną scenografię Mirka Kaczmarka – wirujące w podmuchach drobinki styropianu układały się w coraz to nowe zaspy i zawieje. Ale tekst Różewicza brzmiał głucho, a reżyser zajął się wyłącznie komunikowaniem, że koniec świata bliski. Widzów przyciągała raczej Anna Dymna w roli tytułowej, a nie Różewicz czy Liber. Paweł Świątek miał chyba do Gyubala Wahazara Witkacego stosunek ironiczny, bo w jego spektaklu (28 lutego 2015) powagi nie było za grosz – gorzej, że szaleństwa i ironii też brakło.

Więcej jednak było dobrego niż złego – najgłośniejszą, nagradzaną, dyskutowaną i najchętniej oglądaną premierą była nie-boska komedia. WSZYSTKO POWIEM BOGU!!! Strzępki i Demirskiego (20 grudnia 2014). Temat antysemityzmu, który miał być podstawowy u Olivera Frljicia, nie zniknął, choć został potraktowany pobieżnie – główny podział biegł między biednymi, którzy będą biedni zawsze, i bogatymi, którzy tak czy siak na swoje wyjdą. Żydowi Rotschildowi bliżej było do hrabiego Henryka niż do Przechrzty-robotnika i jego córki pracującej przy kopiarce. Najmocniej jednak wybrzmiał ton katastroficzny – umiejętnie został pokazany narastający strach przed niewiadomym, przed tym, że nadchodzi czas, kiedy trzeba będzie uciekać, zostawić dom, kiedy nic z oswojonego świata nie zdoła się ocalić. Grzmiąca w finale suplikacja „Święty Boże, święty mocny” dopełniła klimatu grozy. Zasłużone owacje zbierali aktorzy – Małgorzata Hajewska-Krzysztofik i Marcin Czarnik grający hrabiego Henryka, Juliusz Chrząstowski – Orcio, Anna Radwan-Gancarczyk, Marta Ojrzyńska, Szymon Czacki, Dorota Pomykała i Marta Nieradkiewicz, Małgorzata Zawadzka, a przede wszystkim dawno nieoglądana Dorota Segda jako Barbara Niechcic.  

Aktorstwo było też mocną stroną Sprawy Gorgonowej Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina (28 marca 2015) – spektaklu o rozbitej narracji, w którym wizerunek głównej bohaterki był konstruowany przez wiele osób zgodnie z własnymi przekonaniami i wyobrażeniami. A ona nie chciała być cudzą narracją, nie chciała wpisać się w jakikolwiek system – była nieprzenikniona i nieprzenikalna. Ritę Gorgonową znakomicie zagrała Marta Ścisłowicz, aktorka gotowa na każde ryzyko, choćby poddanie się hipnozie (prawdziwej) na scenie.

Sezon zakończył Hamlet Krzysztofa Garbaczewskiego (13 czerwca 2015), w którym obok Shakespeare’a znalazł się fragment HamletaMaszyny Heinera Müllera i teksty Marcina Cecki, odniesienia do niezrealizowanego Hamleta Swinarskiego i „Studium o Hamlecie” Wyspiańskiego. Był to Hamlet zagadka, obiekt do badania, teatr totalny, a nie fabuła, którą można potraktować kluczem polityki lub psychologii, albo dostosować ją do współczesności. Spektakl grany na scenie, we foyer, na placu Szczepańskim, z projekcjami (jak na Garbaczewskiego było ich niewiele), trzema Hamletami w różnym wieku (Bartosz Bielenia, Krzysztof Zarzecki, Roman Gancarczyk), grającymi też role nieprzypisane im przez Shakespeare’a. Spektakl zapraszający do podążania za cudzą wyobraźnią – i wielu widzów za nią podążyło.

Po drodze premierę miała jeszcze Kwestia techniki Michała Buszewicza (11 kwietnia 2015), która nieoczekiwanie stała się przebojem – nieoczekiwanie, bo obliczona była na kilka pokazów, Buszewicz był dramaturgiem debiutującym jako reżyser, a zagrali w niej maszyniści teatralni. Maszyniści okazali się świetnymi aktorami, a dowcipne przedstawienie tytułowej kwestii (czyli pracy zespołu technicznego) uwiodło widzów i krytyków.

Nie lękajcie się!

Sezon 2015/2016 Klata rozpoczął już bez Sebastiana Majewskiego, który odszedł na stanowisko dyrektora artystycznego Teatru im. Jaracza w Łodzi. Nowym dramaturgiem został Michał Buszewicz. Pomysłu sezonów tematycznych nikt już nie pamiętał – teraz przyszły hasła. Pierwsze to „Nie lękajcie się!”, w Polsce kojarzone z Janem Pawłem II (niektórzy dziennikarze uznali to za prowokację, tak jakby ewangelia nie była dla wszystkich), wzięte z Ewangelii wg św. Łukasza („A kiedy usłyszycie o wojnach i rozruchach, nie lękajcie się, bo to wszystko musi się najpierw stać, ale to jeszcze nie koniec”). W oficjalnej zapowiedzi sezonu czytamy: „Nie możemy oprzeć się wrażeniu, że stoimy u progu jakichś zasadniczych zmian, że coś czai się na horyzoncie, że mamy ciszę przed burzą. Czy jesteśmy na granicy katastrofy? Czy sytuacja międzynarodowa, czy to w postaci kryzysu europejskiej, sytej tożsamości, czy w postaci zagrożenia ze wschodu, stanie się krytyczna? Jak rozwiąże się napięta sytuacja w naszym kraju? Chcielibyśmy, aby w nadchodzącym sezonie artyści na scenach Narodowego Starego Teatru podzielili się swoimi intuicjami, nadziejami, lękami13”.

Po zmianie władzy uaktywnili się przeciwnicy Klaty – Stanisław Markowski, który zorganizował pamiętną akcję na Do Damaszku, zbierał podpisy pod petycją do nowego ministra kultury, Piotra Glińskiego, o odwołanie dyrektora, „zatrzymanie kulturalnej rewolucji” i „odzyskanie instytucji kultury narodowej”. Markowski co prawda przyznał, że od Do Damaszku nie widział żadnego spektaklu w Starym, zna je tylko z recenzji, ale to nie przeszkodziło mu je oceniać. „Chcę, by Narodowy Stary Teatr był nadal otwarty i pluralistyczny. Sprzeciwiam się dziś tylko temu, że jest on tak ideowo zapiekły. Gdyby Jan Klata działał na deskach swojego prywatnego teatru, nie miałbym nic przeciwko”14 – mówił Urszuli Wolak z „Dziennika Polskiego”. Klata stał się jednym z głównych wrogów prawicy, oskarżanym o antypolskość, antykatolickość, zatruwanie umysłów, degenerację i wiele innych grzechów. Oskarżyciele rzadko kiedy opierali się na znajomości przedstawień – na przykład Wojciech Wencel rozprawił się z Klatą w artykule, w którym zadeklarował: „Ostatni raz byłem w teatrze mniej więcej dwadzieścia lat
temu15”.

Tytuł pierwszej premiery sezonu korespondował z tą atmosferą. Wróg ludu Henrika Ibsena (3 października 2015) okazał się jednym z najlepszych spektakli Klaty. Historia doktora Stockmanna, który odkrywa, że woda w uzdrowiskowym miasteczku jest zanieczyszczona, a potem, jak połączone są interesy miejscowych notabli i mieszkańców, a także jak łatwo jest z bohatera zostać wrogiem ludu, brzmiała niezwykle aktualnie. Klata zrobił spektakl bardzo precyzyjny, jakby w kontraście do gigantycznego kolorowego śmietnika zapełniającego scenę. Pod koniec spektaklu Juliusz Chrząstowski (grający Stockmanna) zwracał się do widzów w improwizowanym monologu przechodzącym w dialog (jeśli ktoś z widowni odważył się zabrać głos); sprawy poruszał różne, zawsze aktualne i jakoś związane z tematem Wroga ludu (na oglądanym przeze mnie spektaklu były to: krakowski smog i problem uchodźców).

Klata zaprosił do Starego dwóch reżyserów zagranicznych: Konstantina Bogomołowa i Tiana Gebinga. Bogomołow zrobił Płatonowa Czechowa (19 grudnia 2015), Gebing – Dekalog (27 maja 2016). Pomysł frontowego zderzenia kultur – chiński reżyser awangardowy rozpracowuje dziesięć przykazań – wyglądał wariacko, ale nie urodziło się z niego nic wariackiego ani choćby ciekawego, tylko teatr fizyczny układany w ładne obrazki. Lepiej poszło Bogomołowowi, który obsadził mężczyzn w rolach kobiecych, a kobiety w męskich, w dodatku na przekór wiekowi (Jaśmina Polak grała ojca Anny Dymnej). Scenografia sugerowała jednocześnie współczesność i wiek dziewiętnasty, a także perspektywę kosmiczną. Wymusiło to w widzach uwagę i podejrzliwość wobec emocji i zachowań pokazywanych na scenie i emocji związanych z odbiorem. Jakie są męskie zachowania, a jakie kobiece? Co to znaczy? Jakim stereotypom w tym względzie ulegamy?

Podopieczni Elfriede Jelinek (9 kwietnia 2016) to dramat – a właściwie gigantyczny wielogłosowy monolog – o uchodźcach. Paweł Miśkiewicz musiał jakoś ten tekst rozpisać na aktorów, ale nie uporządkował go przesadnie – postawił na kontrolowany chaos, nakładanie się różnych tematów i perspektyw, różnych środków aktorskich i sposobów docierania do widza. Nic nie jest tu jednoznaczne i dane na zawsze – reżyser i aktorzy nie pozwalają się nam zatrzymać na wzruszeniu czy współczuciu, drążą dalej, bywają nieprzyjemni, agresywni albo ironiczni. Na wzruszeniu nie pozwala widowni poprzestać także Krzysztof Globisz, który powrócił na scenę po udarze; widzowie oczywiście wstają na widok aktora na wózku inwalidzkim, ale Globisz ma przecież rolę do zagrania: przemawia, walcząc ze słowami, z pomocą młodego asystenta, o wartościach europejskich i cierpieniu.

Na początku grudnia 2015 roku dowiedzieliśmy się, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego (a konkretnie Konrad Szczebiot, nowy doradca nowego ministra Piotra Glińskiego) zwróciło się do Starego Teatru z prośbą o przysłanie rejestracji wszystkich spektakli w celu ich ocenienia. Plotkowano, że nadzieję na dyrekcję ma Jerzy Zelnik. Zwolennicy dyrektora zorganizowali akcję „Tak dla Jana Klaty” – pod petycją do ministra zebrali ponad półtora tysiąca podpisów. Na premierę Płatonowa przyjechał minister Gliński; zapowiedział, że nie ma zamiaru usuwać Klaty. Klata miał więc szansę dotrwać do końca kończącej się 31 sierpnia 2017 roku kadencji. 

To jeszcze nie koniec

Hasłem sezonu 2016/2017 był ciąg dalszy zdania z Ewangelii wg św. Łukasza, które sygnowało sezon poprzedni: „A kiedy usłyszycie o wojnach i rozruchach, nie lękajcie się, bo to wszystko musi się najpierw stać, ale to jeszcze nie koniec”.

Z siedmiu premier publiczność najbardziej pokochała Wesele Klaty. Przebojem stał się pierwszy w Starym spektakl dla dzieci – Kopciuszek Joëla Pommerata w reżyserii Anny Smolar (24 marca 2017), błyskotliwa, inteligentna i przewrotna współczesna wersja baśni ze świetnymi rolami Jaśminy Polak i Bartosza Bieleni. Radosne i optymistyczne historie z happy endem postanowili opowiedzieć Paweł Demirski i Monika Strzępka w Triumfie woli (31 grudnia 2016), dając jednak do zrozumienia, że po pierwsze udaje się to nie bez przeszkód związanych z osobowościami i kłótliwością bohaterów, a po drugie – udać się może tylko w sytuacji odizolowania od rzeczywistości, czyli na wyspie, na której bohaterowie znaleźli się w wyniku katastrofy samolotu. Czekając na pomoc, opowiadają i inscenizują owe historie. Choć można mieć pretensje do Demirskiego z powodu rozwleczenia i przegadania tekstu, spektakl ogląda się z przyjemnością z powodu aktorów, potrafiących zagrać wszystko i tworzących zgraną trupę komediantów, zapraszających widzów na kilka godzin do świata, w którym wszystko dobrze się kończy. Inaczej niż w realnym świecie.

Krzysztof Garbaczewski zrobił Kosmos (19 listopada 2016), zdumiewająco grzeczną jak na siebie adaptację powieści Gombrowicza, mimo niekonwencjonalnej obsady (Jaśmina Polak w roli Witolda, Paweł Kruszelnicki i Maciej Charyton w kobiecych rolach) i atmosfery surrealnego snu powtarzającą rozpoznania autora.

Na Nową Scenę zaproszono młode reżyserki; powstały trzy spektakle – Głód Anety Groszyńskiej według reportażu Martina Caparrósa (17 grudnia 2016), Szewcy na motywach sztuki Witkacego w reżyserii Justyny Sobczyk (11 marca 2017) i Wszystko zmyślone Anny Karasińskiej (23 czerwca 2017). Najwięcej emocji wzbudził Głód – teatr brechtowski z ducha, prezentujący (również śpiewem i tańcem) z pozycji białego Europejczyka problem głodu na świecie. 

I jeszcze jedna premiera, tyle że nie spektaklu: 13 grudnia 2016 roku w głównym budynku przy ulicy Jagiellońskiej otwarto MICET – interaktywne muzeum Starego Teatru.

 

Jan Klata przegrał w ministerialnym konkursie z byłym recenzentem „Gazety Wyborczej” i byłym szefem Telewizji Kielce Markiem Mikosem, który na swego zastępcę do spraw artystycznych rekomendował pracującego za granicą reżysera Michała Gieletę. Napisany wspólnie przez nich program konkursowy nie pozostawia złudzeń: będzie inaczej niż za Klaty. Diagnoza stanu Starego Teatru jest właściwie jego krytyką na wszystkich polach – od kwestii organizacyjnych po artystyczne. Czytamy tam o braku wzorców aktorskich, o tym, że relatywizm prowadzi do niemożności obiektywnej oceny pracy reżysera, o wszechobecnym ponoć „pisaniu na scenie”, o braku repertuaru i niedostatecznym kontakcie teatru z widzami. Dla kogoś, kto pilnie chodził do Starego, są to opinie krzywdzące i nieprawdziwe. Nie wszystko się Klacie w ciągu tych czterech i pół sezonu oczywiście udało, bywały premiery zdecydowanie kiepskie, ale równoważyły je te dobre, ciekawe i znakomite. Zespół aktorski, uzupełniany transferami (za Klaty przyszli do Starego: Marcin Czarnik, Michał Majnicz, Marta Nieradkiewicz, Marta Ścisłowicz, Jaśmina Polak, Małgorzata Gorol, Bartosz Bielenia, Monika Frajczyk, Krzysztof Zarzecki, powrócili Dorota Pomykała i Radosław Krzyżowski), błyszczał i zachwycał. Publiczność – i to wcale nie tylko młodzież – dopisywała. Teatr szedł w górę i naprawdę nie było powodu do zmiany. Zwłaszcza że zmiana zaczęła się od konfliktu – gdy piszę te słowa, okazało się, że nowy dyrektor naczelny Marek Mikos pokłócił się ze swoim zastępcą do spraw artystycznych i być może „najbardziej znany za granicą polski reżyser” (jak przedstawiało go ku zdumieniu wszystkich ministerstwo) nie będzie pracował w Starym Teatrze. „Anglosaskie wzorce”, o których dużo było w programie Mikosa i Gielety, nie zagoszczą więc w Krakowie. A co zagości, nie wiadomo. Do grudnia można jeszcze – miejmy nadzieję – oglądać to, co zamówił i zrobił Jan Klata.

 

  • 1. Mimo wszystko, z Anną Dymną rozmawiała Katarzyna Janowska, „Polityka” nr 14/2007.
  • 2. Marcin Kościelniak Dyrektor z przeszłością, „Tygodnik Powszechny” nr 28/2012.
  • 3. Łukasz Drewniak, Paweł Głowacki, Łukasz Gazur Stary Teatr, nowa rewolucja, „Dziennik Polski” nr 163 online, 15 lipca 2013.
  • 4. Niech Kraków huczy! To mu nie zaszkodzi, z Janem Klatą rozmawiała Gabriela Cagiel, „Gazeta Wyborcza – Kraków” 5 kwietnia 2013.
  • 5. Rafał Stanowski Zaczynamy dyskusję: co ze Starym Teatrem?, „Dziennik Polski” online 11.10.2013, http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/170524.html (dostęp 2 sierpnia 2017).
  • 6. Marek Kęskrawiec Pustka w Czystej Formie, „Dziennik Polski” online 14.10.2013, http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/170632.html (dostęp 2 sierpnia 2017).
  • 7. Oświadczenie Dyrekcji oraz Zespołu Aktorskiego Narodowego Starego Teatru, 26 listopada 2013, http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/173512.html (dostęp 8 sierpnia 2017).
  • 8. Kraków. Oświadczenie realizatorów ws. zawieszenia spektaklu „Nie-Boska komedia. Szczątki”, http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/173588.html (dostęp 2 sierpnia 2017).
  • 9. Zapis rozmowy z realizatorami i aktorami, która odbyła się w Instytucie Teatralnym w Warszawie, a także kilka tekstów współtwórców spektaklu opublikowały „Didaskalia” nr 119/2014, s. 2-25.
  • 10. Nothing Else Matters, z Janem Klatą rozmawiał Dariusz Kosiński, 20 czerwca 2015, http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/204389.html (dostęp 2 sierpnia 2017).
  • 11. Jak grzechotnik, z Jerzym Trelą rozmawiała Donata Subbotko, „Gazeta Wyborcza - Magazyn Świąteczny online”, 15 marca 2014, http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/179287.html (dostęp 4 sierpnia 2017).
  • 12. Klata: Są skargi, śliskie podgryzania, donosy. Normalnie, z Janem Klatą rozmawiała Gabriela Cagiel, „Gazeta Wyborcza online”, 28 czerwca 2014, http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/185618.html (dostęp 4 sierpnia 2017).
  • 13.

    NIE LĘKAJCIE SIĘ! – nowy sezon w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, materiał nadesłany, 18 września 2015, http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/208661.html (dostęp 5 sierpnia 2017).

  • 14. Urszula Wolak Klata musi odejść! - domagają się autorzy listu otwartego do ministra, „Dziennik Polski online”, 14 listopada 2015, http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/212393.html (dostęp 5 sierpnia 2017).
  • 15. Wojciech Wencel Teatr według Kiepskich, „wSieci”
    nr 51-522015, http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/214770.html (dostęp 8 sierpnia 2017).

Udostępnij

Autorka jest krytyczką teatralną, współpracuje z „Didaskaliami” i „Gazetą Wyborczą”. Redaguje książki o teatrze i książki kulinarne.