25_113_x_509_web.jpg

Blog „Pan od kultury” Mike'a Urbaniaka

Blogi

Maciej Tomaszewski
W numerach
Czerwiec
2017
6 (727)

Blogerzy – fenomen współczesnej kultury. Zazwyczaj nie mają specjalistycznej wiedzy w żadnej z dziedzin, o których piszą, a jednak zdolni są do wpływania na decyzje tysięcy czytelników. Bez doświadczenia i studiów dziennikarskich, a jednak tworzą wyciskające łzy reportaże. Przeciętniacy, którzy w świecie bez internetu prawdopodobnie nie zdobyliby żadnej sławy, a jednak dzięki swoim działaniom w sieci urastają do rangi celebrytów. Ludzie, których sława i sukces wyrażane są w czterech liczbach – czytelników, odsłon, fanów i subskrybentów. Ich królestwo składa się z bloga, Facebooka, Instagrama i Youtube’a. Piszą o wszystkich aspektach kultury – od kuchni, mody i podróży przez gry, media, technologie, filmy, komiksy, alkohole, aż po rodzinę i życiowe porady. Zawsze na czele peletonu internautów, nadążają za wszelkimi nowinkami, zwiastują zmiany w sieci i są ich promotorami.

Pojawia się oczywiście pytanie, na ile blogerzy kształtują trendy w internecie, a na ile to trendy kształtują blogerów. Ukuta w latach dziewięćdziesiątych definicja społeczeństwa informacyjnego, które „wytwarza, przechowuje, przekazuje, pobiera i wykorzystuje informację”, w praktyce okazała się nietrafna. Dzisiejszy internauta raczej, niczym Cezar, wkracza w kolejne rejony sieci, wypowiadając znaczące „wytworzyłem, przekazałem, zapomniałem”. Skąd ta zmiana w obchodzeniu się z informacjami? Przyjrzyjmy się wieloletniemu konfliktowi wpisów i stron statycznych, a mówiąc szerzej konfliktowi między portalami internetowymi a blogami.

Strona a wpis

Czym różni się blog od portalu internetowego? Dziś granice są już mocno zatarte, bo zarówno portale zbliżyły się pod pewnymi względami do blogów, jak i blogi do portali. Ale dekadę temu rozróżnienie to było bardziej przejrzyste. Tworząc treść internetową, możemy ją opublikować jako  
s t r o n ę   s t a t y c z n ą  lub  w p i s  (w dużym uproszczeniu). Strona statyczna ma charakter trwały, link do niej zazwyczaj umieszczony jest gdzieś w menu, a treść jest niezmienna. Najpopularniejszy przykład strony statycznej to „Kontakt”, zawsze w jednym miejscu, w treści niezmiennej przez dłuższy czas. Wpis jest płynny, pojawia się na stronie głównej, a potem z czasem dezaktualizuje się i zostaje „zakopany” przez inne, świeższe treści. Strona statyczna powinna więc ze swojej natury być w jakimś stopniu ponadczasowa, a wpis staje się czymś chwilowym, zapisem wrażenia na gorąco.

Tak w skrócie wygląda różnica między portalami a blogami. Na początku portale, a szczególnie wortale (portale skupione wokół konkretnej tematyki) operowały treściami stałymi – stronami statycznymi, blogi zaś składały się z wpisów, których czas życia wynosił tyle, ile zdołały się utrzymać na pierwszej stronie. Portale przypominały w jakimś stopniu encyklopedie czy książki, ze spisem treści, zakładkami, systematyką oraz precyzyjnie ułożoną stroną główną. Składały się ze stron statycznych. Blogi nie miały żadnej systematyki, a jedynie ułożone w odwrotnej chronologii wpisy, prezentowane od razu po wejściu na adres bloga. Jedynym porządkiem była tu data umieszczenia wpisu, stąd w menu zazwyczaj pojawiało się tylko archiwum z wyszczególnionymi miesiącami.

Drugą różnicą, dzisiaj już całkowicie niewidoczną, był stopień zaangażowania czytelników. Portale zazwyczaj nie umożliwiały komentarzy i tak jak w prasie czy telewizji, komunikat był jednostronny. Do dzisiaj zresztą nawet jeśli komentarze są, to tak naprawdę użytkownicy rozmawiają między sobą, a autorzy zwykle nie wypowiadają się w dyskusjach pod artykułami. Blogi niemal od początku umożliwiały komentowanie i przede wszystkim bezpośrednią rozmowę z autorem.

Żeby uzmysłowić sobie te różnice, wystarczy wejść na Wikipedię, a potem na pierwszy lepszy blog, na przykład jakoszczedzacpieniadze.pl, prowadzony przez Michała Szafrańskiego. Różnice w prezentowaniu treści widoczne są na pierwszy rzut oka. Jednak jeśli wejdziemy na blog jednego z najpopularniejszych polskich blogerów Tomka Tomczyka (jasonhunt.pl) i serwis informacyjny typu onet.pl, różnice te nie będą już tak oczywiste.

Wymieszanie

W jakimś momencie nastąpiło więc połączenie tych dwóch mediów. Dzisiaj bardzo wiele dużych serwisów stosuje sposób wyświetlania treści znany z blogów – wchodzimy na stronę główną i naszym oczom ukazuje się ściana wpisów. Strony statyczne i zakładki – nawet jeśli są – rzadko kiedy bywają używne. Pojawiły się komentarze. Często ton wypowiedzi w artykułach jest bardziej osobisty. Tymczasem paradoksalnie, w blogosferze pojawił się większy nacisk na stronę główną i jej wygląd. Ma to związek z tym, że powoli ważniejszy staje się bloger niż sam blog. Strona główna jest więc wizytówką blogera odsyłającą do wielu jego aktywności, jak Instragram, Twitter, Facebook, publikacje, wyróżnione artykuły czy sam blog. Światy się wymieszały, ale w różnych proporcjach.

Blogizacja portali...

Na przełomie lat 2007/2008 coraz większą popularność w internecie zdobywała polska strona pisząca o grach pod przyjemnie brzmiącą nazwą Polygamia. Wkrótce serwis ten zdobył popularność na tyle dużą, że jego kupnem zainteresowała się Agora. Doszło tym samym do pierwszej tego typu transakcji w polskim internecie i jednej z pierwszych na świecie – duża korporacja wykupiła małą inicjatywę (dzisiaj nazwalibyśmy ją start-upem). Co takiego specjalnego było w Polygamii? W growej branży, gdzie królowały przede wszystkim duże wortale internetowe jak Imperium Gier (związane z Wirtualną Polską) czy Gry Online, Polygamia poszła zupełnie inną ścieżką, była tak zwanym MABem (multi-author blog), portalem internetowym, który działał na zasadzie bloga. W tamtych czasach była to nowość, dziś wygląda tak prawie każda strona pisząca o grach, a wielkie wortale jak GryOnline są już pojedynczymi wyjątkami. Sytuacja w branży gier dobrze oddaje wygląd polskiego (i nie tylko) internetu. Portale takie jak WP, Onet czy e-teatr zaczynają coraz bardziej przypominać formą blogi; tryumfy zaś święcą takie serwisy jak chociażby Na Temat czy Antyweb, gdzie treści ułożone są już identycznie jak na blogu.

...i całej sieci

Dlaczego blogi zyskały na takiej popularności jako forma przekazywania treści? Nie odważyłbym się zdecydować, czy zjawisko, o którym zaraz napiszę, wykreowały blogi, czy też blogi zwyczajnie korzystając z tego zjawiska, zyskały na popularności, ale nie da się zaprzeczyć, że w tym czysto teoretycznym konflikcie strona statyczna kontra wpis, ten drugi wygrał i zdominował kulturę internetową. Wszystkie portale społecznościowe są w istocie blogami. Timeline (następca walla) na Facebooku to właśnie dzisiejsza wersja web logu. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy same blogi raczej się specjalizują i profesjonalizują, rzadko kiedy ktoś prowadzi bloga o swoim osobistym życiu, a treści typu „dzisiaj byłem na kawie, a teraz się nudzę, co za dzień”, przeniosły się z blogów na Facebooka czy Twittera.

Nie można przy tym zapomnieć, że nawet portale społecznościowe musiały dojrzeć do tej formy. Założony w 2004 Facebook, dopiero w 2006 udostępnił news feed, czyli podstawowe narzędzie, dzięki któremu nasze posty z walla miały szansę pojawić się w szerszym obiegu. Popularne w Polsce Grono w ogóle nie korzystało z formy wpisu (zalążek news feedu pojawił się dopiero u kresu tego serwisu, gdy większość rozwiązań była kopiowana bezpośrednio z Facebooka), a wszystkie treści były prezentowane w formie statycznej strony (przede wszystkim nasz profil). Dzisiaj treści internetowe są chwilowe, błyskawiczne, migają na jednym z licznych news feedów (czy to na Facebooku, czy na Instragramie, czy na portalu internetowym), a potem przepadają, często na zawsze. Poza nieśmiertelną zakładką „kontaktu” czy „o mnie” praktycznie nie klika się już w zakładki serwisów. Forma stron statycznych przetrwała głównie w przypadku portali instytucji państwowych, encyklopedii czy słowników. Wszystko, co jednak związane z codziennym życiem, postawiło na wspomnianą chwilowość. Chociaż tak jak wspomniałem – paradoksalnie ci, którzy zaczęli (lub ci, którzy najwcześniej dostrzegli) tę tendencję, czyli blogerzy, teraz sami od niej odchodzą. Czego dowodem są statyczne, dopracowane strony główne największych blogerów.

Przełomy

Blogi są więc protoplastami dzisiejszych tablic na portalach społecznościowych. Ale wróćmy jeszcze do początków. Blogi powstawały właściwie od zalążków internetu. Szczególnie od 1991, kiedy pojawiły się narzędzia umożliwiające tworzenie stron niewyspecjalizowanym użytkownikom (przede wszystkim dzięki wprowadzeniu systemu WWW).

W 1999 Evan Williams zakłada serwis Blogger (w 2003 przejęty przez Google, dziś znany pod nazwą blogspot), jedną z pierwszych platform blogowych. Od tego momentu założenie bloga staje się dziecinnie proste i wymaga kilku kliknięć. Okres rozkwitu tej formy tworzenia treści przypada na rok 2008, kiedy, – jak pisze Wikipedia – „nowy blog był tworzony w każdej sekundzie, każdej minuty, każdej godziny, każdego dnia”. Dla rozwoju blogów ważna jest również upowszechniająca się od 2001 roku koncepcja Web 2.0, czyli filozofia tworzenia stron internetowych, w których najważniejsza jest interakcja z użytkownikami. Wprowadzenie języka HTML5 (2014) sprawia, że stworzenie ładnego i funkcjonalnego bloga jest nieskomplikowanym procesem dostępnym dla każdego użytkownika.

Tworzymy bloga

Co więc zrobić, by stać się blogerem? Trzeba założyć bloga i pisać. Ot cały sekret. Prawie każdy szanujący się bloger ma swój poradnik o tym, jak zacząć karierę w tej branży i właściwie zawsze można sprowadzić to do jednego słowa – pisz. Potem wystarczy wiadro szczęścia, szczypta ekshibicjonizmu, garść chwytliwych nagłówków i opcjonalnie jakiś mały skandalik na lepszy rozruch. Reguł nie ma. Internet rządzi się własnymi zasadami, które rzadko kiedy pokrywają się z tymi związanymi z „dojrzałymi” mediami jak telewizja, prasa czy radio. Można być wybitnym dziennikarzem i kompletnie nie radzić sobie na blogowym poletku. Nie jest prawdą, że blogowe wpisy muszą być krótkie, zabawne czy osobiste, że koniecznie powinniśmy się zwracać bezpośrednio do czytelnika i to w liczbie pojedynczej, pisać na luzie, nie silić się na przeintelektualizowany język. Zresztą na każdy „przepis na sukces” znajdzie się przynajmniej jeden bloger, który z niego nie korzysta, a jest popularny, i pewnie z parudziesięciu, którzy korzystają, a nie wie o nich nikt. Z blogowaniem jest trochę jak z niezależnym teatrem – robisz swoje tak długo, aż w końcu coś zaskoczy i da ci rozgłos, albo umierasz w zapomnieniu.

Rozwój profesjonalistów

Blogi rozwijały się nie tylko technologicznie, ale również pod względem treści. U początków przede wszystkim opowiadały historie osobiste. Z czasem jednak zaczęło pojawiać się coraz więcej blogów specjalistycznych, skupiających się na danym zagadnieniu. Tak jak treści blogów-pamiętników miały charakter intymny, tak blogi hobbystyczne miały trafiać do szerokiej bazy użytkowników. Ta ewolucja pociągnęła za sobą kilka istotnych zmian – po pierwsze blogerzy musieli większą uwagę skupić na atrakcyjnym wyglądzie, po drugie stopniowo zaczęli rezygnować z anonimowości, po trzecie same treści zaczęły być bardziej interesujące (pojawiły się choćby chwytliwe nagłówki) i wreszcie najważniejsze – autorzy blogów musieli nauczyć się zarządzania społecznością.

Pierwsze sukcesy

Załóżmy więc, że nasza konsekwencja została nagrodzona – piszemy regularnie od roku i nareszcie zaczęli nas dostrzegać ludzie i środowisko. Brawo, gra się dopiero zaczyna. Powoli musimy przyzwyczajać się do nowego określenia, nie jesteśmy już tylko blogerami, ale również influencerami. Niestety blogosfera jeszcze nie wymyśliła bardziej swojskiego określenia. Influencer to pojęcie szersze od blogera, bo wchłania również wszystkich, którzy swoją aktywność opierają na przykład tylko na Instagramie (czy jakimolwiek innym portalu społecznościowym), innymi słowy nie uzależnia nas tak bardzo od naszego bloga. Ten staje się już tylko dodatkiem do... no właśnie, do nas. Bo to my jesteśmy teraz w centrum. Wystarczy wejść na strony popularnych blogerów – Jasona Hunta czy Andrzeja Tucholskiego. To oni są na pierwszym planie i to ich uśmiechnięta twarz spogląda w nasze spragnione sukcesu oczy. Nawiasem mówiąc „influencer” pozwala też zerwać z nieco prostackim rodowodem blogerów. W końcu dekadę temu blogosfera składała się głównie z koszmarnych wizualnie internetowych pamiętniczków założonych na jednej z licznych platform blogowych.

Zresztą jedną nogą w tych czasach tkwią wciąż blogi teatralne. Choćby sam fakt, że większość z nich nie ma wykupionej domeny, o czym świadczą końcówki takie jak „blogspot.pl”, „blog.pl” czy „wordpress.com” zaraz po tytule strony. Jeżeli autor nie zdecydował się wysupłać tych kilku groszy na własne miejsce w sieci, to najdobitniej świadczy to o jego podejściu do blogowania. Zresztą nawet nieliczni, którzy własne domeny mają, nie decydują się na to, by w jakikolwiek sposób otwierać się na współpracę z Markami (jak to się mówi w świecie blogosfery), czego dowodem jest brak jakiejkolwiek zakładki „współpraca”. Z drugiej strony czemu się dziwić, skoro ich zasięgi – owe magiczne cztery liczby – oscylują w granicach najwyżej kilku tysięcy. Szału nie ma. Nie znaczy to oczywiście, że teatralne blogowanie jest gorszej jakości, ale na pewno jest jeszcze nieco niedojrzałe.

Monetyzacja

Zasięgi są ważne, bo na blogowaniu można zarobić. A konkretnie na naszej społeczności. Z blogami teatralnymi jest ciężej, bo powiedzmy to sobie jasno – teatr nie jest seksi. Zwłaszcza w internecie. Jest zbyt lokalną rozrywką, żeby rzeczywiście móc zbudować jakąś pokaźną bazę czytelników. Można z tego zrobić miły dodatek do swojego bloga, najlepiej lifestylowego, bo to wytrych dla każdego blogera czy influencera, żeby móc pisać o wszystkim i o niczym. Żeby zrozumieć, dlaczego na teatrze w blogowym świecie nie da się zarobić, trzeba zrozumieć, jak w ogóle w tym świecie zdobywa się pieniądze. Bloger/infuencer zarabia na swojej społeczności (i wpływie na nią). Jak większość biznesów w internecie, tak i tutaj wszystko zaczyna się od podstawowego pytania „skoro jestem popularny i na moją stronę wchodzi sto tysięcy osób, to jak mogę na tym zarobić?”.

Problem monetyzacji do dzisiaj mają nawet największe serwisy, takie jak choćby Twitter. Tak się jakoś magicznie dzieje, że sama popularność nie przekłada się na pieniądze. Ścieżka blogerów zazwyczaj wygląda podobnie. Najpierw dochodzi do barterów, w blogosferze nazywanych ironicznie „darami losu”. Początkujący blogerzy nie mogą wyjść z zachwytu, gdy dostają od producentów za darmo ich produkty. Jedyne, co muszą zrobić w zamian, to napisać tekst, wrzucić zdjęcie, czy nakręcić krótki filmik. W zależności od ustaleń i postaw producenta, bloger ma większą lub mniejszą swobodę w takich działaniach. Dosyć szybko okazuje się jednak, że z „darów losu” wyżyć się nie da i darmowe prezenciki jakkolwiek przyjemne, na dłuższą metę stają się problematyczne.

W tym momencie pojawia się więc konieczność wyceny swojej pracy i składanie „Markom” konkretnej oferty. To znaczy, że za działania promocyjne należy zapłacić w gotówce. Często niemałej. Najlepsi blogerzy proponują nie tylko proste napisanie o produkcie, ale przemyślaną i rozbudowaną kampanię pasującą do osobowości blogera (no właśnie – blogera, nie bloga). Z blogowania da się więc wyżyć. I to całkiem nieźle.

Dlaczego? Zasięgi najlepszych blogerów jakkolwiek imponujące, nie będą się równać z portalami internetowymi, telewizją czy radiem, słowem – z kolosami. Siłą blogerów jest jednak społeczność i autorytet blogera. Zaangażowanie czytelników. Jeżeli bloger zdobędzie zaufanie swojej społeczności, jest w stanie znacznie skuteczniej przekonać ją do produktu. Pod warunkiem, że produkt pasuje do jego profilu i rzeczywiście wart jest uwagi. Dlatego blogerzy nie są w stanie reklamować wszystkiego i zawsze. To nie telewizja, do której można wrzucić dosłownie wszystko. A jakie produkty pasują do profilu blogera czysto teatralnego? No właśnie, trudno jakieś wymyślić.

Pewną nadzieją na pieniądze w teatralnej blogosferze jest serwis Patreon. W skrócie działa on w ten sposób, że użytkownicy mogą stawać się naszymi patronami (mecenasami), którzy deklarują jaką miesięczną sumę będą przelewać nam na konto (zazwyczaj są to kwoty rzędu kilku do kilkudziesięciu złotych, ale pomnożone przez kilkuset patronów dają  całkiem ładną miesięczną wypłatę). Oczywiście jakoś musimy przekonać użytkowników do wspierania nas – osobowością, szczytnym celem lub ciekawymi nagrodami oferowanymi za wsparcie, na podobnej zasadzie jak w portalach crowdfundingowych typu Polak Potrafi. Zresztą porównanie do tych ostatnich nie jest takie odległe, bo Patreon w gruncie rzeczy działa bardzo podobnie, tylko wsparcie jest comiesięczne i dotyczy nie konkretnego projektu czy produktu, a działalności konkretnej osoby. Myślę, że to kwestia czasu, by serwis ten zadomowił się w świecie teatralnym (nie tylko związanym z blogami). Żeby to jednak miało jakikolwiek sens, trzeba mieć rzeszę oddanych fanów, którzy na takie wsparcie się zdecydują, a to przy wiecznie kontestującej teatralnej widowni może nie być łatwe.

Bloger teatralny, czyli kto?

Aktywnych polskich blogerów (a raczej autorów mających blogi) piszących o teatrze można wymienić na palcach obu rąk i to trzymając w jednej z nich kubek z kawą – Bartłomiej Miernik, Jacek Zembrzuski, Marzena Dobosz, Mike Urbaniak, Wojciech Majcherek, Ewa Bąk, Agnieszka Kobroń, Krystyna Janda. Większość z nich to redaktorzy różnych pism teatralnych lub ludzie związani z teatrem. Każdy utrzymuje się z działalności pozablogowej. Nie ma tu nikogo, kto nadawałby się na blogera z krwi i kości, a już w żadnym razie na influencera.

Bogatsi o nową wiedzę na temat blogów, przyjrzyjmy się tym teatralnym dziennikom. Znamienne, że wszyscy autorzy piszą przede wszystkim o warszawskich przedstawieniach. Blog zajmujący się teatrem w dowolnym mniejszym mieście niż powiedzmy Kraków, Trójmiasto czy Wrocław byłby tak niszowy, że nawet nie mogę wykluczyć jego istnienia, bo mógł umknąć mojej uwadze.

Prawdopodobnie najbardziej rozpoznawalny polski blog o teatrze należy do Mike’a Urbaniaka (panodkultury.com). Jeżeli uznamy, że lider stawki powinien być jednocześnie wyznacznikiem jakości, to z tą jakością w teatralnej blogosferze jest naprawdę kiepsko. Nie wchodząc w kwestie merytoryczne, blog Urbaniaka wypada bardzo słabo na poziomie technicznym, ale również w kontekście blogowych trendów. Można przymknąć oko na prostą stronę postawioną na Wordpressie, ale już wyświetlanie całych artykułów zamiast wypisów jest grzechem śmiertelnym projektowania jakichkolwiek stron. Poza tym brak stron statycznych (ani „kontaktu”, ani „o mnie”, nie wspominając już o ofercie współpracy) i nieczytelne menu, które w głównej mierze składa się z archiwum (kto korzysta z archiwów na blogach?) i sekcji „meta” (zawierającej linki do kanałów RSS, wordpress.com i opcję zalogowania się), którą każdy, kto poświęca pięć minut na wygląd swojego bloga, zwyczajnie wywala. Jest to przykład bloga zacofanego, niechlujnego i przede wszystkim brzydkiego.

Z innymi nie jest lepiej. Bartłomiej Miernik (miernikTeatru.blogspot.com), Marzena Dobosz (teatruglodna.blogspot.com), Ewa Bąk (okiem-widza.blogspot.com), Jacek Zembrzuski (jacekrzysztof.blog.onet.pl) czy Wojciech Majcherek (wojciech-majcherek.blog.onet.pl) nawet nie decydują się na wykupienie własnej domeny, przechowując swoje blogi na serwerach blogspot.pl czy blog.pl. Już ten fakt daje wyraźny sygnał – autor nie traktuje swojego miejsca w sieci poważnie. Zresztą panowie Majcherek i Zembrzuski prowadzą typowo staroszkolne blogi, sygnowane ich imieniem i nazwiskiem, przypominające raczej dziennik, niż to, co współcześnie określamy blogiem. Jacek Zembrzuski co prawda ostatnio zmienił wygląd strony, ale ewidentnie zmiana ta go przerosła, bo blog prezentuje się teraz wręcz upiornie.

Bartłomiej Miernik decyduje się na nazwę „miernikTeatru”. To sugestia, że za całością stoi jakaś koncepcja. Niestety znów jedyne, co widzimy, to nieskończona ściana recenzji, wywiadów i przemyśleń na temat teatru. Nie przebija przez to nawet cień wizji, czegoś, co miałoby skłonić czytelnika do powrotu.

Blog „Teatru głodna” Marzeny Dobosz daje pewne nadzieje. W menu zamiast kategorii, siedem różnych opcji wyglądu strony. W zależności od preferencji możemy kliknąć inny sposób wyświetlania treści. Ciekawe rozwiązanie, nie tak znowu popularne. Na pasku bocznym w przystępny sposób zaprezentowana krótka biografia, kontakt, linki do ważnych informacji. Robi to wrażenie i spełnia standardy blogowania, powiedzmy sprzed pięciu lat. Na „Okiem widza” Ewy Bąk jest bardziej standardowo. Recenzje i na tym się kończy. Jakby nikt nie rozumiał, że blog tak jak aktor, musi mieć charakter. Inaczej nikt nie będzie chciał go śledzić.

Wcale nie dziwi mnie, że najnowocześniejszy blog należy do osoby, która nie pochodzi bezpośrednio ze środowiska teatralnego. Agnieszka Kobroń nie tylko ma wykupioną własną domenę (www.afiszteatralny.pl), ale przede wszystkim jej strona jest wizualnie ciekawa. Jako jedyna osoba ze wszystkich tu wymienionych ma własne logo, poza tym fanpage, profil na Instagramie i Twitterze, a nawet konto na YouTubie (pisane przez autorkę „You Tube”, co jest delikatnym faux pas, ale nie ma ideałów). A więc warstwa wizualna jest w porządku, media społecznościowe są, co ciekawe, nawet pojawiają się jacyś partnerzy: „BCKG adwokaci” i „kobieceporady.pl” brzmią mało teatralnie, ale nie ma co wybrzydzać. Niestety brak zakładki „współpraca” nie pozwala mi zorientować się, na czym owo partnerstwo polega. Niemniej można śmiało założyć, że jest to jedyny polski blog teatralny, który rzeczywiście jest blogiem. Agnieszka Kobroń pewnie jeszcze długo nie podpłynie w blogosferze ani do pierwszej, ani do drugiej linii blogerów, ale nie od razu Rzym zbudowano.

W teatralnej blogosferze nie jest więc zbyt różowo. Warto podkreślić jeszcze raz, że nie oceniam tu samych treści pisanych przez wyżej wspomnianych autorów. Niestety w internecie tak już jest, że można zrobić superambitną i rzetelną robotę, ale jeśli nie będzie ona dobrze i nowocześnie zapakowana, to do nikogo nie dotrze. Pozostaje więc liczyć tylko, że wkrótce pojawi się więcej osób chcących poważniej traktować blogowanie o teatrze, a wraz z nimi zobaczymy naprawdę ciekawie pomyślane i prowadzone blogi.

Od siebie mogę tylko poradzić – warto w bloga zainwestować. Wykupić domenę, przygotować logo, ciekawy tytuł i przede wszystkim przemyślany, w miarę minimalistyczny wygląd strony. Pod względem treści warto się zastanowić nad koncepcją. Pomyśleć o tym, czym nasz blog będzie się wyróżniał, jaki będzie miał charakter. Możemy szukać zarówno pod kątem formy, na przykład postawić na to, że każdy spektakl będziemy recenzować w trzech akapitach, jak i treści, na przykład zająć się tylko teatrem niezależnym. Nie zapominajmy też, że dziś to my jesteśmy wizytówką bloga. Czytelnicy w dużej mierze szukają osobowości, nie treści. Możemy pisać nawet o widelcach, a jeżeli będzie przebijała przez to nasza indywidualność, to ludziom się to spodoba. Dlatego własną osobę warto zaprezentować – pomyśleć o zakładce „o mnie”, założyć Instagrama, Facebooka, pokazać chociaż urywek swojego osobistego życia (to wspomniana wcześniej „szczypta ekshibicjonizmu”). Wreszcie na końcu trzeba otworzyć sobie furtkę na współpracę z Markami. Stworzyć odpowiednią zakładkę, zasugerować, że w ogóle jesteśmy otwarci na taką działalność.

I jeszcze raz powtórzę to, co może wydawać się dziwne, a czego ewidentnie nie biorą pod uwagę teatralni blogerzy. Treść nie jest taka ważna. Treść jest chwilowa. Nie ma sensu inwestować w kilkustronicową recenzję, której połowa czytelników nawet nie zacznie czytać, a która w momencie, gdy przejdzie z pierwszej na drugą stronę, właściwie zniknie. Krótkość – to cecha dzisiejszego internetu. Krótkość, jeśli chodzi o rozmiar i o czas trwania.

Udostępnij

Autor jest studentem Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie. Od 2011 roku pracuje w Stowarzyszeniu Sztuka Nowa, gdzie jest instruktorem w warsztatach teatru fizycznego w projektach edukacyjnych. Prowadzi warsztaty w ramach programu edukacyjnego Sztuki Nowej PODAJ DALEJ i w aktoRstudio Romy Gąsiorowskiej. Jest współprowadzącym Kursu Teatru Fizycznego organizowanego w Lub/Labie i performerem w spektaklu Badania Solarystyczne 2.0