powrot_krola_fot_ela_kozak_dscf2096.jpg

Michał Walczak „Powrót króla”, reż. Tomasz Hynek, Wrocławski Teatr Współczesny, 2019. Fot. Elżbieta Kozak

Tonący farsy się chwyta

Magda Piekarska
Przedstawienia
19 lip, 2019

Współczesny progresywny teatr wpuszcza na scenę farsę i kabaret. Czy urodzi się z tego teatr środka?

„Nic nie rozumiem” – narzeka Cocomo, klaun, który dawno powinien być na emeryturze. I byłby, gdyby gaży wystarczyło mu na zusowskie składki. Tymczasem pozostały mu jedynie wspomnienia cyrkowej prosperity lat dziewięćdziesiątych. Dziś żyje wraz z ukochaną Popeliną w szałasie na tyłach zoo, próbując utrzymać się z fuch w galeriach handlowych. I narzeka – że widz się zmienił, że publika nie wie, czego chce, a on sam nie potrafi znaleźć do tych potrzeb klucza. Za wszystkie niepowodzenia wini „jebane lewactwo” i „pierdolonych ekologów”.

Michał Walczak w Powrocie króla, tekście nagrodzonym we wrocławskim konkursie dramaturgicznym „Strefy kontaktu”, opowiada o niegdysiejszych kapłanach rozrywki, dziś pozbawionych mocy. O ich strachu, frustracji, gniewie, upokorzeniu. Tytułowym królem jest Michael Jackson, który przetrwał pedofilską aferę, zaszył się w Polsce i w kraju nad Wisłą chce otworzyć Narodowy Park Rozrywki Narodowej – zdegenerowani cyrkowcy wydają mu się stworzeni do tego przedsięwzięcia.

Powrotowi zdecydowanie bliżej do kabaretowych scenariuszy kolejnych odcinków Pożaru w burdelu, niż do tekstów Walczaka pisanych dla innych scen. To podszyta autoironią satyra na bolączki artystów, na aspiracje Polaków, na mesjańskie ciągoty i – wreszcie – na naszą chorobliwą skłonność do łamania przykazania o miłowaniu bliźniego swego, pod byle pretekstem. Jednocześnie to krzywe zwierciadło, w którym może przeglądać się wiele działających w Polsce scen. Tych pozostających od lat w awangardzie, w których coraz częściej i coraz głośniej mówi się o potrzebie teatru środka, spektakli lekkich, choć niegłupich, które nikogo nie wykluczą, a raczej rozszerzą obszar teatralnej wspólnoty. 

powrot_krola_fot_ela_kozak_dscf2361.jpg

Michał Walczak „Powrót króla”, reż. Tomasz Hynek, Wrocławski Teatr Współczesny, 2019. Fot. Elżbieta Kozak

Piosenka o teatrze środka jest stara jak świat, tyle że przez lata śpiewali ją głównie przeciwnicy dokonujących się na scenie przekroczeń – dziś coraz chętniej nucą ten refren twórcy kojarzeni z awangardą. Tyle że jak trafić do teatralnego państwa środka? Czy przypadkiem nie zapomnieliśmy drogi? Bo raptem okazuje się, że to żmudna wyprawa.  

O tym, że współczesny, progresywny teatr spróbował, jak smakuje własny ogon i że samym sobą jest zmęczony, czeka na zmianę, napisał w głośnym manifeście Sebastian Majewski, szef artystyczny wałbrzyskiego Szaniawskiego. Głośnym, bo trudno było znaleźć w teatralnym środowisku kogoś, kogo by ten tekst by nie obraził, nie zirytował, nie oburzył czy nie rozwścieczył. Racja, Majewski oddał serię strzałów na oślep, trafiając i w młodych twórców (za to, że nie dokonują aktów ojcobójstwa na swoich mistrzach), w starych wyjadaczy (bo powtarzają w nieskończoność odkrywcze niegdyś gesty), w bywalców, którzy snobują się na spektakle, których nie widzieli i w recenzentów, którym do Wałbrzycha wciąż daleko. A choć modne awangardowe sceny nie mogą narzekać na pustki na widowni, to trudno nie dostrzec, że w pogoni za wpływowym krytykiem, za inteligencką publicznością, teatr stał się kolejną bańką, w której tkwimy. Czujemy się w niej bezpiecznie, ale nie jesteśmy w stanie rozhuśtać jej na tyle, żeby zderzyć się ze światem na zewnątrz.

Piosenka o teatrze środka jest stara jak świat, tyle że przez lata śpiewali ją głównie przeciwnicy dokonujących się na scenie przekroczeń – dziś coraz chętniej nucą ten refren twórcy kojarzeni z awangardą

Żeby ją rozbić, Majewski wraz z reżyserem Pawłem Świątkiem, serwują nam gatunek, którym szanujące się sceny dramatyczne pogardzają, co nie znaczy, że go unikają – Wałbrzych jest jednym z niewielu miast, które ominął zalew fars. Wystawianych często niechlujnie, granych od niechcenia, a mimo to utrzymujących się na afiszach przez kolejne dekady. 

Inscenizując na scenie Teatru Dramatycznego Czego nie widać Michaela Frayna, Świątek mówi: sprawdzam. Sprawdzam, czy da się gotowy format ożenić z duchem nowoczesnego teatru. Sprawdzam, czy jest tam przestrzeń dla refleksji serio. Czy pozostanie coś poza chichotem widowni. I czy materiał podlegający licencyjnym ograniczeniom pozwoli na autorski rys. 

Farsa Frayna to opowieść o teatrze w teatrze – w wałbrzyskiej wersji to historia o powstającym na prowincji, na scenie, na której od zaplecza wciąż można oglądać plakaty przedstawień Strzępki i Garbaczewskiego, komediowym spektaklu. O aktorach, którzy z poświęceniem godnym lepszej sprawy wychodzą z siebie, żeby stworzyć kreacje w tej komedii omyłek, w której każdy suspens jest okupiony bieganiem po schodach i trzaskaniem drzwiami, rozmnożonymi tu ad absurdum. 

c5.jpg

Michael Frayn „Czego nie widać”, reż. Paweł Świątek, Teatr Dramatyczny im. Szaniawskiego, Wałbrzych 2019. Fot. Bartek Warzecha

W trzecim akcie, kiedy wszystko – zgodnie ze scenariuszem – pogrąża się w totalnym chaosie, nad sceną zawisa portret damy z gronostajem, niepokojąco podobnej z twarzy do obecnego ministra kultury, jako honorowego patrona tej rozpierduchy. Ale zanim Piotr Gliński omiecie spojrzeniem widownię, usłyszymy głosy aktorów zza kulis – niepewnych, czy to, co robią, ma sens i czy widz to kupi. A jeśli tak, to czy po farsie da się złapać na teatr położony nieco dalej od środka. Dziś trudno ocenić, na ile to się sprawdzi. Ale choć spektakl działa w obu warstwach – i jako perfekcyjnie wyreżyserowana farsa, i jako opowieść o współczesnym teatrze, to nie da się ukryć, że sytuacyjny komizm przykrywa ukryte znaczenia. 

Dziś mało kto pamięta, że farsa Frayna zadebiutowała w Polsce we Wrocławskim Teatrze Współczesnym – w 1985 roku, po stanie wojennym, po tym jak z dyrekcji był zmuszony zrezygnować Kazimierz Braun. W spektaklu w reżyserii Grzegorza Warchoła Krzysztof Kuliński zagrał Tima, przedstawiciela scenicznego zaplecza, który spełnia wszystkie zachcianki reżysera, zawsze gotów naprawić niedomykające się drzwi i zapełnić dziurę w obsadzie. Dziś Kuliński wychodzi na scenę w wyreżyserowanym przez Tomasza Hynka Powrocie króla jako Cocomo. Pokazuje teatr zmęczonych klaunów, czekających na cud, na mesjasza, który pozwoli im na nowo uwierzyć w siebie. Teatr, który próbuje się umościć gdzieś bliżej środka, ale z trudem odnajduje właściwy język. 

„Nie bawię jak kiedyś” – utyskuje Cocomo i trudno mu nie przyznać racji. W komiksowej inscenizacji Hynka Powrót króla zatrzymał się w pół drogi, rozdarty między dramatem a kabaretem. Pośrodku jest bezradność: „Nie rozumiem już widowni, Śnieżynko” – rozkłada ręce Cocomo. 

Udostępnij

Dziennikarka, recenzentka, współprowadzi pasmo teatralne w Radiu Wrocław Kultura, publikuje na łamach kwartalnika „nietak!t ” i w portalu teatralny.pl.