f37590480772634d34ab2c5b02be3587phpepnfzx.jpeg

„Spróbujmy skoczyć do studni”, reż. Piotr Stasik, Dorota Wardęszkiewicz, Studio Kijora, Nowy Teatr w Warszawie, 2020. Fot. Millenium Docs Against Gravity

Studnia bez dna

Stanisław Godlewski
Przedstawienia
16 paź, 2020

Tak, tak, znowu o tym. 

Film dostał nagrodę. Za to, że „jest portretem artysty zupełnie odmiennym od tych, od których przywykliśmy”. Dalej jury pisze w uzasadnieniu o wampirycznej sile dzieła, transie, bezradności, niemocy, rozpaczy, sensie życia, sztuki, pracy – akurat te frazy mamy dobrze osłuchane. Do czego więc właściwie przywykliśmy? I na czym zatem polega „odmienność” portretu artysty (Krystiana Lupy) w filmie Spróbujmy skoczyć do studni Doroty Wardęszkiewicz i Piotra Stasika? 

Chyba na tym, że obserwujemy Lupę w pracy. Krótki dokument składa się właściwie z kilku długich ujęć, które nakręcono w trakcie prób do Procesu – dzieła, które miało powstać w świętej pamięci Teatrze Polskim we Wrocławiu, a ostatecznie, za sprawą współpracy stołecznych instytucji, jest koprodukcją pokazywaną do dziś w Nowym Teatrze. Ale w gruncie rzeczy nie o Proces, ani o Kafkę tu chodzi. Właściwie dostajemy tutaj na tacy to, o czym od zawsze wiedzieliśmy, co jest dla środowiska teatralnego jasne i oczywiste, i co właściwie do niedawna nikomu nie przeszkadzało, a dziś wywołuje przynajmniej dyskomfort, jeśli nie gniew. 

Lupa namiętnie monologuje, gada i gada. Nie są to w żadnym razie wyuczone wykłady, raczej wylewający się w dużym uniesieniu strumień świadomości, który zmierza trudno powiedzieć dokąd. Reżyser gada, aktorzy słuchają – z większym lub mniejszym zainteresowaniem, ale właściwie posłusznie, w ciszy i spokoju. Gdy próbują, on nieustannie ich koryguje lub podsuwa skojarzenia, fragmenty tak zwanych „monologów wewnętrznych”, czasem bardzo obscenicznych i wulgarnych: „Chcesz nową porcję gówna? Bo mi właśnie z dupy wyłazi. Widzisz, kurwo? Masz suko jebana, masz. Idź jeszcze raz pod prysznic kurwo jebana, obmyjesz się aż do swojego dzieciństwa” – podpowiada Ewie Skibińskiej. 

Lupa gada tyle, że właściwie można się zastanawiać jak mu się to potem składa w te precyzyjnie zrobione, długie, monumentalne, wieloplanowe inscenizacje. Ale odpowiedź także kryje się w dokumencie – gdy przychodzi co do czego miejsce logorei zastępują bardzo precyzyjnie wykrzykiwane komendy.

Bo Lupa też krzyczy, głośno, w uniesieniu, czasem z gniewem – ale trudno właściwie powiedzieć czy krzyczy jako postać, którą właśnie odgrywa demonstrując coś aktorom, czy jako reżyser. Granica między pracą a fikcją się zaciera – to zresztą także było wielokrotnie opisywane jako jedna z metod pracy Lupy (i nie tylko). Czerpanie z aktorów, z ich prywatności, długie improwizacje, eksperymenty etc. Nie wiadomo właściwie, gdzie kończy się etatowa praca w instytucji normowana prawem pracy, a gdzie twórczy trans. A w przypadku Lupy siła artystycznego szału jest tak obezwładniająca, że taranuje wszystko po drodze. Nie sądzę, by było w tym wyrachowanie. Natomiast z pewnością jest radykalizm.

Artysta ma pełną kontrolę nad swoim dziełem – co nie byłoby w gruncie rzeczy zarzutem, gdyby nie fakt, że teatr tworzą ludzie. Po prostu.

Jest to o tyle problematyczne, że w przypadku teatru Krystiana Lupy temat utopijnej wspólnoty i zespołowości był obecny od dawna. I na ogół opisywany jednoznacznie pozytywnie. Tymczasem, jak pokazują ostanie badania czy wywiady z aktorami i aktorkami (na przykład wykonywane przez Monikę Kwaśniewską 1), utopia i jej mieszkańcy wcale nie mają się tak dobrze, jak przywykliśmy myśleć. 

Jasne, że Spróbujmy skoczyć do studni jest także dziełem filmowym; że artyści z godzin nagranego materiału wybrali konkretne rzeczy i prezentują bardzo subiektywny obraz. Tylko co my właściwie widzimy? I jak to właściwie nazwać, by ująć fakty, nie oskarżać fałszywie, nie uruchamiać zapędów cenzorskich, a jednocześnie uniknąć procesu o zniesławienie? Bo oczywiście Lupa w dokumencie nikogo nie gwałci, nie bije, nie poniża. A jednak fakt, że jest niemiły, momentami ordynarny, egocentryczny i despotyczny; że wrzeszczy, nie daje innym dojść do głosu, łamie bariery intymności bez pytania dotykając ciał aktorów (albo przynajmniej dokumentaliści nie wykorzystali materiału, na których takie pytania reżyser by zadawał), sprawiają, że trudno uznać jego metody pracy za zdrowe czy nieszkodliwe. 

Oczywiście, krążą o nim jeszcze gorsze plotki, które wszyscy sobie w środowisku powtarzamy, ale to plotki – nie wiadomo jak je traktować. Mało kto z krytyków, badaczy, dziennikarzy czy uczonych pracował z Lupą bezpośrednio, w teatrze.

„Nie będziemy pamiętać krzyku wrogów, ale milczenie przyjaciół” – powiedział Martin Luther King. Kiedy właściwie zaczyna się to „milczenie”? Bo gdzie wszyscyśmy byli, gdy w Gardzienicach działo się to, co się działo 2?  I co niby widzieliśmy? I co ma niby znaczyć to obecne bicie się w piersi?

Nie chodzi mi teraz o to, że Krystian Lupa to drugi Włodzimierz Staniewski. Nie. Raczej zastanawiam się głośno jak reagować, kiedy widać, że ewidentnie coś jest nie w porządku, aby zapobiec eskalacji i uniemożliwić ciche przyzwolenie, do którego przywykliśmy. 

Jest w dokumencie Wardęszkiewicz i Stasika jedna wspaniała scena, gdzieś w środku – pomiędzy monologami i awanturami. Oto w scenografii do Procesu reżyser tańczy tango z aktorką, Martą Ziębą. Ona dramatycznie zrzuca szal, on uśmiecha się łagodnie – wirują powoli w objęciu, wykonują kolejne figury, lekko, a jednocześnie z pasją. Wygląda to naprawdę pięknie, bije od nich charyzma, jakiś dziwny rodzaj czaru, uroku. Chciałoby się patrzeć i patrzeć.

No właśnie. 

 

Film można było obejrzeć na Krakowskim Festiwalu Filmowym oraz ostatnio na festiwalu Millenium Docs Against Gravity.

Udostępnij

Pracownik Instytutu Sztuki PAN, absolwent MISHiS UAM (kierunek wiodący: wiedza o teatrze). Recenzent teatralny współpracujący z „Gazetą Wyborczą Poznań”, „Didaskaliami”, eCzasKultury.pl i Taniecpolska.pl. Realizuje Diamentowy Grant poświęcony współczesnej polskiej krytyce teatralnej.