wwwimg_2540.jpg

„Cynk (Zn)”, reż. Eimuntas Nekrošius, Vilniaus Valstybinis Jaumino Teatras, Meno Fortas, Vilnius 2017. Fot. Maciej Rukasz/Konfrontacje Teatralne

Shakespeare w Afganistanie, Czechow w Czarnobylu

Ewa Hevelke
Przedstawienia
01 lis, 2019

Słyszę ciężkie kroki Otella wracającego do domu z wojny, jego wesołe pohukiwania „Ho-hoho!”; słyszę wodę kapiącą na rozdartą koszulę Hamleta, myśli „gdaczące” w jego głowie; słyszę skowyt Ducha ojca nad ciałem Hamleta syna; słyszę odgłos upadku talerza-bąka, który symbolizuje wystrzał w pojedynku, słyszę okrzyk: „Do Moskwy! Do Moskwy!”, niczym zaklęcie, rzucany w studnię przez trzy siostry. Makbet, Salieri, Don Juan, Wujaszek Wania, kobieta i mężczyzna z Kwadratu wszyscy byli na scenie Centrum Kultury w Lublinie, kiedy na tegorocznych Konfrontacjach Teatralnych rozpoczął się spektakl Cynk (Zn) Eimuntasa Nekrošiusa.

Nie dlatego, że byli bohaterami reportażowych książek Swietłany Aleksijewicz – Cynkowych chłopców i Czarnobylskiej modlitwy – na podstawie których powstał spektakl. Dlatego, że pamięć przedstawień tego reżysera mocno siedzi w głowach widzów schowanych po drugiej stronie rampy.

Obrazy te uruchamiają się, kiedy tylko na scenie staje mała dziewczynka, która uczy się wiersza. Podejmowane próby przynoszą mierny skutek, ale to nie kłopot. Ona ma swój własny świat, w którym chroni się przed tresurą słów i tresurą słowami. Jej rodzicie wyłaniają się nagle niczym ptaki z jakiejś dziwnej, nieokreślonej ramy gimnastycznej. Ramy, która może kiedyś była urodzinowym prezentem dla Iriny z Czechowowskich Trzech sióstr Nekrošiusa (1991).

wwwimg_2389.jpg

Fot. Maciej Rukasz/Konfrontacje Teatralne

Wtedy była to po prostu ramka do fotografii, przez którą przecisnąć mogli się tylko najszczuplejsi i najbardziej wygimnastykowani. Udało się to nielicznym, między innymi Maszy. Teraz to rama teatralna, przekroczenie której oznacza upostaciowienie w innym wymiarze – w sztuce. Odtąd przez tę ramę przechodzić będą ludzie spotkani przez dorosłą już dziewczynkę. W przyszłości noblistkę, teraz zaangażowaną, pełną energii i młodzieńczego zapału Swietłanę Aleksijewicz.

Postać tę gra Aldona Bendoriūtė aktorka, która dwadzieścia pięć lat wcześniej grała rolę Maszy w Trzech siostrach. Wówczas była jedną z dziewcząt tęskniących do Moskwy, usychającą w niechcianym małżeństwie, gorąco zakochaną w Wierszyninie. Żołnierze i garnizonowe życie to była codzienność Maszy, córki generała. Oficerska musztra, podporządkowanie rozkazom – zwyczajna sprawa. Wszyscy gnuśnieli w gubernialnym mieście, z dala od wojny co prawda, ale ona zawsze gdzieś wisiała nad nimi niewypowiedziana.

Swietłana nie doświadcza wojny. Ona ją rejestruje. Ciągnie za sobą szpulowy magnetofon, zarzucając sobie pasek na ramię, niczym Otello (2001), który prowadził swoje statki, ciężkimi krokami, z dużym wysiłkiem, ale niezłomnie. I jedno, i drugie bowiem odpowiada za ten ciężar. To jest wojsko Maura, zwycięskiego wodza, który przyprowadził swych żołnierzy do domu. To jest życie żołnierzy, którzy opowiedzieli Swietłanie o doświadczeniach wojny w Afganistanie, zapisane na delikatnej taśmie.

Straszne są to opowieści: o tym jak łamie się charaktery, jak się traci człowieczeństwo, jak się traci podmiotowość, jak stajesz się numerem w szeregu, kiedy żyjesz, a kiedy dasz się zabić – stajesz się Ładunkiem 200 w ocynkowanym pakunku. Młodzi ludzie, chłopaki, wyszukani, prostaccy, bez wykształcenia albo z wykształceniem, z planami na życie, albo chwytający każdy dzień w locie. Tacy jak ten Wierszynin, który dziewczyny uwodzi, a potem zmienia miejsce stacjonowania, jak Tuzenbach, co prostacko wylizuje talerz. Chłopcy przechodzą przez ramę – stają się postaciami z reportażowej literatury, ukształtowanymi przez artystkę, pisarkę – Swietłanę Aleksijewicz.

Historie kobiet są równie okrutne. Opowiadają o oczekiwaniu, wierze w powrót swoich synków. Wspominają moment realizacji marzeń i rozczarowanie tym, że w progu ich biednych radzieckich mieszkań stawali nie bohaterowie wojenni, lecz ludzkie-wraki. Posklejani, pozszywani orderami z butaforki, niezdolni do życia, do pełnienia ról głów rodziny, żywicieli.

Związek Radziecki, w zamian za spełniony wzorowo obowiązek urodzenia i dochowania do pełnoletności obywatela Rosji, zabrał kobietom jedyną polisę na życie, na bezpieczną starość. Co takiej kobiecie pozostaje? To co wszystkim: popijana ukradkiem albo całkiem otwarcie wódka i wycie. Takie wycie jak transcendentalny szloch Ducha ojca, który w ramionach tuli Hamleta syna (1997). Takie wycie jak Wujaszka Wani (1986), który zrozumiał, że innego życia nigdy nie będzie. Tak, Związek Radziecki będzie wieczny.

Swietłana rejestruje, słucha, przepisuje, ubiera w słowa, pointuje i niczego nie przeinacza, ale przez to demitologizuje historię. Wyciąga to, co powiedziane zostało w czterech ścianach domu. Wywleka, pozwala czytać, zbiera nagrody i uznanie. Uznanie zbudowane na krzywdzie ludzkiej, bo prawda wojny w Afganistanie jest krzywdą. Jednak lepiej słuchać oficjalnej propagandy, lepiej umówić się, że wojna jest okrutna, ale szlachetna jak w Lecą żurawie. Co postaciom/ludziom więcej zostało ponad wiarę w wielkość gwiazdy radzieckiej?

Ona zresztą wisi nad sceną, w tyle, na stelażach. Upleciona jest z węży gaśniczych. Profesjonalnych, strażackich, solidnych. Trochę te węże zwisają. Nie są naprężone jak żołnierze na defiladzie 9 maja. Ale to wciąż jest gwiazda tych ludzi. Dla niej chłopcy wsiadali do helikopterów, chowali się w górach, kryli przed bombami wybuchającymi milionami igieł, przed którymi nie było ucieczki. To są obrazy zagnieżdżone ma taśmach magnetofonowych i w głowie Swietłany. Za ich ujawnienie została podana do sądu, bo te obrazy należało wyprzeć, zapomnieć.

W scenie sądu odbywa się mecz piłkarski. To znów musztrująca postawa sędziego, przywołującego krótkimi gwizdkami kolejnych świadków. Oni gładko opowiadali swoje trudne historie. Mieli je zinterioryzowane. Dlatego siedzieli na krzesełkach niczym kibice w czasie meczu i odbijali tę piłeczkę między sobą; piłeczkę zrobioną ze zwiniętej taśmy magnetofonowej, poszarpanej, posklejanej byle jak.

wwwimg_2554.jpg

Fot. Maciej Rukasz/Konfrontacje Teatralne

Swietłana też mówiła, ale jej obrazy wybuchały, jej głowa wybuchała z cichym odgłosem detonacji imitowanej ustami. Obrazy skakały, jak słowa wypowiadane przez Hamleta w monologach. Natłok myśli niedający się tam okiełznać, który doprowadził do wydania wyroku na winnych zabójstwa króla Danii. Natłok obrazów wołał o sprawiedliwość – o wypowiedzenie wbrew wszelkim okolicznościom. Prawda jest najważniejsza i o prawdę należy walczyć.

Afganistan to jedno wielkie radzieckie przemilczenie. Drugie wielkie radzieckie przemilczenie to Czarnobyl. Historia, która rozpoczęła się 26 kwietnia 1986 roku, a została przedstawiona w brawurowym i dyskutowanym serialu HBO, w przedstawieniu Nekrošiusa zaznaczona jest relacją żony strażaka gaszącego pożar elektrowni. Byli nowożeńcami, ona była w ciąży. Dwa tygodnie po wybuchu została wdową, a sześć miesięcy później osieroconą matką.

Opowiada kolejne dni pożegnania z umierającym mężem, grając z nim w szachy, niczym Antonius Block ze Śmiercią w Siódmej pieczęci Ingmara Bergmana. Wiadomo, że przegra, ale przedłuża rozgrywkę, ciągle wciska guzik w zegarze. Walka o czas jest bardzo zażarta. Jest on potrzebny, żeby dotrwać do 9 maja, do defilady na Placu Czerwonym – wtedy będą fajerwerki nad Kremlem. Najbardziej spektakularne w całej Rosji. Wasilij chciał zabrać Ludmiłę do Moskwy. Dziewczyna nigdy tam nie była, a 9 maja Moskwa jest najpiękniejsza.

Ten mały zegarek Ludmiła dostaje od Swietłany. Jakby to ona darowała tym ludziom czas. Jakby pamiętała, że jako Masza miała takie same marzenie, a czas był terrorystą, który nie dawał zapomnieć o swoim długim trwaniu. Trzy siostry otoczone były zegarami. Swietłana podzieliła się jednym z nich. Wasilij zmarł 13 maja w Moskwie.

Swietłana nie dała takiego prezentu mężczyźnie, który opowiedział o pożegnaniu z córeczką, chorą na białaczkę, sześciolatką. Dziewczynka, która nie chciała jeszcze umierać, biegała po oddziale, wśród kilku innych, podobnych – też bez włosów. Tego w serialu HBO nie znajdziemy – w amerykańskich serialach dzieci nie umierają. Nekrošius nie tylko dał się ojcu wypowiedzieć, pozwolił mu również pomilczeć, a wypowiedziana opowieść, pamięć małej mieszkanki skażonego terenu, wisiała w przestrzeni scenicznej. Po dłuższej chwili ten człowiek po prostu sobie poszedł.

To zdaje się jedyny moment ciszy w całym spektaklu. Dźwięki muzyczne, wprowadzone przez trębacza albo puszczane przez akustyków wciąż inkrustowały przedstawienie: każdą opowieść, każdą myśl, każdą scenę pantomimiczną. A może, kiedy ojciec z Czarnobylskiej modlitwy przestał mówić, też było coś słychać? Może ta opowieść grała dla mnie głośniej niż dźwięki?

To dla mnie istotna cecha Cynku (Zn). Eimuntas Nekrošius dał prymat tekstowi. Narzędzia i chwyty stylistyczne, tak charakterystyczne i ważne w jego teatrze, schodziły na dalszy plan, gdy kolejne postaci rozpoczynały swoje opowieści.

wwwimg_2560.jpg

Fot. Maciej Rukasz/Konfrontacje Teatralne

Jakby reżyser przechodził w ton serio. Jakby zaznaczał szacunek zapisanego słowa „prawdziwego człowieka”. Wymyślone historie, słowa bohaterów literatury pięknej, są fikcją. Można je więc dowolnie urabiać, przekształcać i formować, by wydobyć właściwe sensy. Kiedy mamy do czynienia z realnością słowa, należy odstąpić od jego przetwarzania. Bohater reportażu staje się postacią, ale ma ona szczególne prawa. To nie lalka, to nie marionetka. To żywy człowiek i życie przez kogoś doświadczone.  Artyzm i sztuka, składają pokłon życiu, z którego czerpią.

Swietłana Aleksijewicz i Eimuntas Nekrošius są twórcami, którzy dbają o swoje dzieło. Reżyser włożył słowa Aleksijewicz w swój świat, w którym pamięć postaci wcześniejszych przedstawień mijają się na scenie z postaciami stworzonymi przez noblistkę. Oddają im swoje choreografie, swoje rekwizyty. Najpewniej nie wszystkie odniesienia odczytałam albo odczytałam je opacznie. Oglądanie spektaklu Nekrošiusa, przedostatniego spektaklu reżysera, jest też rodzajem nostalgicznego powrotu, do czasów, kiedy przyjeżdżał na festiwal Kontakt do Torunia i odbywało się starcie tytanów, gdy w jednym konkursie rywalizowali on i Krystian Lupa. Odwiedzał ten festiwal, kiedy z Niemiec przyjeżdżali Marthaler i Perceval, proponujący już inny teatr.  Był jakością odrębną, kiedy tematy i język przestawień sytuowały zainteresowania już gdzie indziej.

Oglądanie spektaklu Nekrošiusa, przedostatniego spektaklu reżysera, jest też rodzajem nostalgicznego powrotu, do czasów, kiedy przyjeżdżał na festiwal Kontakt do Torunia i odbywało się starcie tytanów, gdy w jednym konkursie rywalizowali on i Krystian Lupa. Odwiedzał ten festiwal, kiedy z Niemiec przyjeżdżali Marthaler i Perceval, proponujący już inny teatr

Dzisiaj też jestem przyzwyczajona do innego sposobu rozmowy o skutkach wojny, bardziej wprost odnoszącego się do tematu, bez ubierania go w problem odpowiedzialności artysty za dzieło i postać. Im więcej czasu minęło, tym bardziej cenię sobie to spotkanie z litewskim teatrem Nekrošiusa. Wartością jest, że mogłam zatrzymać się i spojrzeć na ten temat również z tej perspektywy.

P.S. Niektóre legendarne przedstawienia Eimuntasa Nekrošiusa można obejrzeć na nagraniach w Menų spaustuvės Mediateka.

Udostępnij

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od 2019 roku. Absolwentka Szkoły Głównej Handlowej oraz Wiedzy o Teatrze w Akademii Teatralnej w Warszawie. Redaktorka Encyklopedii Teatru Polskiego. Stale współpracuje z Instytutem Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego, Teatrem 21, Muzeum Teatralnym. Współautorka filmów found footage w projekcie „Teatr Publiczny. Przedstawienia”.