29535614-8414819-image-a-68_1591975530475.jpg

Pomnik Leopolda II w Brukseli. Fot. Getty Images

Pomniki, lektury, korekty

Kornelia Sobczak
Przedstawienia
19 cze, 2020

1.

Pomniki umierają stojąc. Nie, tak naprawdę to leżąc, bo póki stoją, to królują dzielnie i niezłomnie, zaklęcie w kamieniu sankcjonuje ich majestat, ich niekwestionowaną zasadność w danym miejscu, w przestrzeni symbolicznej, i w tej, jak najbardziej, fizycznej. Ale fizyczne i materialne pomniki roztaczają symboliczne dominum tylko póty się ich nie dotknie – bo właśnie fizyczna ingerencja w pomnik najlepiej ukazuje ich skamieniałą bezradność. Czymże może się obronić kamienny ludobójca, oblany czerwoną farbą, bezradny i niemy wobec swego upokorzenia, jakże żałośnie dynda spiżowy handlarz niewolnikami nad taflą miejscowej rzeki, a kiedyś widziałam, jak pełni najlepszych intencji robotnicy czyścili w Alejach Ujazdowskich mosiężne oblicze Ronalda Reagana i wyglądało to, jakby smarkał w ogromną chustę do nosa.

2.

Pomniki upadają zarówno z hukiem (dosłownie), jak i ze skamleniem, są takie, które odchodzą po cichu, nieżegnane przez nikogo i takie, którym sprawiedliwość wymierza się pod osłoną nocy, ku powszechnemu niemal oburzeniu. Jeśli chwieje się pomnik, trwalszy niż ze spiżu, to chwieją się fundamenty światów, chwieje się stary porządek i stare prawa. Uwieszone na stalowej linie popiersie Feliksa Dzierżyńskiego, odpadająca odeń bryła korpusu, pusty cokół, liczni obserwatorzy na Placu, od teraz już Bankowym, to jeden z bardziej ikonicznych obrazów (jeśli można tak redundantnie powiedzieć), polskiej transformacji, a krach i trzask brył o bruk, to wizualny symbol wszelkich współczesnych transformacji w ogóle. Jeśli powyższe dwa zdania wydają wam się galopującą grafomanią, to macie racje, mnie też, trudno napisać o walce z pomnikami i o pomniki coś, co nie byłoby mniej lub bardziej kunsztownym banałem skompilowanym z natrętnej trawestacji skrzydlatych, a w tym przypadku, wracających kamieniem, słów. Dzieje się tak właśnie dlatego, że zagadnienie obalania pomników ma tak skondensowany potencjał symboliczny, performatywny i narracyjny, że właściwie tą kondensacją obezwładnia. 

Może być aktem symbolicznej sprawiedliwości, lub symbolicznej przemocy albo wehikułem przemocy jak najbardziej fizycznej 1. Działania z pomnikami i na pomnikach to forma zbiorowej lub indywidualnej negocjacji – lub otwartego sporu – z kanonem, kłótni z kamieniem i tym, co go tu w takim kształcie wystawili. Są tacy, którzy nazwą to dewastacją, albo chuligaństwem, są tacy co ujrzą w tym akt kompensacji, powetowania sobie na wizerunkach władzy, mocy i przemocy, zamiast na tej władzy żywych funkcjonariuszach (wobec których pozostaje się bezsilnym), a wśród nich tacy, którzy powiedzą, że to dobrze – lepiej atakować kamienie niż ludzi, albo że źle bo to rozładowanie napięć, zamiast ich rozwiązania. (Jarosław Marek Rymkiewicz miał na przykład niedosyt wieszania). Życie i śmierć, erygowanie i usuwanie pomników to przestrzeń zmagań ze zbiorową pamięcią. Zmagania te mogą mieć charakter addytywny jak w okolicach warszawskiego Placu na Rozdrożu, gdzie do stojącego pod Belwederem Marszałka Piłsudskiego dostawiono, w bezpiecznej odległości, Romana Dmowskiego, do którego dostawiono, ukrytego nieco w krzakach, Ignacego Daszyńskiego, a zupełnie niedawno dołożono im, od strony Agrykoli, Wojciecha Korfantego, gromadząc w ten sposób komplet ojców niepodległości i skazując nieprzepadających za sobą panów na wieczne współbycie w kamieniu. Addytywność pamięci może mieć charakter konkurencji w martyrologii i bohaterstwie – tak widzi okolice Muranowa Elżbieta Janicka w Festung Warschau – może też być wymazywaniem i zastępowaniem – Dzierżyńskiego zastąpiono na Placu Bankowym dość bezpiecznym i mało kontrowersyjnym Słowackim, któremu raczej nic nie grozi, ale przecież gdy usuwa się pomniki żołnierzy radzieckich, albo Wojska Polskiego, to wznosi się też monumenty Żołnierzy Wyklętych. Piszę o tym właściwie po to, żeby jakoś wysupłać się z mnogości kontekstów ewokowanych przez pomnikoburstwo, chcę bowiem skupić się właściwie na jednym aspekcie tej sprawy – na usuwaniu pomników jako geście korekty kanonu, a skoro mowa o kanonie – spojrzeć na sprawę pomników w połączeniu ze sprawą lektur, czyli tekstów, no cóż, pomnikowych. 

3. 

A piszę o tym dlatego, że w ciągu ostatnich kilku tygodni obalono kilka pomników, zaingerowano w kilka innych, wywołano dyskusję o pomniku książkowym, co staje się okazją do refleksji nad, górnolotnie mówiąc, przemocową genealogią kultury Zachodu i co z tym fantem zrobić. 

4. 

Protesty pod hasłem Black Lives Matter, jakie ogarnęły USA po zabójstwie czarnoskórego George’a Floyda przez białego policjanta są wyrazem sprzeciwu wobec systemowego rasizmu. Systemowego, bo amerykański rasizm nie objawia się tylko w lekceważących postawach, głupich żartach i w obyczaju, ale jest zorganizowaną machiną dyskryminacji, wykluczania, marginalizowania i prześladowania. Ruch #BLM krzyczy nie tyle, że kultura amerykańska, kultura Zachodu jest rasistowska, ale że cały zachodni system i dobrobyt ufundowany jest na wyzysku i przemocy wobec czarnych. To wciąż brzmi zbyt radykalnie dla części opinii publicznej, zwłaszcza w Polsce, która ciągle cierpi na coś w rodzaju ślepoty na rasizm i cierpienie czarnych, czego symptomem były reakcje na namalowanie sprayem na cokole pomnika Kościuszki w Waszyngtonie liter BLM. Gest ten dość powszechnie, często bezrefleksyjnie, nazwano dewastacją, co wywołało już to oburzenie, już to zniesmaczenie ignorancją tych Amerykanów, co to nic nie wiedzą o historii, już to nieco histeryczne przypominanie, że Kościuszko był bohaterem postępowym i przekazał część majątku na wykupienie czarnych niewolników Thomasa Jeffersona.

5. 

Wydarzenia w USA wywołały też do odpowiedzi inne pomniki: w Brukseli (a także w innych miastach Belgii) wreszcie usunięto z centrum konny pomnik Leopolda II odpowiedzialnego za śmierć milionów Kongijczyków i brutalną eksploatację afrykańskiego kraju. Usunięto brzmi trochę tak, jakby dokonano właśnie refleksyjnej korekty panteonu, ale twórcę nowoczesnej i pięknej Brukseli, której rozkwit sfinansował wyzyskiem ludzi i bogactw Konga zabrano z cokołu raczej skandalicznie późno. Protesty, petycje, apele o usunięcie upamiętnień Leopolda nie przynosiły skutku, dopiero właśnie owa radykalna „dewastacja”: oblewanie farbą, podpalenie (w Antwerpii), napisy „I can’t breathe” (ostanie słowa George’a Floyda) skłoniły władze do, no właśnie wcale nawet nie „obalenia”, tylko demontażu i przeniesienia figur w bezpieczne mury muzeów. W Bristolu ludzie nie czekali na decyzję władz i wzięli w swoje ręce ciężkie kamienne ciało Edwarda Colstona, wrzucając go do rzeki. Colston był „dobroczyńcą Bristolu”, fundatorem szkół i szpitali, który majątek zrobiony na handlu niewolnikami przeznaczał między innymi na działalność filantropijną w mieście. 

W przypadku króla Leopolda II nie ma najmniejszych wątpliwości, że dobrze się stało, tutaj nawet obrońcom zdrowego rozsądku i „spokojnej, rzeczowej debaty” trudno wymyślić coś na obronę jego monumentów. W przypadku Colstona wątpliwości są, ale niewielkie: że czemu tak gwałtownie, że czemu bez uprzedniej „spokojnej, rzeczowej debaty”. „Czy logika oddolnej, ludowej przemocy nie zastępuje tu logiki demokratycznej deliberacji, gwarantującej każdemu prawo do przedstawienia swoich racji?” – pyta Jakub Majmurek na łamach „Krytyki Politycznej”, przywołując wyrażającego podobne wątpliwości lidera laburzystów Keira Starmera. Można by zapytać, wcale nie złośliwie, jaki rodzaj debaty wyobraża sobie Starmer: między zwolennikami i przeciwnikami niewolnictwa? A czy jesteśmy pewni, że owa demokratyczna deliberacja na pewno równo dystrybuuje prawo głosu? Majmurek „zgadzając się co do zasady ze Starmerem” przyznaje zresztą, że „czasem normalne kanały demokratycznej dyskusji nie działają. Wieloletnie wysiłki aktywistów, by zrobić porządek z pomnikiem, odbijały się od ściany. Jak widać, czasem, by otworzyć demokratyczną debatę o historii, potrzebny jest gwałtowny, ikonoklastyczny gest”. 

6. 

No ale wiecie, w przypadku Winstona Churchilla (którego pomnik w Londynie opatrzono spontanicznym, obywatelskim komentarzem „był rasistą”) sprawa robi się bardziej skomplikowana. 

7. 

W obawie przed „gwałtownymi, ikonoklastycznymi gestami” w Poole postanowiono przenieść w bezpieczne miejsce pomnik generała Roberta Baden-Powella, twórcy skautingu, w Australii pomnik kapitana Cooka ochrania policja, a demonstranci w Oksfordzie domagają się upadku figury Cecila Rhodesa, pikietując uniwersyteckie budynki z hasłem „Rhodes must fall”. 

8. 

Tymczasem w Polsce – jeszcze wrócimy do Churchilla – rolę pomnika z kamienia spełnia pomnik ze słów, książka W pustyni i w puszczy Henryka Sienkiewicza, o której usunięcie z kanonu lektur szkolnych apelowała Katarzyna Fiołek motywując to anachronicznym rasizmem tekstu, kolonialnym spojrzeniem na Afrykę i utrwalaniem stereotypów na temat jej mieszkańców. 

9. 

Panteon i kanon – dwie przestrzenie, gdzie umieszcza się to, co dla danej kultury cenne, konstytutywne, ważne, charakterystyczne. Trafienie do kanonu czy panteonu daje rodzaj immunitetu – już nie tak łatwo wypaść, chyba że mamy do czynienia z panteonem konstruowanym doraźnie, zbyt ostentacyjnie służebnym wobec interesów politycznych – tutaj możemy się zastanowić, czy Inka podzieli kiedyś losy zapomnianej Emilii Gierczak, albo wymazanej z historii Hanki Sawickiej, rotmistrz Pilecki generała Waltera, czy jednak zakorzenią się w kulturze polskiej na trwałe. Zasadniczo jednak, kanon i panteon (najlepiej z dopowiedzeniem „narodowych bohaterów”) to repertuar figur i tekstów trwale obecnych w zbiorowej wyobraźni, co nie znaczy, że poddawanych refleksji, raczej przeciwnie – ustawianych w bezpiecznym miejscu wolnym od krytyki i wątpliwości. Sama bowiem, by tak rzec, instytucja kanonu i panteonu czyni z nich coś, co znacząco wpływa na sposób dyskutowania ich zawartości, oznaczając tę zawartość jako coś dla kultury niezbywalnego, coś o czym rozmawia się na innych zasadach, coś, co każe wszelkim wątpliwościom wobec tej zawartości zadawać oburzone, zniesmaczone, zdumione „ale jak to?” 

10. 

„Ale jak to, Churchilla?”. „Ale jak to, Dmowskiego? No tak, no może był antysemitą, ale przecież (tu katalog wytłumaczeń międzywojennego antysemityzmu, zresztą, niestety, Dmowskiego nikt z naszych ulic i rond usuwać nie chce), ale przecież był architektem niepodległości i bez niego to by nas w tym Wersalu wykiwali”. „Ale jak to, Sienkiewicza? Jak to tak, szkoła bez Sienkiewicza”.

11. 

Sienkiewicz staje się tu idealnym przykładem figury i tekstu – fetyszu. Nie jest przecież tak, żeby nie istniała krytyczna recepcja jego dzieł, ale jednocześnie jest tak bardzo wrośniętym w kulturową tkankę organizatorem narodowej wyobraźni, że szkoła bez Sienkiewicza wydaje się niemożliwa. Z drugiej strony, przypadek W pustyni i w puszczy pokazuje właśnie fetyszowość funkcjonowania Sienkiewicza – jest on pisarzem tak ważnym, że skoro napisał książkę dla dzieci, to należy ją tym dzieciom zadawać do czytania, zaznajamiać je z Sienkiewiczem tak wcześnie, jak się da. 

12. 

Czy W pustyni i w puszczy jest książką rasistowską? Oczywiście. Jest apologią i afirmacją brytyjskiego modelu kolonializmu, który biorąc na sztandary mesjanizm własnej cywilizacji skrzętnie ukrywa przemocowy charakter tej misji. Zastanawiające jest to, że Sienkiewicz, Polak z nieistniejącej, uciśnionej Polski, nie widzi możliwości utożsamienia się z ludami uciskanymi przez Brytyjczyków w Afryce. A może właśnie nie jest to zastanawiające, a jakoś logiczne, nie miejsce tu na te rozważania. Rasizm nie wyczerpuje problemów z prozą Sienkiewicza – to przecież opowieść o dzielnym, zdobywczym, bojowym chłopcu, który zabija dwóch dorosłych (bo musi), i który opiekuje się bierną, słodką, chorą i omdlewającą dziewczynką, całkowicie pozbawioną sprawczości. Naprawdę, istnieje mnóstwo przygodowych powieści, które mogłyby zastąpić W pustyni i w puszczy, i które nie utrwalają anachronicznych dychotomii płciowych, nie proliferują rasistowskiej i kolonialnej wizji świata, opowiadają o współpracy i przyjaźni, a przy okazji są zabawniejsze. Mój kandydat: Długi deszczowy tydzień Jerzego Broszkiewicza, ale zapraszam do dyskusji. 

13. 

Czy W pustyni i w puszczy powinno zniknąć z kanonu lektur dla szkoły podstawowej? Tak, raczej tak, choćby dlatego, by oszczędzić frustracji dziewczętom, imigrantom, Polakom o nie-białym kolorze skóry. Czy usunięcie tej książki z kanonu lektur załatwi sprawę? Niekoniecznie. 

14. 

Większym problemem niż to, co czyta się w polskiej szkole jest bowiem problem, jak się to czyta. Jakie postawy wobec tekstu się dopuszcza, czego uczy się na temat kontekstów jego powstania i funkcjonowania, czy kształtuje się czytelniczkę zdystansowaną, zaangażowaną czy krytyczną? Czy teksty są przedmiotem wiary czy wiedzy? Pytanie o sposoby lektury jest nieodłączne od pytania o zawartość kanonu: jeśli zestaw obowiązkowych lektur dla młodzieży zorganizowany jest wokół historii walk o niepodległość, narodowej martyrologii i kultu bohaterstwa, to usunięcie z zestawu tej czy innej pozycji niewiele zmienia.  Jeśli teksty wyznaczone spisem obowiązkowych lektur mają pełnić przede wszystkim funkcje wychowawczą – wtedy pytania o rekonfigurację kanonu są zasadne: jeśli uczniowie mają „przyjmować na wiarę” to naprawdę lepiej, niech przyjmują Muminki albo Natalię Osińską, niż Sienkiewicza. Nie jest to jednak jedyna możliwość: nie ma powodów, dla których nawet bardzo młodzi ludzie nie mieliby posiadać zdolności czytania krytycznego. Nie ma powodów, dla których lekcje literatury nie miałyby być lekcjami historii kultury, uwrażliwiającymi na zmienność systemów wartości, obyczajowych konwencji, sposobów myślenia. Kto nie czyta powtórnie, skazany jest na lekturę wciąż tej samej historii – powiada Roland Barthes, przywoływany przez Krystynę Koziołek w jej opowieści o „czytaniach z innymi” 2. Tylko, że wtedy kanon musiałby przestać być zestawem tekstów świętych, a stać się zbiorem zadań. Co powiedziawszy, i tak uważam, że obszedłby się świetnie bez Sienkiewicza, i że rekonfiguracji wymaga, tak jak refleksji nad sobą wymaga kultura polska i kultura Zachodu, a nie jest to refleksja przyjemna, bowiem, aby była uczciwa, musi odsłonić swoje przemocowe korzenie. 

15.

No więc właśnie, co z tym Churchillem. O ile pomniki Leopolda i Colstona są „łatwe”, rozprawienie się z nimi przynosi satysfakcję i poczucie sprawiedliwości, o tyle, sam gest ich usunięcia z pola widzenia ukazuje swoją niewystarczalność. Bo prędzej czy później, dojdziemy do tego Churchilla. Przywoływany Jakub Majmurek usiłuje sobie z tym poradzić za pomocą często przywoływanego argumentu o „dziecku epoki”. Churchill był dzieckiem swojej epoki, był więc rasistą, ale nie wyjątkowo zjadliwym. Tylko, że był też odpowiedzialny za głodową śmierć milionów Bengalczyków. Ale, no wiecie, Bengalczycy. To straszne, zdaje się mówić przywoływany Jakub Majmurek, „Bez wątpienia Churchill w sprawie głodu w Bengalu popełnił przynajmniej grzech zaniechania”, ale przecież tylko „częściowo wynikał on z rasowych uprzedzeń, częściowo z faktu, że dowodził państwem prowadzącym globalną wojnę, która wymagała czasami dramatycznych decyzji”. Nie jest tutaj bardzo ważne, czy Churchill ponosi za klęskę głodu w roku 1943 osobistą odpowiedzialność, raczej to, że była ona bezpośrednim efektem działalności imperium, na którego czele stał. No ale „byłoby niesprawiedliwe”, pisze Majmurek – a traktuję jego wypowiedź jako emblematyczną dla pewnego typu dyskursu – gdybyśmy zapamiętali Churchilla wyłącznie jako rasistę, bo to on przecież obronił nas przed Hitlerem. To prawda, tylko że, wcale nie demagogicznie, można to samo powiedzieć o Stalinie i to właśnie pokazuje problematyczność całej dyskusji, problematyczność gestu korekty. Byłoby świetnie, gdybyśmy mogli wyrzucić wszystkich rasistów, problem w tym, że cywilizacja zachodnia została ufundowana zarówno na wyzysku kolonii i ludzi w nich mieszkających, jak i na umiejętnym zakrywaniu tego wyzysku, usuwaniu go z pola widzenia. Dlatego właśnie zagłodzeni Bengalczycy bolą nas mniej, niż pomazany pomnik Churchilla, bo gdybyśmy zgodzili się na pomazanie pomnika Churchilla, jak wytłumaczymy sobie swoją własną bierność wobec niepomazania pomnika Dmowskiego (napisem „antysemita”)? 

A jeśli zgodzimy się na wywalenie W pustyni i w puszczy ze względu na karykaturalny portret czarnoskórych, to kiedy weźmiemy się za Ogniem i mieczem, kiedy za tych wszystkich polskich i pańskich magnatów i szlachciców żyjących z niewoli chłopów? 3

To nie jest wezwanie do odpuszczenia Churchillowi, to jest stwierdzenie, że niezbędny proces rewizji podstaw kultury Zachodu, podstaw naszej kultury będzie bolesny, bo musi oznaczać krytyczny stosunek wobec bohaterów i tekstów bliskich, uznanych, ukochanych. 

16. 

Czy trzeba więc wysadzić Churchilla? A może raczej zburzyć cały panteon? Robić pomniki z komentarzami? Pomniki czynów, a nie ludzi? A może w ogóle, nie robić pomników? Może traktować je jako zabytki kultury materialnej, a nie sakralizacje kultury symbolicznej? Trochę szkoda, że wystawa Pomnikomania w Muzeum Sztuki Nowoczesnej już się odbyła. Chodzi też o to, że naprawdę istnieje bardzo wiele argumentów na obronę Churchilla. I na tym właśnie polega cały problem, trudny problem, problem, którego łatwo rozwiązać się nie da, ale jakieś rozwiązania trzeba znaleźć, a przynajmniej, trzeba ich ciągle poszukiwać. 

17. 

Warto jednak te argumenty „na obronę” nieustannie oglądać i zadawać sobie pytanie, jak chodzą szale wag – czy cierpienie wyrzuconych poza nawias naszej świadomości historycznej (no ręka w górę, kto z was uczył się w szkole o klęskach głodu w Bengalu), nie jest argumentem, który skłonni jesteśmy zbyć: no właśnie, czym? Wzruszeniem ramion, powiedzeniem „bez przesady”, przeciwstawieniem bestialstwa króla Leopolda II majestatowi brukselskiego dworca? Cierpienie ludności żydowskiej w II Rzeczypospolitej kształtowi granic tak brawurowo niby wynegocjowanych przez Dmowskiego? Mityczne obalenie komunizmu przez Ronalda Reagana cierpieniu setek tysięcy Amerykanów, którzy stracili życie swoje lub bliskich w epidemii AIDS początku lat osiemdziesiątych? Albo cierpieniu zamordowanych przez proamerykańskie reżimy Ameryki Południowej i Środkowej, które wspierał? 

18. 

A jeśli boli was Churchill, to co powiecie o Przeminęło z wiatrem? To dopiero boli! Bo rewizja przemocy w kulturze jest i będzie bolesna, tak długo, dopóki idąca sprowadzić pomoc do rodzącej Melanii pokojówka Prissy będzie wywoływać dobroduszny uśmiech zamiast złości i zażenowania rasistowską kalką. Czy to znaczy, że mamy Przeminęło z wiatrem nie oglądać? Jeju, nie, ale na pewno nie powinniśmy krzyczeć o wzmożeniu moralnym i cenzurze, jak czynią niektórzy liberałowie zatroskani klapkami politycznej poprawności. Decyzja platformy HBO by film wycofać i poczekać na komentarz wydaje się bardzo rozsądna. 

19. 

Jasne, trzeba pamiętać, że „takie były czasy”. Ale trzeba mówić, że czasy były złe. I pytać, czy nasze aby na pewno są lepsze.

  • 1. Podczas pogromu w Jedwabnem Żydzi zostali zmuszeni do demontażu pomnika Lenina, który stanął na rynku miasteczka po zajęciu go przez wojska ZSRR. 
  • 2. O różnych możliwościach czytania w szkole, czytania, które jest zawsze spotkaniem: nauczyciela, uczniów i tekstu, pisze Krystyna Koziołek w pracy Czytanie z innym. Jest to powieść tym ciekawsza, że autorka łączy swoje kompetencje badaczki literatury z doświadczeniem nauczycielki.
  • 3.  Gorąco polecam lekturę studiów etnograficznych Józefa Obrębskiego, prowadzonych na terenie Polesia w latach trzydziestych dwudziestego wieku, zebranych i wydanych przez Annę Engelkng. Obrębski rekonstruuje polski, pański, szlachecki model gospodarki oparty na eksploatacji ludności (Poleszuków, uznawanych za nie-Polaków) i przyrody. Zob. Józef Obrębski Polesie, redakcja naukowa i wstęp Anny Engelking, Oficyna Naukowa Warszawa 2007, zwłaszcza rozdział Polesie archaiczne.

Udostępnij

Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. W Zakładzie Historii Kultury Instytutu Kultury Polskiej przygotowuje pracę doktorską na temat recepcji Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego.