Pamiętnik z czasów społecznego dystansowania się albo luźne obserwacje człowieka posiadającego konto na Facebooku i radio

Kornelia Sobczak
Przedstawienia
30 Mar, 2020

Długi tytuł krótkiego tekstu jest mi potrzebny ze względów asekuranckich. Po pierwsze, nie chcę używać frazy „cośtam, cośtam w czasach zarazy”, bo zdewaluowała się ona bardzo szybko, już na początku stanu zagrożenia epidemicznego. Po drugie, nie chcę używać terminu „kwarantanna”, bo nie jestem w kwarantannie, a termin ten oznacza teraz dla tysięcy ludzi w Polsce i na świecie de facto areszt domowy. Wzdragam się też przed określeniem „samoizolacja” bo przedrostek samo- zwodniczo wskazuje na jakąś moją decyzyjność, tymczasem nic z tych rzeczy – jeśli się izoluję to powodowana rozsądkiem i poczuciem odpowiedzialności, ale na pewno nie wolą. Termin „social distancing” robi zaś karierę jako główny środek walki z szybkim rozprzestrzenianiem się wirusa i jako taki, najlepiej może opisuje to właśnie, w czym wszyscy tu tkwimy. „Luźne obserwacje” to oczywiście asekuranctwo czystej wody, mające zabezpieczyć mnie przed zaliczeniem w poczet ekspertów „od nawozów i od świata” – jeśli mamy teraz w Polsce trzydzieści osiem milionów epidemio- i wirologów to zapewne i drugie tyle antropologów codzienności niecodziennej, przy czym określenie „badacz kanapowy” nigdy jeszcze nie miało tak przewrotnego wydźwięku.

Termin „social distancing” robi karierę jako główny środek walki z szybkim rozprzestrzenianiem się wirusa i jako taki, najlepiej może opisuje to właśnie, w czym wszyscy tu tkwimy

No i właśnie stąd ten Facebook i radio – kwestia określenia kanałów medialnych, przez które komunikujemy się ze światem wydaje się w tej chwili szczególnie ważna. Nie ma co pretendować, że prowadzę jakieś „nasłuchy rzeczywistości” z balkonu, albo w drodze do altanki śmietnikowej czy w karnej kolejce zachowującej przepisowy odstęp (akurat u mnie na osiedlu to tak średnio z tymi odstępami, za to nikt za bardzo w kolejce nie gada), bo w ciągu ostatnich dwóch tygodni „siedzę na fejsie” i słucham radia i to są moje główne „okna na świat”. „Okno na świat” to kolejna, dość zużyta metafora, która nabiera ostatnio nowej żywotności – trzeba jednak pamiętać, że przez to okno widać bardzo różne rzeczy, w zależności od tego, jaki krajobraz żeśmy sobie wcześniej skonfigurowali doborem znajomych, fanpejdży, grup, itepe, itede. Żyjemy dzisiaj wszyscy w „naszych bańkach” chociaż „nasza bańka” nie istnieje, a każdy i każda ma trochę inną i co innego w niej widać. Po co ten przydługi wstęp medialny? Bo wydaje mi się, że określenie pryzmatu, przez jaki patrzymy na świat jest w tym momencie bardzo istotne, również określenie „wiedza usytuowana” nabiera nowego wymiaru w czasach izolacji. A po wtóre, bo wydaje mi się, że jestem lepsza w obserwowaniu niż analizowaniu, w dostrzeganiu dziwności niż stawianiu diagnoz, w stawianiu pytań niż udzielaniu odpowiedzi. 

I dlatego właśnie w tytule są te asekuranckie „obserwacje”. Od dwóch tygodni znajduję się w stanie frustrującej nieproduktywności, stresującego niepokoju: nie oglądam seriali, nie czytam grubych powieści (Dżumę przeczytałam na nowo w listopadzie i nie polecam na teraz, jest wyjątkowo aseptyczna), nie mogę się wciągnąć w Dekameron, nie nadrabiam niemieckiego, nie uczę do egzaminu, nie piszę tekstów na zaległe dedlajny, nie mam dzieci, które musiałabym uczyć w domu, ani pracy, do której musiałabym wychodzić, więc kompulsywnie odświeżam fejsbuka, nawet teraz, pisząc ten tekst, ze strachu, że przegapię jakiegoś newsa, który nakazałby zmienić jego wydźwięk. No i ukochaną Dwójkę zamieniłam na radio informacyjne – źródło uspokajającej wiedzy (wolę wiedzieć) i irytujących komentarzy. Nieustanne przywiązanie do newsów jest wyczerpujące, próby odseparowania się od nich budzą niepokój, co za banalny paradoks, żadne Principia mathematica z tego nie powstaną. Taka to jest właśnie samoizolacja. 

Strasznie szybko, niesamowicie głośno. Na fejsie

Pierwszy tekst o wirusie napisałam jakoś koło 12 marca i prawie natychmiast pożałowałam – pierwsze pudło: wydawało mi się, że stan spowolnienia potrwa dłużej, że oto zaczynamy jakiś etap przejściowy, tymczasem bum, zaraz potem nastąpiło zamknięcie granic, szkół, potem zakaz gromadzenia się i z czasem stało się coś dziwnego. Zaczął biec bardzo szybko, stojąc jednocześnie w miejscu. Jakże nieaktualne i śmieszne wydają się teraz rozpoznania sprzed paru dni, jakże nierzeczywiste statystyki, mówiące o kilkudziesięciu chorych na COVID-19. Dlatego dość szybko zrezygnowałam z pomysłu datowanych zapisów. Wszystko się zlewa w jedno i zarazem zdaje się być rozdzielone eonami. Ktoś powiedział, że marzec 2020 robi za dwie dekady. 

Już pierwszy weekend lockdownu przyniósł jakąś niesamowitą intensywność przeżywania bezczynności. Kolega mojej koleżanki ma takie powiedzenie „co się patrzysz jakby ci zabawki w kanał wpadły?” i kiedy ja jeszcze stałam (metaforycznie) z rozdziawioną (dosłownie) buzią i wybałuszonymi oczami, „moja bańka” już przerobiła: wszystkie memy na temat nudy (w drugim dniu bezczynności), zachwyt nad wirtualną samopomocą, ruch masowego pożyczania elektronicznych książek, dyskusję o prawach autorskich w czasach, pardon, pierwszy i ostatni raz, zarazy, masowe upublicznianie dóbr kultury wysokiej: spektakli, koncertów, oper i wykładów, kursy salsy online i zżymanie się na kursy salsy online, sążniste diagnozy na temat „końca świata, jaki znamy” i „przeżycia pokoleniowego” (serio, ja naprawdę desperacko liczę, że to, co się teraz dzieje, to jednak NIE JEST moje przeżycie pokoleniowe, ale nie wykluczam, że jestem naiwna), sto pięćdziesiąt siedem tysięcy pomysłów na kreatywne spędzenie izolacji, zupełnie jakby to był konkurs na to, kto się najbardziej samo-rozwinie w okresie epidemii potencjalnie śmiertelnej choroby. 

Chcę się przy tym na chwilę zatrzymać: oczywiście hiperinflacja pomysłów na przetrwanie przymusowego zamknięcia jest zjawiskiem jakoś tam naturalnym, ale w tym, co zobaczyłam „w swojej bańce”, była jakaś, naprawdę nie znajduje lepszego słowa, chytrość, żeby te kilkanaście dni czy kilka gratisowych tygodni spędzić najproduktywniej, żeby „coś z tego dla siebie wyciągnąć”, „czegoś się nauczyć”, tak jakby wizja, że można (a można bo trzeba) po prostu obijać się w swoich czterech (no, niektórzy mają więcej) ścianach była absolutnie nieznośna i nie do pomyślenia. Tak właśnie manifestuje się zindywidualizowany i głęboko zinternalizowany paradygmat neoliberalnego (samo)rozwoju: nie możemy być po prostu bezczynni. Najbardziej zadziwiająca była dla mnie w tym wszystkim nagłość – zupełny brak momentu niewiedzy i oszołomienia, zastanowienia się, co tu się w zasadzie odkwarantannia, i natychmiastowa wiedza: diagnozy, przemyślenia, ekspertyzy, pomysły. Nie ma czasu na bezczynność, to jasne, ale nie ma też czasu na bezmyślność! 

Tak właśnie manifestuje się zindywidualizowany i głęboko zinternalizowany paradygmat neoliberalnego (samo)rozwoju: nie możemy być po prostu bezczynni

Jednocześnie, można powiedzieć, że uczestnictwo w kulturze wysokiej nigdy nie było tak łatwe i oto nagle mamy do czynienia z masową demokratyzacją tego, co wcześniej siłą rzeczy było dla wybranych: na przykład teatrów albo galerii, albo muzeów, albo filharmonii, byle tylko #zostaćwdomu. Tylko, że to tak nie działa: przyznajcie się, kto z Was wykorzystał ten czas na odświeżenie Lupy, Klaty czy Mykietyna, bo ja poszłam raczej w „Kobrę”, jedyny teatr na jakim trochę się znam. To strasznie fajnie, że nam to udostępniono, i może będą z tego mogły korzystać szkoły czy osiedlowe kółka zainteresowań w małych miastach, ale spektakl w domu to nie to samo co spektakl w przestrzeni, bo to po prostu inne medium. Pisze o tym, gdzie indziej, Piotr Morawski, a ja zastanawiam się, czy w tym ruchu udostępniania (na Facebooku) tego, co możemy zobaczyć online nie dałoby się dostrzec analogii do funkcjonowania publikacji drugoobiegowych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych: każdy, kto miał w ręku jakąś bibułę z tamtych czasów wie, że tego się po prostu nie da czytać dobrowolnie: maleńkie maszynowe literki, zero światła, fatalny skład i łamanie, ale może to wcale nie było do czytania? Może to było, żeby było: żeby to mieć i rozpowszechniać, żeby wydawać i „robić” – nie bagatelizuję tym samym bynajmniej tego sposobu produkcji i uczestnictwa w kulturze, zwracam tylko uwagę na jego odmienne, niż by się wydawało, funkcje: druki działają bez czytania, spektakle bez oglądania. 1

Zastanawiam się, czy w tym ruchu udostępniania (na Facebooku) tego, co możemy zobaczyć online nie dałoby się dostrzec analogii do funkcjonowania publikacji drugoobiegowych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych

Gdzieś w tym wszystkim pojawia się nieśmiała refleksja nad tym, skąd się bierze internet i jakim kosztem: Netflix apeluje o oglądanie w słabszej rozdzielczości, niektóre firmy zabraniają wideokonferencji aby zwiększyć przepustowość łączy, pojawia się pytanie, czy możemy streamować online widok na las i góry z okna naszej leśniczówki (a pojawiały się takie oferty na słynnej już grupie Widzialna Ręka), albo, no chociażby oglądać tego Lupę czy tam Jarzynę, podczas gdy innym co chwilę padają platformy e-learningowe.

Teraz będzie banał: sytuacja wymuszona przez epidemię obnaża różnorakie niesprawiedliwości, z jakimi się zmagamy. Więc gdy niektórzy wzbijają się na szczyty kreatywności w walce z wymuszoną bezproduktywnością, inni, a zwłaszcza inne, nie mają nawet czasu dać lajka na fejsie, próbując ogarnąć home office, przerabianie z dziećmi programu szkolnego, prowadzenie domu i opiekę nad bliskimi. A jeszcze poza tym widnokręgiem, słabo zauważani są ci wszyscy, którzy nie mogą sobie pozwolić na żadną izolację: pracownicy fizyczni, sprzątaczki w wielkich, pustych biurowcach, robotnicy budowlani (deweloperka na osiedlu obok bynajmniej nie stoi), kasjerki w supermarketach, kurierzy rozwożący dobra umilające nasze izolacje i dostarczający ciepłych posiłków, bo, jak głosi reklama na moim fejsie, epidemia to jeszcze nie powód, by odmawiać sobie hamburgera, wegańskiego oczywiście. 

Musimy przemyśleć ten system, ale bardzo tego nie chcemy, czyli co w radiu

Radio jest dla mnie metaforą, ale i kanałem do nasłuchu tego, co „na zewnątrz”, czyli „czym żyje świat”, a żyje tyleż obawą przed wirusem, ile niepewnością, co do swojego przyszłego kształtu, a słowem niemal tak powszechnie używanym jak „koronawirus” jest „gospodarka”. I wygląda na to, że bardziej obawiamy się o jej zdrowie niż o zdrowie i życie ludzi. Podczas gdy różne państwa eksperymentują z rozwiązaniami, które jeszcze przed chwilą wydawały się rewolucyjne i niemożliwe (jak tymczasowa nacjonalizacja szpitali w Hiszpanii), albo praktykują solidarność społeczną (o jakiej opowiada Nina Witoszek w Norwegii) w Polsce obywatele zostali utożsamieni z przedsiębiorcami, a przedsiębiorcy stali się jedyną grupą, nad którą należy się z troską pochylić. Nie mamy programu ratowania ludzi, albo, niech już będzie, obywateli, mamy program ratowania gospodarki. Tak, jakby nie liczyło się dla społeczeństwa nic innego, niż wytwarzanie PKB – to jasny komunikat, że każda inna forma działalności niż „przedsiębiorczość”, jest przez rządzących uznawana za nic nie wartą. Nie ma bezpośrednich transferów na zakup sprzętu dla uczniów i szkół, które nie radzą sobie z e-learningiem, nie ma pomysłu na zwolnienie zwykłych obywateli z opłat za czynsze i rachunki, ale są pomysły na zwolnienie bogatych (bo przecież nie tylko o małe i średnie przedsiębiorstwa tu chodzi, ale także o te bardzo duże) z solidarności. 

Eksperci i przedstawiciele świata pracy wypowiedzieli się już, na temat szkodliwości i niesprawiedliwości rozwiązań zawartych w projekcie tarczy antykryzysowej, nie ma więc potrzeby powtarzania ich argumentów. Nie można jednak – tak mi się wydaje – zostawić dyskusji o rozwiązaniach gospodarczych ekonomistom, bo sytuacja w jakiej się znajdujemy jest właśnie wyzwaniem dla całej myśli humanistycznej, w najszerszym rozumieniu. Kapitalizm, w swoim dzisiejszym globalnym i skrajnie niesprawiedliwym kształcie nie jest jedynie „techniczną” formacją ekonomiczną, ale także pewnym systemem wartości, czy też, mówiąc inaczej – bardzo mocno nasz system wartości kształtuje, a system wartości – umacnia kapitalizm. Dlatego, domagając się zmian systemowych, musimy teraz niezwykle krytycznie przyglądać się – uwaga, będzie górnolotnie – fundamentom, na jakich zbudowana jest nasza cywilizacja, kwestionować wartości, które przywykliśmy waloryzować wysoko (jak choćby samą przedsiębiorczość, jak konkurencję, jak rywalizację, jak indywidualizm, jak wreszcie – rozwój i wzrost) i szczególnie mocno wyostrzyć spojrzenie na dostrzegalne gołym okiem absurdy: jak na przykład ten, że kiedy w kryzysowej sytuacji okazuje się, że bardzo przydałoby się nam sprawne państwo z dobrze funkcjonującymi instytucjami publicznymi i systemem zabezpieczeń społecznych, jedynym pomysłem rządzących na zapobieżenie kryzysowi (przy czym kryzys rozumie się tu bardzo wąsko, jako zahamowanie wzrostu gospodarczego) jest zwolnienie ze świadczeń na rzecz państwa! (zwanych, skądinąd „daninami”). Całkowicie rezygnuje się przy tym z pomysłów zmuszenia do solidarności tych, którzy posiadają najwięcej zasobów i przywilejów. Jeżeli to nie jest niesolidarność i niesprawiedliwość, to ja nie wiem, co jest. 

Domagając się zmian systemowych, musimy teraz niezwykle krytycznie przyglądać się fundamentom, na jakich zbudowana jest nasza cywilizacja, kwestionować wartości, które przywykliśmy waloryzować wysoko, jak choćby samą przedsiębiorczość, jak konkurencję, jak rywalizację, jak indywidualizm, jak wreszcie – rozwój i wzrost

Kryzys gospodarczy, który niewątpliwe nadchodzi, byłby doskonałą okazją do przyjrzenia się temu, jak urządzona jest gospodarka, i bez których branż moglibyśmy się obejść, lub przestawić ją na mniej drenujące ludzi i środowisko, sposoby działania. Tymczasem słyszałam już pomysły, by wspomagać najemców krótkoterminowych – których działalność komercyjna jest bezpośrednio związana z fatalną sytuacją mieszkaniową w Polsce – wynajmowaniem od nich apartamentów na kwarantanny. Projekt ratowania gospodarki jest też zupełnie poza-etyczny, a właściwie po prostu nieetyczny bo pompuje publiczne środki w te sektory gospodarki, które wymagają przemyślenia i zreformowania. W ogóle nie bierze też pod uwagę faktu, że zagrożenie katastrofą klimatyczną nie minie wraz z wynalezieniem szczepionki na koronawirusa. Moglibyśmy więc mieć próbę generalną przed wielkim ratowaniem świata, mamy desperackie okopywanie się na pozycjach, które końcowi świata bardzo sprzyjają. 2

Ha, sama napisałam „okopywanie się na pozycjach”, gdy właśnie, w następnym akapicie, miałam pisać, jak bardzo irytuje mnie wszechobecna w kryzysowym dyskursie, metaforyka militarna. Jasne, rozumiem, że ona „sama wchodzi”, że jesteśmy tak bardzo nią przesiąknięci, że staje się przezroczysta, jednak o ile wywody posła Schreibera o wojnie punickiej i przedsiębiorcach, którzy uratowali Rzym, a potem własne majątki, mają nawet pewien urok odklejenia od rzeczywistości i tragifarsowo przypominają radiowe wykłady pułkownika Wacława Lipińskiego na antenie Polskiego Radia we wrześniu 1939 roku, o tyle od dziennikarzy wymagałabym większej uważności na język, którego używają. Czy naprawdę nie można chwilę pomyśleć i powiedzieć/napisać coś innego niż „pierwsza linia frontu” lub „rozpoznanie bojem”? Póki mamy do czynienia z językowym lenistwem, to jeszcze pół biedy, ale zwracajmy uwagę na to, co i jak mówią o wirusie politycy, jak podkreślają jego „obcość” i „zewnętrzność” i jak nazywają jego ofiary (raczej Polakami i rodakami niż ludźmi). Wojenna retoryka (z TARCZĄ na czele!) stosowana jako odpowiedź na cywilne wyzwanie staje się przez to jeszcze bardziej przezroczysta i podstępna. Tymczasem Gazeta.pl wymyśla i publikuje na czołowym miejscu swej strony hasztag #BIZNESWALCZY co do którego nie zdecydowałam jeszcze czy jest bardziej niesmaczny, infantylny, niefortunny czy szkodliwy, a może wszystko na raz. 

O ile wywody posła Schreibera o wojnie punickiej i przedsiębiorcach, którzy uratowali Rzym, a potem własne majątki, mają nawet pewien urok odklejenia od rzeczywistości i tragifarsowo przypominają radiowe wykłady pułkownika Wacława Lipińskiego na antenie Polskiego Radia we wrześniu 1939 roku, o tyle od dziennikarzy wymagałabym większej uważności na język, którego używają

Jest to bardzo przygnębiające, bo wygląda na to, że póki co, zamiast wieszczonego „końca świata jaki znamy” szykuje się nam świat, jaki znamy, tylko w wersji jeszcze okrutniejszej, jeszcze bardziej niesprawiedliwej i z jeszcze większym impetem pędzącej ku katastrofie. Efektowne zdanie na puentę, ale puenty nie będzie, nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa, sytuacja jest, również w sensie emocjonalnym, bardzo dynamiczna, może być też tak, że wkrótce wszyscy ześwirujemy. Nigdy dość ponawiania apelu o wzajemną troskę, choć już po dwóch tygodniach jest on tak boleśnie podszyty straszliwą tęsknotą za ludzkimi ciałami.

Udostępnij

Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. W Zakładzie Historii Kultury Instytutu Kultury Polskiej przygotowuje pracę doktorską na temat recepcji Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego.