wwwemil_zaremba_1.jpg

Katarzyna Żeglicka „Już lecę”. Fot. Emil Zaremba

Na żywo!

Katarzyna Waligóra
Przedstawienia
15 Maj, 2020

WYJŚĆ Z DOMU. W MAŁO KONKRETNYM CELU

Wszyscy teoretycy performansu, broniący prymatu nażywości, właśnie teraz mogą triumfować. Bo kiedy już okazało się, że nagrania spektakli teatralnych dotąd udostępniane z rzadka i niechętnie, można za darmo umieścić w sieci a instytucje zaczęły szturmować serwisy streamingowe, możemy się przekonać, jak mizerne bywają te elektroniczne doświadczenia. Pieszymaj projekt kuratorowany przez Izabelę Zawadzką i Kamila Kuitkowskiego i prezentowany w Krakowie między 1 a 3 maja dawał w tym kontekście zbawienne wytchnienie. Wzięło w nim udział trzydzieścioro jeden artystek i artystów, którzy przygotowali dwadzieścia sześć prac w większości zaprezentowanych w oknach ich mieszkań lub pracowni, na balkonach, w witrynach kawiarni albo w przydomowych ogródkach.

Choć tworząc wydarzenie kuratorzy zaproponowali artystom i artystkom możliwość pokazania prac z prywatnych archiwów, większość wolała jednak stworzyć nowe. Czasem artyści decydowali się na prezentację pracy posiadanej, ale nigdy wcześniej niepokazywanej albo pokazywanej tylko za granicą. W efekcie Pieszymaj był wydarzeniem różnorodnym zarówno pod względem typów prezentowanych dzieł jak i, oczywiście, ich jakości. Nie sposób jednak myśleć o tym projekcie wyłącznie w kategoriach artystycznych, bo nie da się pominąć radości jaka wiązała się z doskonałą wymówką, by wyjść z domu. 

wwwkatarzyna_wyszkowska_i_katarzyna_olma.jpg

Praca Katarzyny Wyszkowskiej i Katarzyny Olmy. Fot. Szymon Sokołowski

Przygotowaną przez Zawadzką i Kuitkowskiego trasę można było połknąć w czasie jednej dłuższej wycieczki, albo przez trzy dni zjadać małymi kęsami. Prawie wszystkie prace pokazywano w trybie ciągłym (choć niektóre musiały zostać ukryte przed deszczem). Wyjątkiem były dwie instalacje wideo, które widać było dopiero po zmierzchu i dwa performanse odbywające się 1 oraz 3 maja i trwające pierwszy cztery, a drugi dwie godziny. Oba były pomyślane tak, żeby widzowie nie musieli zostawać na nich zbyt długo, dzięki czemu nie istniało ryzyko złamania przepisów o zakazie zgromadzeń. Pieszomajowe szwendanie przypadło na moment tuż przed luzowaniem izolacyjnych restrykcji (formalnie rozpoczętym w poniedziałek, 4 maja), ale już po ogłoszeniu rządowego programu otwierania kraju. Czyli wtedy, kiedy chyba wszyscy zaczęliśmy sobie trochę odpuszczać. W poszukiwaniu prac spaceruję więc w różnych konfiguracjach: z przyjaciółmi, z chłopakiem, z psem. Nosimy maseczki, witamy się z daleka, co chwilę wyciągamy płyny dezynfekujące, żeby odkazić ręce, cały czas trzymamy dystans (pies nie robi żadnej z tych rzeczy). Przyjaciół widzę na żywo po raz pierwszy od ponad miesiąca i to doświadczenie odzyskanej bliskości wpływa na entuzjazm wobec całego projektu. Ostatecznie Pieszymaj może być dla nas najważniejszym wydarzeniem towarzyskim kwartału. 

PUNKTY NA MAPIE

Lokalizacje Pieszegomaja oznaczono na mapie wykorzystującej aplikację Google’a. Kolorowe punkty pokazujące, gdzie należy szukać prac artystów znalazły się dzięki temu pomiędzy szarymi znacznikami wskazującymi krakowskie instytucje muzealne. Przy każdej z tych ostatnich figuruje informacja: „tymczasowo zamknięte”. Ten efekt był zapewne przypadkowy, ale znaczący: kiedy muzea i galerie zostają zamknięte, ich finanse zamrożone a działalność sprowadza się głównie do organizowania warsztatów i debat on-line, z odsieczą przychodzą inicjatywy oddolne. 

Mapa miała ułatwiać skrupulatne oglądanie wszystkich prac po kolei i zaplanowanie najbardziej ergonomicznej trasy. Ale Pieszymaj można było oglądać też zupełnie przypadkowo. Nie wiadomo, jak duży był zasięg tego projektu: ile osób zobaczyło prace zupełnie przypadkiem, ile nawet nie zorientowało się, że oglądają dzieła sztuki. W ten sposób projekt wywoływał ducha ArtBoom Festival, jednego z najlepiej pomyślanych festiwali artystycznych, który – nim po kilku edycjach został uśmiercony – w przestrzeni Krakowa pozostawił po sobie prace tak znane jak Wodnik Joanny Rajkowskiej, Puryfikacja Mateusza Okońskiego czy Auschwitzwieliczka Mirosława Bałki. Podobno niektórzy artyści zgodzili się na udział w Pieszymmaju tłumacząc to właśnie nieutulonym żalem po ArtBoomie. 

CZEGO NIE ZOBACZYŁAM I CO W ZWIĄZKU Z TYM MOGĘ POWIEDZIEĆ NA SWOJE USPRAWIEDLIWIENIE

Przegapiłam wideoart Bogdana Achimescu, instalację w ogrodzie Iwony Demko, wideo wyświetlane do obiektu w oknie Michała Sroki (widziałam tylko obiekt – sztuczne nogi zwisające z parapetu), Miasto-działki Anki Pichury i Błażeja Krausa. Nie znalazłam też żadnego z katalogów Nigdzie/Nowhere ukrytych w czterech oznaczonych na mapie lokalizacjach, ale prawdę mówiąc nie szukałam. Później i tak go wyłudziłam, nadużywając uprzejmości kuratorki Izabeli Zawadzkiej.

wwwmonika_drolysska.jpg

Monika Drożyńska „Polacy! Jeszcze jeden wysiłek”. Fot. Autorka

Na swoje usprawiedliwienie w obu przypadkach mogę powiedzieć, że między lokalizacjami jeździłam rowerem, codziennie padał deszcz a przewożony w plecaku pies trochę się niecierpliwił. Znane mi też było dobre serce kuratorki projektu, więc zawczasu prognozowałam sukces w procederze wyłudzania katalogu. 

SZTUKA DAWANIA

Performans A masz! Grzegorza Marta odbywający się 1 maja między 16.00 a 20.00 wyznaczał najważniejszy temat Pieszegomaja. W głębi niedawno wybudowanego osiedla, na podwórku pomiędzy blokami Mart rozłożył dwa wielkie, abstrakcyjne obrazy ze swojego archiwum. Każdemu chętnemu wykrawał z nich kawałek i po podpisaniu oddawał na własność. 

Bezinteresowne artystyczne dawanie jako sposób na przetrwanie kryzysu naznaczało, choć nie tak dosłownie, wszystkie prace pokazywane w czasie Pieszegomaja. Ich twórcy i twórczynie nie dostali za udział w projekcie żadnego honorarium, a prace wykonywali i pokazywali na swój koszt. Pieszymaj w ogóle nie korzystał z żadnego finansowania – powstał spontanicznie i pro bono chciał wstrzelić się w potrzebę chwili, na szukanie funduszy nie było więc czasu. Tym samym także kuratorzy pracowali za darmo, a wydarzenie nie miało żadnej płatnej reklamy. O tyle nie stanowiło to problemu, że w Krakowie i tak najlepszą reklamą jest plotka.

wwwgrzegorz_mart.jpg

Grzegorz Mart „A masz!”. Fot. Autor

Performans Marta był emblematyczny dla Pieszegomaja jeszcze pod jednym względem: odbywał się z dala od centrum miasta i korzystał z międzyblokowego zacisza. Chociaż większość prac pokazywana była w okolicy Rynku, Kazimierza i Podgórza, projekt skłaniał również do wypraw bardziej odległych. A jednocześnie umieszczał sztukę w nietypowych kontekstach. Chyba najbardziej widowiskowym tego przykładem była praca Katarzyny Wyszkowskiej i Katarzyny Omli przy ulicy Rusznikarskiej. Składała się na nią ogromna instalacja złożona z plecionki z kolorowych, sztucznych włosów, wykonanej z papieru ogromnej kobiecej dłoni (z jadowicie zielonymi paznokciami i bransoletką) oraz surrealistycznego obrazu. Całość zamontowano na siatce zabezpieczającej balkon przed gołębiami. Praca widzów olśniewała niespodziewanie: w bocznej uliczce, pośrodku zwyczajnego beżowo-brązowego blokowiska między apteką a spożywczakiem. 

Wracając jednak do A masz! – mój wybór okazał się nieco kontrowersyjny. Zamiast poprosić o wycięcie kawałka jednego z wielkich płócien („tego różowego” lub „tego szarego” jak mówili o nich zarówno artysta jak widzowie), pytam, czy mogę zabrać skrawek już wycięty i rozłożony na pobliskiej ławce obok płynu do dezynfekcji. Jest zielono-czarny i chyba dlatego wydaje mi się bardziej wyrazisty niż te wielkie. Mart zgadza się z małym wahaniem. (Jeśli dobrze zrozumiałam dostałam fragment awaryjny, pozostałość po innej podobnej akcji przyniesioną na wypadek, gdyby duże obrazy zbyt szybko się rozeszły.) Ostrożnie zwijam pracę w rulon. W domu rozwijam ją, układam tymczasowo na półce z książkami, myję ręce a potem włączam komputer, żeby sprawdzić, jak długo koronawirus może przeżyć na płótnie malarskim. Niestety nie znajduję odpowiedzi.

TU MIESZKA ARTYSTA?

Kiedy z dystansu dwóch metrów rozmawiam z Martem, przy jego obrazach zbiera się kilkoro dorosłych, dwójka dzieci i jakieś trzy psy. Chociaż wszyscy trzymają się od siebie z daleka i stoją na otwartej przestrzeni, w jednym z okien pobliskiego bloku pojawia się postać z miną wyraźnie złowrogą, która zaczyna przeliczać zgromadzonych. Rozchodzimy się w obawie przed rychłym zjawieniem się służb mundurowych wyposażonych w te słynne mandaty „pięćset minus”. 

Z okien poczynania Marta obserwuje więcej osób, ale nie decydują się podejść. Trudno powiedzieć, czy nie chcą łamać rygoru izolacji, czy wstydzą się zapytać, co się dzieje. Wyjątek stanowi para z dzieckiem na hulajnodze. Oni nie tylko podchodzą zagaić rozmowę, ale mówią, ile pieszomajowych prac udało im się dziś zobaczyć. Znaczy, że plotka działa. Trochę podsłuchuję ich rozmowę z Martem, bo okazuje się, że są sąsiadami. Oni go znają z widzenia, on ich chyba nieszczególnie. Nie wiedzieli, że jest artystą, kojarzą go bardziej po psie i dziecku.

To, że większość artystów pokazywała prace w okolicy swojego domu generowało takie nieoczekiwane spotkania. Niektórzy zdecydowali się na doglądanie z czułością swoich prac, witali się z widzami, rozmawiali z nimi. Nie tylko sąsiedzi Marta przy okazji tego projektu dowiedzieli się, że mieszkają obok artysty. W oknie na drugim piętrze kamienicy przy ulicy Czystej 17, Bogusław Bachorczyk przygotował instalację zbudowaną z krawatów. W odpowiedzi mieszkaniec lub mieszkanka domu położonego po drugiej stronie ulicy wywiesił_a karton z napisem: „O co chodzi z tymi krawatami???”. Chyba jakoś się dogadali, bo następnego dnia pod kartonem pojawił się rysunek uśmiechniętej buźki.

reakcja_ssiadew_2.jpg

Fot. Bogusław Bachorczyk

Oczywiście nie wszystkie interakcje były tak samo przyjazne. Agata Biskup w oknie mieszkania koleżanki przy Rynku Podgórskim powiesiła ogromną białą flagę z zygzakowatą grafiką. Sąsiadki zażądały usunięcia pracy, bo stwierdziły, że przynosi wstyd mieszkańcom kamienicy.

KOMENTARZ EPIDEMICZNY

Spośród prac, które były już wcześniej prezentowane, sporo zmieniło znaczenie w kontekście epidemii. Monika Drożyńska na Zabłociu wywiesiła wielki, haftowany baner z napisem „Polacy! Jeszcze jeden wysiłek!”. Żądanie kolejnego wysiłku ostatnimi czasy nabrało złowieszczego znaczenia.

Agata Kus zaktualizowała makietę, która na co dzień pokazywana jest w witrynie pubu Baza na ulicy Floriańskiej. Makieta jest miniaturową kopią wnętrza lokalu – od kiedy bar pozostaje zamknięty, oferuje możliwość wglądu do zakazanych pomieszczeń. Kus dodała elementy przypominające o epidemii, na przykład ustawiła na barze rolkę ręcznika papierowego i płyn do dezynfekcji. Makieta była więc nie tylko sentymentalnym wglądem w przeszłość, ale prognozowała także przyszłość: restrykcje zapewne zostaną kiedyś zniesione na tyle, żebyśmy mogli wrócić do barów, ale nie łudźmy się, że na dawnych zasadach. 

wwwmaagorzata_markiewicz_3.jpg

Małgorzata Markiewicz „Lina”. Fot. Grzegorz Mart

Nowego znaczenia nabrała też (wcześniej pokazywana wyłącznie w Helsinkach) Lina Małgorzaty Markiewicz. Praca, jak podpowiadał tytuł, była liną zwieszoną z balkonu ósmego piętra bloku przy Alei Pokoju tak długą, że sięgała niemal do ziemi (dzięki temu każdy człowiek przeciętnego wzrostu mógł dosięgnąć ręką jej końca). Praca Markiewicz była jednym z najlepszych dzieł prezentowanych w czasie Pieszegomaja, bo w swojej prostocie otwierała wiele możliwości interpretacji. Zrobiona z materiałowych chusteczek lina, przywodziła na myśl tkaniny, których używamy do zasłaniania twarzy. Z drugiej strony jej staranny splot kojarzył się z warkoczem spuszczanym przez baśniową Roszpunkę, jakby artystka oczekiwała na ratunek z izolacji. Albo na towarzystwo, które mogłoby tą drogą dostać się do jej mieszkania. W praktyce byłby to jednak nienajlepszy pomysł, bo Linę zwiał ostatniego dnia projektu pierwszy mocniejszy podmuch wiatru. 

MOŻNA NIE DAĆ RADY

Pieszymaj był tak dużym sukcesem, chyba dlatego, że w punkcie wyjścia nie był nastawiony na sukces. Pomysł na zrobienie tego projektu narodził się spontanicznie, w reakcji na bieżącą sytuację, co sprawiało, że artyści nie mieli zbyt wiele czasu na dywagacje i przygotowania, nie czuli więc raczej presji towarzyszącej galeryjnym prezentacjom ich twórczości. Zresztą zważywszy na budzącą grozę epidemię i niemal całkowity brak promocji wydarzenia, nie mogli mieć pewności, że w ogóle ktoś przyjdzie zobaczyć ich prace. W Pieszymmaju zachowano przestrzeń na luz, żart, możliwość wzajemnego porozumienia artysty i widza, ale także na możliwość braku zrozumienia, porażkę a nawet katastrofę. I tak jak performans Marta stanowił dla całego projektu otwarcie i tematyczne wprowadzenie, tak performans Katarzyny Żeglickiej niespodziewanie okazał się jego idealnym dopełnieniem i podsumowaniem.

Kiedy przyjeżdżam na dawny pas startowy obecnie znajdujący się na terenie Muzeum Lotnictwa Polskiego w krakowskich Czyżynach jest zimno, zbiera się na deszcz i wieje przeraźliwie zimny wiatr. Katarzyna Żeglicka, która mówi o sobie, że jest queerową kobietą z niepełnosprawnością (urodziła się z dziecięcym porażeniem mózgowym wpływającym między innymi na zdolność poruszania się), ubrana w kurtkę i czerwoną czapkę bardzo drobnymi krokami posuwa się naprzód po wyznaczonej przez siebie niewidzialnej ścieżce. Przed nią idzie mężczyzna z aparatem fotograficznym, który dokumentuje performans. Dookoła kręci się mnóstwo ludzi, większość nie ma świadomości, że obok rozgrywa się działanie artystyczne. Przechodzą w towarzystwie przyjaciół, dzieci i zwierząt, nie zwracając uwagi na kobietę nazbyt intensywnie fotografowaną i poruszającą się niepokojąco wolno. Spotykam przyjaciół, wszyscy trzęsiemy się z zimna, próbujemy naciągnąć kaptury głębiej na czoła i psioczymy, że nie włożyliśmy rękawiczek. Na otwartej przestrzeni pasa startowego wiatr jest coraz bardziej nieznośny. Rozmawiamy o tym, jak może zakończyć się performans. Czy w czasie wyznaczonych na działanie dwóch godzin Żeglickiej uda się dojść do końca pasa? Było to wątpliwe, bo po godzinie nie znajdowała się nawet w połowie. Może pod koniec przyspieszy kroku? Albo po prostu odwróci się i odejdzie? W międzyczasie zaczyna padać deszcz.

wwwemil_zaremba_3.jpg

Katarzyna Żeglicka „Już lecę”. Fot. Emil Zaremba

O tym, jakie rzeczywiście było zakończenie performansu przyjaciółka informuje mnie smsem. Żeglicka skończyła pół godziny przed czasem. Zatrzymała się i oparła ręce na kolanach – nie miała siły iść dalej. W innych okolicznościach taka rezygnacja artystki oznaczałaby porażkę performansu. Tym razem jest inaczej: załamanie performerki okazuje się wzruszające, a jej półtoragodzinna walka z równowagą i warunkami atmosferycznymi była godna podziwu. Natomiast ostateczna rezygnacja koresponduje z tym, z czym ostatnio musimy się pogodzić: teraz jest taki czas, kiedy naprawdę można nie dać rady.

Udostępnij

Doktorantka w Katedrze Dramatu i Teatru Uniwersytetu Jagiellońskiego, zajmuje się także krytyką teatralną. Autorka książki Koń nie jest nowy. O rekwizytach w teatrze (2017).