wwwjedzonko_generalna_fot_bartek_barczyk_18.jpg

Marcin Napiórkowski, Mirosław Wlekły, Katarzyna Szyngiera, „Jedzonko”, reż. Katarzyna Szyngiera, Teatr im. Słowackiego w Krakowie, 2020. Fot. Bartek Barczyk

Na talerzu

Katarzyna Waligóra
Przedstawienia
29 wrz, 2020

Zaczyna się jak w brazylijskiej telenoweli. Scena Małopolskiego Ogrodu Sztuki zamieniona została w bardzo realistyczny, nowoczesny kuchnio-salon. Na środku ustawiono długi stół z pełną zastawą. Senior rodu (Feliks Szajnert) urządza przyjęcie urodzinowe, na które przychodzą jego dwie córki, syn oraz wnuczęta. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach: każdy ma inne upodobania dietetyczne i inną filozofię dobrego żywienia. Jedna z córek (Lidia Bogaczówna) kupuje tylko żywność z ekologicznym certyfikatem. Druga (Marta Konarska) była weganką i witarianką (dieta polegająca na jedzeniu wyłącznie produktów niepoddanych obróbce termicznej) ale obecnie jest flexitarianką (dieta polegająca na ograniczaniu mięsa ale nie na całkowitym jego wykluczeniu). Wśród wnucząt mamy wegankę (Agnieszka Kościelniak), która na widok mięsa rzuca talerzem i ucieka oraz profesjonalną somelierkę (Katarzyna Zawiślak-Dolny) obecnie na jednej z modnych diet odchudzających. Chłopak tej drugiej (Karol Kubasiewicz), także obecny na rodzinnym spotkaniu, jest naukowcem, który pracuje nad hodowlą mięsa in vitro. Senior rodu i jego syn (Sławomir Rokita) lubią jeść i pić bez zwracania uwagi na zdrowotne właściwości produktów. Pierwszy docenia jednak jakość spożywanych trunków, dla drugiego każde wino smakuje tak samo, a zupa służy raczej do napełnienia żołądka niż zaostrzenia apetytu przed daniem głównym. 

Jedzonku w reżyserii Katarzyny Szyngiery charaktery, zachowania, ekspresja wszystkich tych postaci rysowane są tak grubą kreską, że trudno nie odnieść wrażenia, że mimo realistycznych pozorów, oglądamy jedynie dość stereotypowo skonstruowaną galerię typów reprezentujących określone poglądy. Z tego grona wyróżnia się tylko jedna postać: wnuk (Maciej Pesta), który w zasadzie nie zdradza nam wiele ze swoich dietetycznych upodobań. Je wszystko, co mu podadzą, mało mówi, raczej z ironicznego dystansu przygląda się całej sytuacji.

Rozmowa przy stole dotyczy oczywiście jedzenia. To, co Szyngierze oraz współpracującym z nią dramaturgom: Mirosławowi Wlekłemu i Marcinowi Napiórkowskiemu z pewnością się udaje, to pokazanie różnych kontekstów społeczno-kulturowych, w jakie uwikłane jest tytułowe jedzonko. Zanim dany produkt trafi na nasz talerz podejmujemy decyzje etyczne, ekologiczne, zdrowotne. Ale jedzenie to także (przede wszystkim?) smaki i zapachy oraz różne możliwości ich wydobywania w procesie gotowania. Jedzenie wreszcie może być bardzo tanie i absurdalnie drogie, co powoduje, że za jego pomocą możemy budować swoją pozycje klasową, środowiskową czy zawodową. Dla większości postaci siedzących przy stole w spektaklu Szyngiery, jedzenie ma wymiar tożsamościowy. Ważniejsze jednak, że twórcom, jakby mimochodem, udaje się uchwycić, że nasze upodobania dietetyczne w sytuacji rodzinnego spotkania mogą stać się źródłem opresji. Interesujące w Jedzonku jest właśnie to, jak mało szacunku okazują sobie nawzajem zgromadzeni przy stole: pani domu stawia parujący drób tuż przed weganką, wujaszek wyśmiewa degustację wina, którą przygotowała somelierka, młody naukowiec musi wysłuchiwać jak bardzo jest niekompetentny, bo prawdziwa wiedza pochodzi z życiowego doświadczenia i tak dalej. Jednak podział na „starych” i „młodych” jest tu nieco nazbyt oczywisty a słowne potyczki przy stole szybko okazują się nużące. 

Realistyczne sceny rodzinnego spotkania przetykane są sekwencjami z zupełnie innego porządku. W jednej z nich Agnieszka Kościelniak wciela się w planetę Ziemię. Wkłada na siebie wielką, gumową kulę, która przykrywa cały jej korpus (wystają tylko nogi) a następnie zaczyna wbiegać na ściany oraz w widzów odbijając się od nich i wydając jednocześnie piszczące dźwięki. To, co chce „powiedzieć” za pomocą tych dźwięków tłumaczy Karol Kubasiewicz. Ziemia chciałaby się między innymi dowiedzieć, czy pod wpływem przedstawienia któryś z widzów zdecydował się przejść na dietę wegetariańską. Spektakl kosztował, jak słyszymy ze sceny, dwieście tysięcy złotych więc, żeby opłacał się z punktu widzenia ekologii musi przekonać dziesięć osób do zmiany diety. Nikt nie podnosi ręki.

Naiwne pytanie Kubasiewicza spotyka się z milczeniem widzów, bo spektakl najzwyczajniej nie jest przekonujący. Często trudno też określić, za czym właściwie się opowiada. To tym dziwniejsze, że równolegle z pracą nad przedstawieniem Szyngiera, Wlekły i Napiórkowski napisali dla „Pisma” ciekawy reportaż weryfikujący obiegowe opinie na temat żywienia. Pewne tezy z tego tekstu słyszymy także ze sceny. Problem jednak w tym, że o ile reportaż ma zwartą strukturę, a jego podstawą jest rzetelna praca dziennikarska, w spektaklu tematy oraz sposoby argumentacji rozpraszają się, włożone zaś w usta karykaturalnych postaci, brzmią jak puste slogany. Tak jest chociażby z granym przez Kubasiewicza naukowcem, który czasami mówi rzeczy mądre (kiedy na przykład demaskuje kłamstwa rolnictwa ekologicznego), innym razem kompromituje się opowiadając o zmyślonej diecie chromosomowej. 

Najdokładniej i najrzetelniej w spektaklu przedstawiony zostaje temat żywności genetycznie modyfikowanej. Twórcy posiłkowali się w tej sprawie tekstami Marcina Rotkiewicza, autora wybitnej książki popularnonaukowej W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki 1. Rotkiewicz od lat walczy o to, żeby o żywności modyfikowanej mówić rzetelnie, bez emocji i kłamstw. To, że na łamach „Krytyki Politycznej” bywa za to nazywany „superchwastem” pokazuje, jak trudne zadanie przed sobą postawił. (Redakcja portalu przeprosiła za publikację artykułu, w którym padło obraźliwe sformułowanie, nie usunęła jednak ani określenia, ani tekstu ze swoich stron). W finałowej scenie spektaklu Szyngery Maciej Pesta, ubrany w wielki, utrudniający poruszanie kostium truskawki, brawurowo wykonuje monolog na temat GMO. Mówi jako truskawka, bo ten owoc powstał przypadkowo jako genetyczna krzyżówka a mimo to nie budzi lęku. Współczesne modyfikacje genetyczne od tych znanych ludzkości od dawna różnią się tylko tym, że odbywają się pod ścisłą kontrolą naukowców, są bardziej precyzyjne i przewidywalne w skutkach. Pesta opowiada też o złotym ryżu – projekcie charytatywnym, dzięki któremu z pomocą inżynierii genetycznej stworzono ryż wzbogacony w β-karoten. Jego spożywanie miało poprawiać stan zdrowia ludzi zamieszkujących obszary zmagające się z niedożywieniem i tam, gdzie udało się wprowadzić uprawy złotego ryżu okazał się on sukcesem. Aktywiści anty-GMO zablokowali jednak wprowadzenie go do obrotu w krajach Azji. Tylko z powodów ideologicznych. Monolog truskawki to zdecydowanie najlepszy moment przedstawienia, bo kunszt aktorski spotyka w nim dobrze napisany fragment scenariusza. Jest zabawny, porywający, ale przedstawia też zestaw dobrze osadzonych retorycznie ale wciąż merytorycznych argumentów rozbrajających lęki przed żywnością modyfikowaną.

Inne sceny nie wypadają już tak dobrze przede wszystkim dlatego, że mieszają się w nich różne poziomy argumentacji. Senior rodu w czasie obiadu wznosi toast, w czasie którego wyznaje, że z pochodzenia jest ukraińskim chłopem. Długo ukrywał ten fakt przed rodziną przekonaną o swoich arystokratycznych korzeniach (to znowu wątek obyczajowy na miarę telenoweli). W dzieciństwie mężczyzna przeżył Wielki Głód i teraz ze szczegółami opowiada o kilku zdarzeniach z nim związanych (o kanibalizmie, matkach, które ukrywały jedzenie przed własnymi dziećmi, masowych śmierciach). Te historie są oczywiście wstrząsające i mają bardzo silne oddziaływanie afektywne, ale trudno powiedzieć, co mają wnosić do spektaklu. Wielki Głód to przecież skutek celowo wprowadzonej inżynierii społecznej i przez wiele państw, w tym Polskę, jest uznawany za zbrodnię ludobójstwa. Nie stanowi punktu odniesienia dla obecnych klęsk głodu, nawet jeśli te także są przerażające a opowieści o nim mogą być ostrzeżeniem przed totalitaryzmami, ale nie przed złym gospodarowaniem zasobami. 

Twórcy ulegają też pokusie mało wnikliwego krytykowania weganizmu. Słyszymy ze sceny, że weganie są agresywni w swoim przekonaniu o słuszności wybranej diety i napastliwi w jej promowaniu (to znowu bardzo stereotypowy wizerunek). Weganka grana przez Agnieszkę Kościelniak rzeczywiście mówi pouczającym tonem o wyższości moralnej swojej diety, przede wszystkim jednak sama okazuje się niekonsekwentna: kiedy na stole postawiona zostaje wołowina klasy premium, decyduje się jej spróbować. „Lepiej, żeby wszyscy ograniczyli spożycie mięsa o dziesięć procent, niż żeby jeden procent populacji przeszedł na ścisły weganizm” – słyszymy ze sceny. Z punktu widzenia statystyki to zapewne prawda. Jak jednak nakłonić ludzi do ograniczania mięsa bez przykładu tych, którzy z mięsa i produktów odzwierzęcych całkowicie zrezygnowali? Jak promować zdrową dietę bez przepisów, pomysłów i porad dostarczanych przez zapalonych wegan i wegetarian? Co więcej, ponieważ weganizm zostaje potraktowany protekcjonalnie, jego obraz nie jest zniuansowany. Ta dieta tymczasem może mieć różne formy: może opierać się na pełnowartościowych produktach roślinnych albo na smażonych w głębokim tłuszczu frytkach. I to od tego powinna zależeć jej ocena. 

Szygiera, Wlekły i Napiórkowski sprawiają wrażenie, jakby nie wiedzieli, czy chcą stworzyć spektakl obyczajowy czy reportażowy, czy zależy im na przedstawianiu twardych naukowych faktów, czy raczej różnych punktów widzenia, czy chcą nas do czegoś przekonać czy tylko działać na nasze emocje. Nie wiedzą też chyba, do kogo kierują swój przekaz: czy chcą przekonywać dorosłych widzów czy myślą raczej o pokazach dla szkolnych wycieczek. Chaos na poziomie celów i założeń przekłada się na chaos sceniczny. Sceny rodzajowe co chwilę ustępują groteskowym: aktorzy najpierw prowadzą rozmowy przy stole, by za chwilę gdakać jak kury i recytować pastisze Pana Tadeusza, rozmawiają o Wielkim Głodzie a później tarzają się po stole i podłodze rozrzucając jedzenie. Aktorzy nie najlepiej radzą sobie z tą mieszanką konwencji. Wygląda to tak, jakby nie przeprowadzono żadnej selekcji pomysłów, tematów, a przede wszystkim argumentów. 

Na przykład postać grana przez Martę Konarską stwierdza w pewnym momencie, że je niewielkie ilości mięsa, bo tak podpowiada jej własne ciało. Magiczna komunikacja z ciałem jest w tym przypadku argumentem stawianym wyżej niż te naukowe czy etyczne. Ciekawe zresztą, że w tym spektaklu, który przecież nie ukrywa korzystania z naukowego zaplecza, tak mało mówi się o potwierdzonej szkodliwości mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego dla zdrowia człowieka. Nie usłyszymy ze sceny, że spożywanie mięsa (nawet tylko raz w tygodniu) znacząco przyczynia się do udarów, cukrzycy, chorób serca, otyłości czy rozwoju choroby nowotworowej 2

Być może to twierdzenie, choć wsparte bogatą literaturą naukową, jest zbyt radykalne. Znacznie łatwiej i bezpieczniej jest przecież promować zachowawczą tezę, że jeść należy wszystkiego po trochu niż zagłębiać się w dietetyczne niuanse.

  • 1. Zob. Marcin Rotkiewicz W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.
  • 2.  O szkodliwości mięsa można przeczytać na przykład w książce Michaela Gregera Jak nie umrzeć przedwcześnie. Przepisy (przełożyła Olga Szaczkus, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2018). Autor zajmuje się w niej wyłącznie zbieraniem i analizą renomowanych badań naukowych opublikowanych w recenzowanych czasopismach (tłumaczy też, jak każde z badań zostało przeprowadzone i dlaczego uznaje je za wiarygodne). Greger prowadzi też stronę internetową: nutritionfacts.org, na której na bieżąco aktualizuje wyniki badań na temat żywienia i profilaktyki zdrowotnej.

Udostępnij

Doktorantka w Katedrze Dramatu i Teatru Uniwersytetu Jagiellońskiego, zajmuje się także krytyką teatralną. Autorka książki Koń nie jest nowy. O rekwizytach w teatrze (2017).