wwwteatr_imka_duza_scena_widownia_widok_z_boku.jpg

Fot. Piotr Krajewski / Wikimedia Commons

Lekcja wirusa?

Kornelia Sobczak
Przedstawienia
12 Mar, 2020

No to zamknęli. Uniwersytety, przedszkola i teatry. Odwołali, przesunęli, zawiesili. Dyskusje, konferencje, debaty, spotkania, wystawy. Znaleźliśmy się w trybie przymusowego, dziwnego odpoczynku, który oczywiście nie dla wszystkich oznacza to samo. Najbardziej i w pierwszym rzędzie ucierpią ci, którzy zawsze cierpią najbardziej i w pierwszym rzędzie: ubodzy, prekariusze, obarczeni pracą opiekuńczą, ci, którzy nie mają luksusu etatu i zasiłku z ZUS, komfortu wydania kilkuset złotych na nianię, wizytę u prywatnego specjalisty (żeby nie tułać się po SORach i przychodniach), stabilnego Internetu umożliwiającego zdalną pracę, i tak dalej. O trudnej sytuacji prekarnych pracowników kultury pisze na gorąco Piotr Morawski.

Kryzysowa sytuacja wywołana epidemią wirusa obnaża wszystkie niesprawiedliwości neoliberalnego systemu gospodarczego, słabego państwa, kulejących instytucji publicznych. Powiedzmy sobie wprost: obnaża okrucieństwo globalnego kapitalizmu i promowanych przez niego stylów życia. Od kapitalizmu otrzymaliśmy w prezencie wirusa (którego źródłem jest, jak zauważają Peter Singer i Paola Cavalieri, okrucieństwo wobec zwierząt), epidemię (której rozprzestrzenianiu się – jak pisze Ben Hillier – sprzyja globalna gospodarka i turystyka, słabość publicznej służby zdrowia, niemoc i nieprzyzwoitość państw) oraz wywołane nią kryzysy, z gospodarczym na czele. 

Nie o tym jednak chcę pisać – chcę natomiast zaproponować myślowy eksperyment, zadać pytanie, czy doświadczenie wymuszonego wirusem zawieszenia, zaprzestania i kwarantanny może nas czegoś nauczyć, czy może być impulsem do przemyślenia sposobów wspólnotowego postępowania. Nie chcę myśleć w trybie Polyannny, ani tym bardziej w trybie „im gorzej, tym lepiej”, zawsze przeraża mnie wpisywanie kreacyjnych potencjałów w dzieło zniszczenia i wolałabym, żeby postęp dokonywał się bez jakichkolwiek ofiar. No ale jest jak jest, spróbujmy więc pomyśleć w trybie konstruktywnej złości, dając najpierw jej upust. 

Co mnie złości? Że zamykają galerie artystyczne, a nie handlowe, że odwołują zajęcia uniwersyteckie, a nie wojskowe manewry, że cierpią sprekaryzowani i niepewni, ale także – że chwilowo zamrożone zostają przestrzenie twórczej aktywności i krytycznej refleksji – bezwzględnie i najszybciej zdiagnozowane jako nie-niezbędne. Oczywiście, również dlatego, że łatwiej zamknąć uniwersytet i teatr niż kapitalizm, choćby dlatego, że wciąż jeszcze są to instytucje „państwowe”. Ale najbardziej złości mnie to, że walce z wirusem poświęca się nieporównanie więcej uwagi, energii i środków niż walce z katastrofą klimatyczną, chociaż to właśnie ta ostatnia jest nieporównanie bardziej niebezpieczna, nieuchronna i ofiarochłonna – pisał o tym niedawno na łamach „Guardiana” Owen Jones. Nawiasem mówiąc – na epidemię wirusa, podobnie jak kryzys uchodźczy, można i należy patrzeć jak na jedną z postaci, pod którą przychodzi do nas katastrofa klimatyczna. 

I w tym właśnie momencie spróbujmy przejść od złości do refleksji, gdyż to, co złości najbardziej, może być też źródłem nadziei. Bo oto okazuje się – że jednak można. Co można? Przede wszystkim: ograniczyć. Na przykład latanie, podróżowanie, konsumpcję. Kupowanie zabawnych gadżetów z AliExpress. Wyjazdy na narty w Dolomity. Można czegoś zakazać, choć nie jest to przyjemne, i może wywołać społeczne niezadowolenia. Ale okazuje się instytucje publiczne, jeśli chcą, to mogą modelować społeczne zachowania, gdy wymaga tego sytuacja. 

Konsekwencją epidemii w Chinach jest spadek emisji CO2. Jasne, że stało się to za cenę ogromnych kosztów społecznych i ludzkich cierpień, ale ta prosta zależność – spowolnienie gospodarcze przekłada się na spadek emisji – wyraźnie pokazuje winnych klimatycznej i środowiskowej katastrofy: rozbuchaną machinę globalnej nadprodukcji. 

A propos nadprodukcji – Weronika Parfianowicz przedstawiała ostatnio zaklęty krąg tego mechanizmu, z którego wyzwolenie – siebie i innych – wymaga minimum luksusu stabilności materialnej, a zarazem jakiejś szaleńczej cywilnej odwagi. Nadprodukcję: wydarzeń, tekstów, „eventów”, konferencji, działań, projektów, rozmów – wymusza na nas system. „Nadprodukcja – pisze Parfianowicz – jest wynikiem przeniknięcia mechanizmów rynkowych do wszystkich obszarów naszego życia, pól twórczości, instytucji, w których pracujemy”. Tragiczny paradoks polega na tym, że wiele z nich jest jednocześnie ważnych i potrzebnych, a zarazem wymuszonych logiką neoliberalnego modusu, który rozlicza nas raczej z liczby aktywności niż z jej jakości i potrzebności. Wszystkiego jest za dużo, więc nie jesteśmy w stanie nie tylko uczestniczyć we wszystkich ważnych wydarzeniach, ale nawet czytać nawzajem swoich tekstów. Które produkujemy często także po to – nie oszukujmy się – by wynagrodzeniem z umowy o dzieło podreperować dziurawy budżet. 

Tymczasem teraz po prostu musimy zwolnić. „Co zrobisz, nic nie zrobisz”, jak mawia mój promotor, odrabiamy więc przymusową lekcję kwietyzmu i zaniechania. I to jest pierwsza okazja do przemyśleń. Można przede wszystkim zastanowić się, które z naszych działań są naprawdę potrzebne. Trzeba uważać, żeby tej potrzebności nie pomylić i nie utożsamić z neoliberalną „użytecznością”, z zyskownością – trzeba raczej przemyśleć, jaki sposób aktywności może przyczynić się do zwiększenia ilości dobra we wszechświecie. Możemy też, a właściwie musimy, zastanowić się, jak działać w sposób, który będzie najmniej obciążający dla środowiska. To zadanie przede wszystkim dla tych instytucji, które przyciągają dużą publiczność, ale każda przecież działalność generuje jakiś ślad węglowy. Trzeba myśleć o tym, jak go zmniejszyć i usensownić – „Dialog” będzie się zastanawiał nad tym w jednym z najbliższych numerów. Tu sytuacja zawieszenia jest tylko pretekstem: zamknięcie instytucji ma cel prosty i jasny: zapobiegać rozprzestrzenianiu się wirusa w skupiskach ludzkich. Zakładając jednak, że epidemia minie, i będąc pewnym, że katastrofa ekologiczna zostanie, trzeba będzie przemyśleć „jak się zgromadzać?”. Jakiego rodzaju wydarzenia organizować, a jakich może zaniechać? Jak działać w czasach zagrażającej nadprodukcji? Jakich mediów używać? Jakie formy spotkań międzyludzkich wydobyć z zapomnienia, jakie wymyślić na nowo?

Druga kwestia, która wiąże się jakoś z poprzednią, ale ma wymiar bardziej instytucjonalny: nagle okazuje się, że można w miarę sprawnie i szybko wdrożyć środki, które jeszcze przed chwilą wydawały się „radykalne”, „zniechęcające”, wymagające „edukacji” (tym słowem nader chętnie zasłania się niechęć do wprowadzania odgórnych, systemowych zmian) i „pozytywnych zachęt”. Ci sami decydenci, którzy wcześniej nie wyobrażali sobie, by w związku z epidemią (że sobie tak pozwolę) smogu i zagrożeniem katastrofą klimatyczną zabrać swoim pracownikom miejsca parkingowe, wyeliminować mięsne posiłki ze stołówek, i skłaniać do wyboru bardziej ekologicznych (niż tanie loty) środków komunikacji w związku ze (znów: wymuszoną logiką systemu!) współpracą międzynarodową (sensowność tej współpracy to osobny temat), teraz sprawnie wdrażają środki ostrożności, wyprzedzając nawet nakazy ustawowe. Czyli jednak można. Czy ten przymus podejmowania działań „wyjątkowych” pozwoli na oswojenie się z koniecznością rezygnacji z pewnych luksusów, które uważamy niemal za prawa podstawowe? Czy może być pierwszym krokiem do przeformułowania sposobów funkcjonowania? Czy jako pracowniczki i współpracownicy instytucji publicznych będziemy mieli w tej sprawie coś do powiedzenia?  

I teraz tak: nie chciałabym być źle zrozumiana. Nie chciałabym być jednym z głosów nawołujących do „zwolnienia” („zwolnijcie, kochani!”) i wykorzystania czasu zarazy na „spokojną refleksję” (być może ten związek frazeologiczny, podobnie jak „pochylanie się nad sytuacją” i „debata bez emocji” powinny zostać poddane gruntownej i wcale nie tak spokojnej demaskacji), bo wiem, że czas zarazy to dla wielu osób (w tym dla mnie) czas lęku, paniki, strachu, jeśli nie o zdrowie i życie bliskich i dalszych to o względną stabilność życiową. Poza tym – chorują i umierają ludzie, co stawia wszelkie nawoływania o „spokojne refleksje” w kłopotliwej i nieco żenującej sytuacji. Jednocześnie jednak – jest to czas namysłu i możliwość nauki, okazja do wyciągania wniosków, przede wszystkim dla tych, którzy są w tej komfortowej sytuacji, że dysponują słyszalnym (choćby w lokalnym wymiarze) głosem i choćby mikrosprawczością w ramach swoich miejsc pracy i aktywności. 

Lekcja postwzrostu, którą trzeba odrobić w wymiarze globalnym, społecznym, międzyludzkim i indywidualnym, to być może najważniejsza lekcja na, mówiąc górnolotnie, dwudziesty pierwszy wiek: wymaga nie tylko przemyślenia ilości produkcji, ale także wartości, na których fundujemy naszą kulturę. Zastanowienia się, czemu pozytywnie wartościujemy takie kategorie jak rozwój, rywalizacja, konkurencja, innowacyjność, no i wreszcie – sam wzrost. Lekcja postwzrostu jest wyzwaniem filozoficznym i antropologicznym, które wydaje się jednak obiecywać nową jakość życia. Krótki nawet czas wymuszonego wstrzymania się może stanowić mikrolaboratorium postwzrostowego trybu życia. 

Na zakończenie, przypomnę jeszcze co pisała Parfianowicz w tekście o napdrpodukcji, apelując o „kolektywy troski”, zamiast „opiekowania się sobą”:

Do kolektywnych działań wykorzystajmy organizacje i instytucje, które już istnieją. Zasilajmy szeregi związków zawodowych, które naprawdę mogą być narzędziem wprowadzania zmian w sposobie organizacji naszej pracy. [...] Próbujmy też przekształcać miejsca naszej pracy w duchu feministycznych instytucji kultury, zgodnie z propozycjami wypracowanymi na zeszłorocznym Forum Przyszłości Kultury, o których Iwona Kurz mówiła jako o „przebudowie samych podstaw myślenia o kulturze i społeczeństwie. Wartości uznawane tradycyjnie za kobiece, takie jak troska czy współpraca, powinny być fundamentalne dla całej konstrukcji życia społecznego, instytucji i polityki”. Nie dajmy sobie wmówić, że istniejący system jest jedyną możliwą do pomyślenia rzeczywistością społeczno-ekonomiczną. Są alternatywy. Jedną z nich – wyrastającą wprost z działań na rzecz ochrony środowiska naturalnego i troski o przyszłość całej planety – jest ścieżka postwzrostu, postulująca odejście od fetyszyzowanego w systemie neoliberalnym paradygmatu wzrostu gospodarczego, przekształcenie relacji międzyludzkich, decentralizację i demokratyzację sposobów wytwarzania i dzielenia się wiedzą, działania na rzecz sprawiedliwości środowiskowej i klimatycznej oraz – oczywiście – zmianę warunków tego, co nazywamy pracą.

Epidemia i związane z nią mniejsze i większe niedogodności jest okazją do praktykowania empatii i ćwiczenia się w solidarności. Ta pierwsza, a raczej jej brak, przejawia się także w języku, niestety również oficjalnym. Za każdym razem, gdy czytamy i słyszymy uspokajające zapewnienia, że większość populacji przechodzi wywołaną wirusem chorobę łagodnie, a zagraża ona przede wszystkim „grupom ryzyka”, czyli osobom starszym i o obniżonej odporności, możemy to przecież przetłumaczyć sobie na brutalny komunikat „ej spoko, jeśli masz trzydzieści parę lat to luz, najwyżej umrze twoja babcia, albo ta koleżanka ze stwardnieniem rozsianym co i tak brała L4 przy katarku”. 

Nie wmawiajmy sobie, że kwarantanna jest czasem na „self-care”, na opiekowanie się sobą. Powinna być czasem na opiekowanie się sobą nawzajem i to też jest lekcja, jaką możemy odrobić przy pomocy tego kryzysu.

 

Tekst powstał przed wprowadzeniem stanu zagrożenia epidemicznego.

Udostępnij

Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. W Instytucie Kultury Polskiej UW obroniła  pracę doktorską na temat recepcji Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego.