wwwfanny_i_aleksander_fot_karol_budrewicz_110.jpg

Ingmar Bergman „Fanny i Aleksander”, reż. Łukasz Kos, Teatr im. Modrzejewskiej w Legnicy 2020. Fot. Karol Budrewicz

Ekdahlowie z Legnicy

Magda Piekarska
Przedstawienia
06 Mar, 2020

Teatr jest cudem – jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, niech jedzie do Legnicy, gdzie w Teatrze Modrzejewskiej od 28 lutego można oglądać Fanny i Aleksandra Ingmara Bergmana w reżyserii Łukasza Kosa, spektakl na dwudziestu pięciu aktorów, w tym trójkę dzieci i dwa psy.

To taki teatr, o którym sądziłam, że jest już niemożliwy – w kostiumie, solidnie mieszczański, z akcją osadzoną na początku ubiegłego wieku, a jednocześnie bardzo filmowy i niosący ze sobą potencjał głębi refleksji, magii, tajemnicy i wzruszeń.

Trafiamy na plan kręconego w legnickim teatrze Bergmanowskiego arcydzieła – stąd te statywy, mikrofony, ekrany wyświetlające to, co dzieje się poza kadrem sceny – w teatralnym foyer, w garderobach, kulisach, lożach i na strychu. Stąd też czarna postać z trupią maską przesłoniętą kamerą (Kamil Walesiak), sprawiająca wrażenie, że oglądamy tę historię z perspektywy jakiejś mrocznej nieskończoności. Chociaż stop, może to wcale nie jest powrót w lata osiemdziesiąte, kiedy Bergman kręcił swój film, lecz wycieczka na plan współczesny – oto na naszych oczach powstaje remake Fanny i Aleksandra, z polską, niegwiazdorską, za to mistrzowską obsadą.

A choć ze sceny padają słowa o Szwecji i kwoty w öre, choć w kostiumie (Barbara Sikorska-Bouffał) króluje klimat fin de siecle’u, to i nawias filmowej technologii, i sam tekst Bergmana sprawiają, że całkiem współczesna Legnica, ale też dzisiejsza Polska, wlewają się w przestrzeń opowieści – wystarczy uchylić okna. W tym ostentacyjnie dalekim od publicystyki i pokus uaktualnień tekście mocno siedzi prowincjonalny klimat miasta z przepływającą przez nie Kaczawą, z zamkiem, katedrą, niedoinwestowanym teatrem, który ma siedzibę w dziewiętnastowiecznym budynku, kto wie, może nawet z jego patronką – tak się składa, że imienniczką Bergmanowskiej starzejącej się aktorki (Ewa Galusińska). I z wiecznie nieobecnym prezydentem, który może nie ma tu swojej loży, ma za to muchy w nosie, więc tę jedną z najważniejszych scen w kraju omija szerokim łukiem. Cóż, jego strata. 

Jest tu też Polska ze zbiorowym zachłyśnięciem się niebezpieczną ideologią, z ograniczeniami praw kobiet, z cierpieniem dzieci, z wszechwładzą duchownych, ze światem sztuki, który kurczy się do rozmiarów światka, coraz boleśniej odczuwając swój los zakładnika rządzących

Jest tu też Polska ze zbiorowym zachłyśnięciem się niebezpieczną ideologią, z ograniczeniami praw kobiet, z cierpieniem dzieci, z wszechwładzą duchownych, ze światem sztuki, który kurczy się do rozmiarów światka, coraz boleśniej odczuwając swój los zakładnika rządzących. Można odnieść wrażenie, że ta opowieść sprzed niemal czterech dekad mówi nam więcej o nas, tu i teraz, niż niejeden pisany na gorąco polityczny dramat.

Przy czym to wszystko jest w tekście Bergmana, nie domagając się żadnych podkreśleń ani dopisków – w tej opowieści o podróży z kolorowej, swobodnej, nieco rozpustnej przestrzeni artystycznej wolności, w której dorastają dzieci Ekdahlów – Fanny (Joanna Gonschorek, Ninel Kos), Amanda (Anita Poddębniak, Rema Kos) i Aleksander (Robert Gulaczyk, Ezra Kos) – do świata surowej klasztornej reguły, do którego trafiają, kiedy ich matka, Emilia (Magda Biegańska), po śmierci męża, nieudanego aktora (Rafał Cieluch), wychodzi za mąż za protestanckiego biskupa Edvarda (Paweł Palcat). To wszystko jest w fascynacji Emilii charyzmą Edvarda, która trwa do momentu, kiedy wraz z nią uświadamiamy sobie, że jest tylko opakowaniem dla podszytej frustracją pustki. W portrecie okrutnej władzy, jaką nad człowiekiem sprawuje stanowisko: „Urząd jest zawsze większy niż ten, kto go wykonuje” – jak mówi Edvard. I w nadziei, że ocalenie może przynieść to, co wydaje się pozostawać na peryferiach świata, co na pozór, w tym ciasnym, małym miasteczku wydaje się błahą grą, pozbawioną znaczenia błyskotką.

„Tak więc naciągamy Teatr na głowę jak bezpieczną osłonę” – mówi Emilia. I teatr jest rzeczywiście w tym przedstawieniu kruchą arką, małym światem, domkiem z kart, który w większej skali wyrasta przed nami w scenograficznym projekcie Pawła Walickiego i który tak łatwo zdmuchnąć. Jak mówi Oskar, niespełniony aktor, którego śmierć prowokuje dramaturgiczny przełom w tej opowieści: „Czasem małemu światkowi udaje się przez sekundę odzwierciedlać wielki świat, tak abyśmy zrozumieli go lepiej, albo też dali ludziom, którzy tu przychodzą, możliwość, by przez kilka chwil albo sekund... by przez kilka sekund zapomnieć o tym ciężkim świecie na zewnątrz”. Teatr jest więc zarazem, mimo pozorów kruchości, zaskakująco trwałym schronieniem, w którym wypowiadane zaklęcia mają moc i w którym wspólnota daje szansę ocalenia. 

I właśnie dlatego legnicki Fanny i Aleksander jest też – last but not least – opowieścią o zespole Modrzejewskiej. Ekdahlowie z Legnicy – nic nie poradzę, tak będę od teraz o nich myślała. Wszyscy poruszają się tu na cienkiej granicy i nie wiemy, kiedy mówiąc o miłości do teatru i do ludzi, którzy go tworzą, wypowiadają własne miłosne zaklęcia, a kiedy wygłaszają je w imieniu bohaterów Bergmana. Legnickie spektakle niemal zawsze są intrygującą kreacją zbiorową, ale takie olśnienia jak w Fanny i Aleksandrze nie zdarzają się przy każdej premierze – musiałabym wymienić tu cały zespół, żeby każdemu oddać sprawiedliwość.

Wszyscy poruszają się tu na cienkiej granicy i nie wiemy, kiedy mówiąc o miłości do teatru i do ludzi, którzy go tworzą, wypowiadają własne miłosne zaklęcia, a kiedy wygłaszają je w imieniu bohaterów Bergmana

Częścią tego zespołu wydaje się reżyser Łukasz Kos, grający rolę Isaka, żydowskiego kupca, kochanka Heleny, który jako bywalec domu Ekdahlów sam w pewnym sensie staje się artystą. Choć może był nim już wcześniej, mając dostęp do głębszych, ukrytych sensów sztuki, do budzenia aniołów i demonów, dających siłę prawdziwej przemiany rzeczywistości. 

Role dzieci są tu podwójne, partnerują tu sobie mali i dorośli aktorzy, chociaż Ninel, Rema i Ezra Kos nie grają dzieci – teatr staje się dla nich bezpieczną przestrzenią, w której mogą sobie pozwolić na to, żeby dziećmi być i to jest również wspaniałe – patrzeć jak w finale drzemią na sofie na kręcącej się obrotówce. No i trzeba jeszcze dodać, jak pięknie w tym spektaklu gra sam teatr, ze swoimi zakamarkami, od piwnic, przez strych, aż po dach! Fanny i Aleksander odkrywając przed nami teatr, tę przedziwną przestrzeń, zarazem świetlistą i mroczną, zaczarowuje go jeszcze skuteczniej niż kiedy wcześniej sprowadzała się do foyer, widowni i sceny, poza którymi kryły się tajemnicze, niedostępne przestrzenie. Teatr, przez który wędrujemy, zamienia się w labirynt, korytarz wiedzie w górę i w dół, rozszerza się w przestrzenie kolejnych scen dramatu, pełne rozgałęzień i ślepych zaułków. Wydaje się, że wystarczy, żeby zgasły światła, a zgubilibyśmy się tu z kretesem.

„Drodzy, wspaniali artyści, aktorzy i aktorki, potrzebujemy was cholernie” – mówi w finale Gustav Adolf (Paweł Wolak), restaurator, bon vivant i pies na kobiety, którego prędzej podejrzewalibyśmy o toast za piękne piersi i jędrne pośladki niż za sztukę. A jednak jest w nim szczery, w co tym łatwiej uwierzyć, że nam samym zanurzenie się na jeden wieczór w ten migotliwy, uwodzący, magiczny świat, wystarcza, żeby zdać sobie sprawę, jak wszyscy cholernie tego potrzebujemy.

Udostępnij

Dziennikarka, recenzentka, współprowadzi pasmo teatralne w Radiu Wrocław Kultura, publikuje na łamach kwartalnika „nietak!t ” i w portalu teatralny.pl.