116262434_2722975871319862_7970866554635150577_o.jpg

Warszawa, noc z 28 na 29 lipca 2020. Fot. Marta Bogdanowicz / Spacerowiczka

Czy mają państwo chwilę, żeby porozmawiać o Jezusie (i o fladze, i o pomnikach)?

Kornelia Sobczak
Przedstawienia
07 sie, 2020

1.

Uwaga, zmyłka. To jest tytuł zastępczy, asekurancki i na przeczekanie, na przeczekanie, żeby właściwy tytuł nie bił tak bardzo po oczach, nie szokował i nie powodował niepotrzebnych palpitacji serca i umysłu. Muszę jeszcze naprodukować trochę znaczków, kilka linijek, strefę buforową, coś w rodzaju „content warning” zanim przejdę do powiedzenia, że od długiego, długiego czasu chodził mi po głowie tekst pod tytułem, Jezus był ciotą, właściwie tytuł chodził mi po głowie bardziej niż tekst, ale uff, napisałam to: „Jezus był ciotą”. Klawiatura przełknęła, komputer nie wybuchł (jeszcze) teraz ja jestem trochę zażenowana, ale i zdeterminowana, aby w to brnąć, wy natomiast zszokowani, albo zaintrygowani, bo na pewno jest jakiś zgrzyt, nie wierzę, aby ktokolwiek wychowany w Polsce, niezależenie od stopnia laicyzacji, uwielbienia dla transgresji i przekroczeń, wewnętrznego nihilizmu, cynizmu, czy czego tam jeszcze, tak spokojnie przyjął do wiadomości, nie, nie do wiadomości, do wrażliwości, zdanie „Jezus był ciotą”. I teraz bym chciała, żebyśmy wspólnie zastanowili się nad tym poczuciem dyskomfortu, szoku lub zniesmaczenia. Do kwestii „czy można obrazić Jezusa/Boga” jeszcze wrócimy, na razie zatrzymajmy się przy drugiej części równania, to znaczy przy słowie „ciota” i zastanówmy się nad jego ewentualnym potencjałem znieważającym. 

„Ciota” to, w pierwszym znaczeniu, pogardliwe określenie homoseksualisty. Czy zatem dyskomfort budzi sugestia, że Jezus był homoseksualistą? Czy mamy prawo spekulować na temat tożsamości seksualnej Jezusa? Oczywiście, jak na temat każdej innej ważnej postaci historycznej, bohatera literackiego czy kulturowej legendy. Ma to potencjał edukacyjny, emancypacyjny, kulturoznawczy etc., a w przypadku Jezusa z Nazaretu mamy sporo przesłanek żeby zadać pytanie o jego domyślną (zawsze) heteroseksualność: choć urodzony i wychowany w patriarchalnej tradycji, nie ożenił się; miał koleżanki i „jak każdy” gej dobrze dogadywał się z kobietami, ale odciągał mężczyzn od ich rodzin i domów; wiedział, jak uratować słabo klejące się wesele, a najbardziej kochał jednego swojego ucznia, młodego, miłego i pięknego, któremu w chwili śmierci powierzył opiekę nad matką. Tropem miłości Jezusa i Jana szedł ostatnio Jacek Dehnel. No ale dobrze, dość wygłupów, wcale nie o to mi chodzi, gdyby chodziło mi o eksplorowanie tych „poszlak” zatytułowałabym ten tekst Czy Jezus z Nazaretu mógł być gejem? i, wbrew pozorom, byłby to tekst o wiele mniej kontrowersyjny, a i niespecjalnie odkrywczy w swoich pytaniach, nie chodzi mi zresztą o drążenie prowokacji, „szokowanie” i „epatowanie”, ale o namysł nad tym, co uważamy za szokujące i obrazoburcze.

116266517_2722975067986609_2442328479692028422_o.jpg

Fot. Marta Bogdanowicz / Spacerowiczka

Bo „ciota” to nie to samo, co gej. Powiedzieliśmy sobie już bowiem, że ciota to określenie pogardliwe. Ciota to nie tylko homoseksualista, czyli mężczyzna odczuwający pociąg seksualny czy romantyczny do innych mężczyzn. Ciota to nie-mężczyzna, niedo-mężczyzna. Główna wina cioty polega nie na tym, że wtyka penisa w „niewłaściwy” otwór, ale na tym, że odwraca wektor, zachowuje się niemęsko, w sposób przegięty, podważa normy i hierarchie płciowe. „Ciota” jest „ciepły” (może „ciepła”?), miękki, płynny, „przegięcie” polega przecież na wymykaniu się heternormatywnej suwmiarce, na graniu na nosie binarnym podziałom i tradycyjnym oczekiwaniom, na zabawie konwencjami, na przedrzeźnianiu i odsłanianiu ich kulturowej umowności, na eksperymentowaniu z tym, gdzie można granice tej umowy przesunąć, na odkrywaniu wielości możliwości płciowego i nie tylko płciowego, performansu. 

Angielskie słowo „queer”, którego używać jest już jakoś bezpieczniej, niż polskiej „cioty” czy „ciotki”, też przecież było wyjściowo pogardliwe. Queer – osoba, praktyka, czasownik – jest dziwny, dziwaczny, odmieńczy. Trochę słaby, trochę porażkowy, czuły. Jezus też był dziwny, inny, transgresywny, był przedziwny, co oznacza zarówno „bardzo dziwny”, jak i „wzbudzający podziw i zachwyt”, na tej wieloznacznej, zamplifikowanej dziwności, na tym przymiotniku „przedziwny” ufundowana jest cała tajemnica religii chrześcijańskiej i Jezusa, jej założyciela. Mój Boże (nomen omen), mówimy przecież o człowieku, który umarł i zmartwychwstał, czy może być coś bardziej transgresyjnego? Mówimy o Bogu, który, że przypomnę staruszka Karpińskiego, był wzgardzony – okryty chwałą, śmiertelny – król nad wiekami, mówimy o Bogu, który poniżył się do poziomu narodzin w stajni, jako nieślubnie poczęty, który został wyszydzony, opluty, torturowany, a wcześniej wykpiony cierniową koroną i czerwonym płaszczem (okrutny, przymusowy drag jako szykana Rzymian wobec żydowskiego dziwoląga),  a który cały czas upominał się o najmniejszych i najsłabszych, który otaczał się więźniami, celnikami, prostytutkami i trędowatymi. Mówimy o religii, która narzędzie ohydnej, poniżającej kaźni dla kryminalistów – krzyż – uczyniła najświętszym symbolem. Czy może być coś bardziej queerowego? Krzyż był przecież ni mniej, ni więcej, zniewagą, nie tylko formą kary śmierci, ale i upokorzenia. Jezus wziął ten krzyż i squeerował go w imię miłości do ludzi, wszystkich ludzi. 

Bo, przecież, jeśli mówimy o chrześcijaństwie, o religii, która jest opowieścią o solidarności Boga z człowiekiem w tego człowieka najgłębszym upadku, największym upokorzeniu. której najważniejszą zasadą jest miłość, niezazdrosna, nieszukająca poklasku, cierpliwa, nieunosząca się pychą – to mówimy o takiej miłości, która dość daleko odbiega od modelu tradycyjnego stadła rodzinnego, opartego na różnicy płci i obowiązku prokreacji. Miłość chrześcijańska jest czymś, co patriarchalne wyobrażenia o związkach „płci przeciwnych” rozsadza. Więc tak, „Jesus was queer”, czy się to polskim biskupom podoba, czy nie. Ale po angielsku brzmi to lepiej, więc jeśli jeszcze coś was w słowie „ciota” uwiera, to zastanówmy się, co? Sugestia, że Jezus mógł nie być stuprocentowym samcem alfa? No przecież nie był, to śmieszne. Że mógł być zniewieściały? A co jest złego w zniewieściałości? Czy więc uczciwe zastanowienie się, co jest nie tak w stowarzyszaniu Jezusa z queerem, nie doprowadzi nas do nieuchronnego wniosku, że albo nic, albo, jeśli wciąż coś tam was gryzie, to może jednak jest to homofobia i mizoginia? 

116154574_2722974391320010_566242548093957371_o.jpg

Fot. Marta Bogdanowicz / Spacerowiczka

Anna Zawadzka we wstępie do albumu Wojciecha Wilczyka Święta wojna, w którym dokumentował on świadectwa antysemityzmu i nacjonalizmu w przestrzeni publicznej (swoją drogą ciekawe, a może właśnie zupełnie oczywiste, że niektórym zniewagom pozwala się żyć długo, pozwala się na ich wykrzykiwanie i bycie oglądanymi, a na inne reaguje się błyskawicznie i histerycznie), zauważała, że w polskiej kulturze obraża się nie Żydów, lecz „Żydem”, jako epitetem, jako synonimem wszystkiego, co najgorsze 1. Dlatego właśnie kibolski antysemityzm stanowi taką pułapkę logiczną – oskarżeni, jeśli już ich o to zapytać, nieodmiennie będą twierdzić, że nie mają nic przeciwko narodowi żydowskiemu, że „żyd” to po prostu „cham, ćwok, burak” 2, a sekundować będzie im w tym językoznawca, profesor Jerzy Bralczyk, nie zadając już jednak pytania o to, dlaczego właśnie „żyd” jest tą obelgą-metonimią, kondensacją wszystkich obelg 3. Wydaje się, że w przypadku nieheteronormatywności jest podobnie. Zakwestionowanie czyjejś heteroseksualności funkcjonuje jako obelga i zniewaga, a zarazem, jak w błędnym kole, „pedał” czy „ciota” to tyle co cipa, pizda, baba, czyli łagodniej mówiąc, fajtłapa i oferma, ale zauważmy, że owa niezdarność, męska niedojakość i słabość, jest zawsze demaskowana za pomocą określeń „kobiecych”. Mężczyznę obraża się przez porównanie do kobiety (i to jest dopiero obraźliwe dla kobiet!), i może dlatego „ciota” budzi taką wściekłość, jako ktoś kto nie chce być, nie jest, ani mężczyzną, ani kobietą, dlatego queer ze swoimi alternatywnymi pomysłami na performowanie tożsamości (licznych) budzi taką konfuzję i niechęć.

No i dlatego może właśnie tak zabolało, nawet tych liberalnych i tolerancyjnych, zawieszenie tęczowej flagi na figurze Chrystusa – bo nie mogą znieść, że Jezus Chrystus mógł zostać naznaczony jako jeden z tych słabych, dziwnych i niedojakich. Ale czy jeśli ujmiemy to w inny sposób: bo nie mogli znieść, że Jezus Chrystus został zakwestionowany w swej stuprocentowej męskości – czyż nie ukaże nam się cały absurd tego oburzenia? 

2.

Najważniejsze, najbardziej spektakularne i widowiskowe (tak, wiem, że to tautologie i pleonazmy, ale skoro poruszamy się w tematyce okołobiblijnej, to wolno sięgnąć po te, utożsamiane nie do końca słusznie z błędem językowym, figury stylistyczne) przedstawienie tego dziwnego sezonu teatralnego, miało miejsce pewnej lipcowej nocy, nie na deskach, lecz na cokołach i postumentach. Aktywistki z kolektywu Stop Bzdurom i Samzamęt, oraz Poetka, zaingerowały wizualnie i performatywnie w kilka warszawskich pomników. To, co zostało nazwane aktem wandalizmu, dewastacji i zniewagi, było niczym więcej, jak daniem pomnikom do potrzymania tęczowej flagi. Na jedną noc i na długość życia pozostających w obiegu medialnym fotografii. Flagę dostał Mikołaj Kopernik, Wincenty Witos, Józef Piłsudski, Warszawska Syrenka i Jezus Chrystus. Swoją drogą, coś to mówi o pomnikowym parytecie płci, ale wszystkim im było bardzo ładnie w tęczowymi barwami odbijającymi się od szarości spiżu czy kamienia, wszystkie jakby od razu ożyły, na wiele różnych sposobów. 

Happening wizualny ma tę przewagę nad słowem pisanym, że jest wieloznaczny. Czego chcą od nas obrazy? Myślenia, emocji, interpretacji – każdy pomnik, w którego skamieniałość zaingerowano, może teraz opowiadać (to znaczy nie może, bo już im zabrano te flagi, ale w pamięci ludzi i nośników – może) swoją własną queerowo-tęczową historię. Syrena z dumnie wzniesionym mieczem nie tłumaczy się nikomu ze swojego ogona (a przecież to dziwaczna hybryda!); Witos, jakby zawstydzony; Kopernik – no cóż, była kobietą, zresztą siedzi pod IBLem, matecznikiem polskich gender studies, jakby przypominając, o humanistycznych powinnościach nauki; Piłsudski – nad nim trzeba by pomyśleć, może przeprasza za hipermaskulinizację kultury polskiej, a może uśmiecha się pod wąsem, niczym Włodzimierz Czarzasty pod tęczową maseczką, mrucząc „no dobra dziewczyny, róbcie ten queer, ja się nie znam, ale gdzie mam podpisać?”. No a Jezus? Przez chwilę poniósł flagę obok krzyża, symbol miłości i symbol prześladowanych, i być może powtarzał wtedy, że błogosławieni ci, którzy się smucą, albowiem będą pocieszeni, błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni, błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy Królestwo Niebieskie, błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i prześladują was, i jeszcze, mówił, byłem głodny, a daliście mi jeść; byłem spragniony, a daliście mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście mnie; byłem nagi, a przyodzialiście mnie; byłem chory, a odwiedziliście mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie.

116231786_2722973827986733_6745527629455961692_o.jpg

Fot. Marta Bogdanowicz / Spacerowiczka

Można by stworzyć długą listę rzeczy, które katolików i chrześcijan powinny boleć i znieważać dużo dotkliwiej niż tęczowa flaga na pomniku Jezusa: poczynając od buty, pychy i ostentacyjnego bogactwa kleru, poprzez niewrażliwość na katastrofę ekologiczną, zabijanie zwierząt i demoralizację dzieci, poprzez haniebne wykorzystywanie Boga w służbie nacjonalizmu i przemocy (serio, nie wiem, czy słowa „honor i ojczyzna” zestawione z Bogiem nie obrażają go bardziej, niż cokolwiek innego), kończąc na komercjalizacji przemysłu komunijnego, który z Najświętszego Sakramentu czyni ozdobę okolicznościowych czekoladek, ale czy jest jeszcze sens dziwić się, że jawne zło i bezwstydna przemoc pozostają nierozpoznane jako skandal? 

Aktywistki dekorujące pomniki wydobyły wszystko, co najlepsze i najtrudniejsze w ulicznym teatrze: sprowokowały oburzenie, obnażyły hipokryzję, jednocześnie performując solidarność i dumę. Niestety, tym się różni przedstawienie uliczne, od tego na zinstytucjonalizowanej scenie, że jest nie tylko zadane do przemyślenia (albo – przeemocjonowania), ale dzieje się o tyle „naprawdę”, o ile realne i bolesne były konsekwencje performansu dla jego wykonawczyń. Sprowokowały one bowiem nie tylko histerię prorządowych mediów i pełne zatroskanego, obłudnego oburzenia komentarze Cesarzy Debaty Publicznej z Królestwa Prawdy Leżącej Pośrodku, ale też demonstrację siły ze strony policji, która przeniosła całe to przedstawienie w sferę groteskowego cyrku. Ci, którzy mają władzę i pejcz udają wielkich poskramiaczy zniewolonych zwierząt. Dlatego tak trudno pisze mi się ten tekst, bo zaczęłam go pisać, gdy trzy młode dziewczyny były, bez najmniejszego sensu i tylko w charakterze szykany, przetrzymywane na komendzie, kończę, gdy zostały już wypuszczone, ale szok spowodowany tą wulgarną represją ciągle trwa. Szok, że to się wszystko wydarzyło, że – donoszą media – zgarnęli dziewczynę z ulicy, do nieznakowanego samochodu, a po inną pojechali setki kilometrów w Bieszczady, że trzymali je ponad trzydzieści godzin, i że jeszcze polska policja się tym oficjalnie chwaliła, jakby już za grosz nie miała poczucia wstydu i dobrego smaku. No wiecie, wciąż jeszcze nam się wydaje, że możemy się publicznie wypowiadać, tymczasem wkroczyliśmy już w epokę nie tyle nawet cenzury, ile jawnej instrumentalizacji organów administracji państwowej dla celów ideologicznych. 

Trudno jest dzisiaj pisać cokolwiek sine ira et studio, i być może nawet nie trzeba, ale jako gość rubryki „Przedstawienia” na cyfrowych łamach „Dialogu” chcę chyba zwrócić uwagę, że oto właśnie dzieje się na naszych oczach „dramaturgia współczesna”, a oddolny performans „słabych” (tak definiowały się aktywistki w swoim manifeście, zresztą ciągle podkreślając, że tego typu akcje może robić każda i każdy, kto czuje potrzebę) ożywił barwy brunatniejącego (choć konsekwentnie biało-czerwonego) spektaklu publicznego: oto w dzień zaprzysiężenia Prezydenta RP w sejmowych ławach zasiadła tęcza – tak kolorowego widowiska ten gmach nie widział od… nigdy?

I jeszcze myślę sobie, że warto myśleć o tych wszystkich, a jest ich wiele i wielu, którzy się boją, którzy są zaszczuwani i wyśmiewani, o tych wszystkich tęczowych nastolatkach, które masowo cierpią na depresję i zmagają się z myślami samobójczymi, o Milo, której postawiono, prawem przejęcia i poprawy rzeczywistości, znicz z napisem Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, o zmęczonych i sfrustrowanych, których przejęcie, choćby na chwilę, sfery wspólnej i sfery uświęconej, przez tęczowe barwy, podniosło na duchu. Bo, zaprawdę, powiadam wam: wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili.

117530317_1402425556619784_5320054289769027267_o.jpg

Warszawa, 7 sierpnia 2020. Fot. Piotr Morawski

POST SCRIPTUM

Po napisaniu tego tekstu okazało się, że sąd przychylił się do zażalenia prokuratury i nakazał dwa miesiące aresztu dla zatrzymanej wcześniej i wypuszczonej Margot. Została ona zaaresztowana na Krakowskim Przedmieściu, gdzie zebrali się protestujący. Przez ponad godzinę blokowano radiowóz z aktywistką w środku, blokada została brutalnie rozerwana przez policję, poturbowano posłanki i posła na Sejm RP, a już po rozerwaniu blokady i przewiezieniu Margot do aresztu zatrzymano na ulicach Warszawy ponad czterdzieści osób. Spontaniczna demonstracja solidarnościowa pod komendą przy ulicy Wilczej została rozpędzona przez policję. Podczas blokady radiowozu z zatrzymaną Margot na pomniku Kopernika znów zawisły tęczowe flagi.

  • 1.  Anna Zawadzka Polska walcząca, w: Wojciech Wilczyk Święta wojna (2009-2014), Atlas Sztuki – Karakter, Łódź-Kraków 2014, s. 13.
  • 2.  Przywołuję wypowiedź internauty w komentarzach pod artykułem „Gazety Wyborczej” o trenerze Łódzkiego Klubu Sportowego, który wraz z kibicami tańczył do zawołania „kto nie skacze, ten z Żydzewa”: „I tak oto gazeta koszerna – pisał grzes1966 – produkuje antysemityzm tam, gdzie nie występuje on w ilościach nawet śladowych. Wśród łódzkiej dziczy określenie «żyd» jest synonimem chama, ćwoka i buraka i nie ma nic wspólnego z religią lub narodowością”. Artykuł z 2008 roku nie ma już aktywnych komentarzy, cytuję za: Kornelia Sobczak Gaz, w: Justyna Kowalska-Leder i inni Ślady Holokaustu w imaginarium kultury polskiej, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017.  
  • 3.  W rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem i Jackiem Sarzało profesor Bralczyk mówił: „Tak się nieszczęśliwie składa, że w naszej kulturze skierowanie do kogoś słów «Ty Żydzie» jest epitetem, szczególnie wśród łódzkich kibiców. Nie podejrzewam jednak, aby szalikowcy znali historię klubu na tyle, by wiedzieć, kto był założycielem Widzewa i ŁKS. Szkoda, że nic nie możemy na to poradzić”. 

Udostępnij

Absolwentka Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. W Zakładzie Historii Kultury Instytutu Kultury Polskiej przygotowuje pracę doktorską na temat recepcji Kamieni na szaniec Aleksandra Kamińskiego.