Paweł Miśkiewicz

Udostępnij

Można powiedzieć, że w ostatnim sezonie, może dwóch, a na pewno w końcówce dyrekcji, Janowi Klacie udało się to, o czym marzył, jak każdy dyrektor tej sceny, to, o czym rytualnie pisali krytycy (czy szerzej mówiąc: dyskutanci różnych opcji). Udało się mianowicie osiągnąć porozumienie teatru i publiczności, całkiem jak w mitycznych latach siedemdziesiątych.

Ciemność, głuchy huk, przerażone szepty. Dookoła szaleństwo – słychać grzmoty, drobne krople zraszają nam twarze, a wiatr mierzwi włosy. W sercu pojawia się strach, nie wiadomo co robić. Ale to tylko teatr, życie jest gdzie indziej. Nawałnica po chwili ustaje, światła się zapalają, na scenę wchodzą aktorzy. 

Udostępnij