Komuna// Warszawa

Udostępnij

„A Dialog on Love” Eve Kosofsky Sedgwick wymyka się z porządku czytania naukowych publikacji opatrzonych zawsze litanią przypisów i naznaczonych suchością języka. Trafia się tu wprost na pourywane fragmenty przeżyć, rozmów z terapeutą o raku, o chemioterapii, o miłości i lęku przed śmiercią. Tekst wciąga, płynie, zaskakuje, bo przecież – „nie sądziłam (sądziłem), że to w tym kierunku zmierza”, sekretne epitafium bliskości. Dopiero po przeczytaniu całości, z pewnego dystansu można zauważyć, że ta osobista refleksja stawia pod znakiem zapytania sposób przekazania treści – język i formę.

Krajobraz nie jest naturalnym fenomenem, lecz kulturową kreacją kształtowaną za pomocą dyskursów i technologii. Techniki jego reprezentacji skodyfikowane zostały przez malarstwo a następnie upowszechnione przez film i fotografię – dlatego długo pozostawał w domenie zainteresowań kultury wizualnej. Konstruowany i oglądany przez soczewki konstytuujących go konwencji wizualnych wymagał oglądania z zewnątrz: pozwala bowiem jedynie na wejście w pozycję widza, ale już nie podmiotu przeżywającego.

Spektakl rozpoczyna pojawienie się na scenie Kuby Ziółka, który w ptasiej masce na głowie wprowadza w założenia przedstawienia. Zdystansowany mówi o tym, że podobne historie jak ta, wydarzyły się już wielokrotnie, że owe relacje nie ciekawią już słuchających, a szansą na ich zatrzymanie jest opowiadanie ich „na milion sposobów”. Tak też się dzieje w Nosexnosolo Agnieszki Jakimiak.

Przełomem był spektakl Księgi – teatralna iluminacja, nagły przebłysk, w którym zobaczyć można było nie tylko ideologiczną i estetyczną historię Komuny// Warszawa, ale i historię teatralnej awangardy. W Księgach zawarta została także intuicja cykli kuratorowanych na Lubelskiej w Warszawie przez Tomasza Platę: Re//mixów oraz projektu My, mieszczanie. Re//mixy zazębiają się zresztą z Księgami czasowo – ich koncepcja powstała w trakcie ostatecznego domykania zwartego korpusu przedstawienia, którego premiera odbyła się w styczniu 2011 roku.

1.

W dzień wyborów prezydenckich, które po prostu się nie wydarzyły, w Warszawie zawisły plakaty namalowane białą i czerwoną farbą. Barwy narodowe nie są na nich rozdzielone, ale mieszają się w różne odcienie somatycznego różu. Największy billboard wisi na stacji Warszawa Śródmieście, której formalny chłód został przełamany napisem „DESPERACKO POTRZEBUJĘ ZMIANY”. Nierówne nałożenie farby i miękko rozchwiane krawędzie liter sprawiają wrażenie cielesnej obecności uchwyconej/schwytanej w plakacie. 

Ach, jak przewracałem oczami; ach jak zgrzytałem zębami! Koło głowy latały mi takie słowa jak „dydaktyzm”, „pretensjonalność”, „amatorszczyzna”, „protekcjonalizm”, „literalizm”, „dosłowność”, „chaos”. Takimi określeniami można zamordować każdy właściwie spektakl, a pożytku z tego żadnego, poza efektowną frazą (powiedzmy że „krytyczną”).

Kiedyś na więzienie mówiło się pudło. Posadzili kogoś w pudle czy do pudła? Zapudłowali. Siedzieliśmy w pudle. Wypuścili nas z pudła. Większość z nas przeżyła, przynajmniej jak dotąd. Skoro mogliśmy nie przeżyć, a przeżyliśmy, to znaczy, że pudło, czyli niecelne trafienie. Byliśmy na celowniku, ale spudłowano. Pudło w pudle. 

Tak, mowa o kwarantannie, która była rodzajem więzienia, i o chorobie, z której udało się (na razie) wywinąć. Ale chodzi nie tylko o to, co nas nie zabije, ale o to, co mogłoby nas wzmocnić.

Z ulgą weszliśmy na teren Szkoły i dopiero wtedy zwolniliśmy kroku. Kwadrans wcześniej wycofywaliśmy się razem z lekko spanikowanym tłumem spod Ronda de Gaulle’a, gdzie narodowcy rzucili kilka petard. Na Aleje Jerozolimskie wróciliśmy bliżej Ronda Dmowskiego. Ponieważ ulica była zupełnie zatkana, znów weszliśmy między budynki i dotarliśmy do Komuny//Warszawa od strony Wspólnej, tam z kolei z konieczności musieliśmy przejść obok uzbrojonych po pachy żandarmów chroniących kościół św. Barbary. Na widok naszych transparentów ustawili się szczelniej przy bramie wejściowej.

Udostępnij