Władza wie

Blog
05 Mar, 2019

Wygląda na to, że tak zwana afera rzeszowska ma szansę rozejść się po kościach. Przypomnijmy: prezydent Rzeszowa nakazał wstrzymać pracę nad najnowszą premierą w miejskim Teatrze Maska. Właśnie tak: wziął i nakazał. Dyrekcja początkowo położyła uszy po sobie. Raban na całą Polskę podnieśli twórcy spektaklu: Artur Pałyga i Paweł Passini. Odezwały się z ostrymi protestami najważniejsze stowarzyszenia teatralne, ale także i Centrum Myśli Jana Pawła II, które zamówiło pokaz na festiwalu Nowe Epifanie. Więc po kilku dniach szefostwo teatru oznajmiło, że praca będzie kontynuowana. Wolno mieć nadzieję, że premiera dojdzie do skutku bez przeszkód i nie będzie z tego powodu żadnych awantur.

Ale jednak skandaliczne oświadczenia padły. Nikt się z nich nie wycofał. I lepiej się nie łudzić, że gdy teraz o nich zapomnimy, to nigdy już nie wrócą.

Zaczął rzecznik prezydenta, Maciej Chłodnicki. „Dotarły do nas sygnały, że sztuka, która jest przygotowywana w Teatrze Maska, jest kontrowersyjna. Sprawdziliśmy to, bo mamy taki obowiązek – ten teatr nie jest przecież prywatny, tylko należy do miasta. Doszliśmy do wniosku, że sztuka może obrażać uczucia religijne osób pochodzenia żydowskiego oraz katolików, dlatego zapadła decyzja o przerwaniu prac nad spektaklem”. Myślałem sobie, czytając, że gdy będę pisał komentarz, pozastanawiam się drwiąco, co to były za sygnały i na czym polegało sprawdzanie. Czy panowie reaktywowali stare ubeckie podsłuchy w siedzibie Maski? Czy może uruchomili uśpionego agenta, który zaczął raportować, o czym aktorzy mówią w bufecie między próbami?

Aliści okazało się, że coś, z czego chciałem kpić i brać za curiosum, jest bezrefleksyjną normą dla szefa pana rzecznika; dla prezydenta Tadeusza Ferenca, ulubieńca rzeszowian, wygrywającego tu wybory w pierwszej turze. „Ja o tym, że są jakieś kontrowersje w tym przygotowywanym przedstawieniu, dowiedziałem się od swojego zastępcy. On miał sygnały od ludzi. A ci mogli je mieć tylko od samych pracowników teatru, którym ten spektakl się nie podobał. Bo kto inny mógł wiedzieć o tym, o czym jest przygotowywany spektakl?” No to już tyle wiemy: punktem wyjścia był łańcuszek klasycznych donosów. „Zapoznał się pan ze scenariuszem? – pyta dziennikarz „Wyborczej”. – Nie. Nie dostałem scenariusza i dlatego wstrzymałem prace nad tym przedstawieniem. Jak dostanę, zapoznam się z nim, to podejmę decyzję, co dalej. Dodam, że nie chcemy prowadzić z kimkolwiek wojny, nikogo obrażać. I jeśli nie będzie tam takich treści, które naruszają czyjeś dobre imię, obrażają kogoś, to dopuszczam możliwość kontynuacji prac nad tym spektaklem”.

To się jednak w głowie nie mieści. Niemal trzydzieści lat po ustawowym zniesieniu cenzury, przy konstytucyjnej gwarancji wolności słowa, prowincjonalnemu kacykowi wciąż się zdaje, że może, bez żadnego trybu, wydawać teatrowi polecenia, wstrzymywać próby, decydować, co mają grać, a co nie, kazać sobie dostarczać scenariusz, którego zresztą nie zamierza czytać: „Zrobi to mój zastępca, który odpowiada za kulturę. Ja mam tysiące tematów”. Ile w tym nadęcia, ile pogardy dla sztuki, która się ojcu miasta nie mieści w pierwszym tysiącu spraw. „Nie chcę płacić za coś, co obraża ludzi”. Ja! Ja nie chcę. Medyceusz Podkarpacia! Z osobistym gustem artystycznym, a jakże. „Ja lubię bardzo np. komedie. Sztuki historyczne też są wskazane”…

Tadeusz Ferenc ma pezetpeerowską przeszłość. Ale jej nie ma się co czepiać; peerelowskie złogi zamulają łby osób z najbardziej nieoczekiwanych stron. Bo to z Peerelu przecież pochodzi właśnie takie, wdrukowane na dno podświadomości przeświadczenie, że władza swoje wie. Że może się mądrzyć w każdej sprawie, a także siłowo egzekwować swoje mądrości. Albowiem to władza obdarza łaską/niełaską, mianuje i wywala, daje kasę i odbiera, dlaczego więc nie miałaby też rozstrzygać, co jest wartościowe, a co nie? Co jest dobre, co złe? Nie ma co żywić złudzeń: każda władza w takie rojenia o omnipotencji nurkuje chętnie i namiętnie – choć może rzadko wykłada je tak bezpośrednio i tak żenująco, jak imperator miasta Rzeszów w cytowanym wywiadzie.

Pośród tysiąca tematów z dzisiejszej praktyki politycznej, o które trzeba się kłócić i głupotom przeciwstawiać, ten jest, śmiem twierdzić, jednym z pierwszoplanowych. Nie tylko dla artystów. Nie, władzo, każda władzo. Daj sobie spokój z takimi uzurpacjami. Masz przewidziane prawem momenty, kiedy możesz decydować o kształcie sztuki w instytucjach sobie podległych (gdy wybierasz ich dyrektora i ustalasz zasady jego działania). Ale wybij sobie z głowy wtrącanie się na co dzień w to, co teatr ma grać, a czego nie, jak ma komunikować się ze swoim widzem, jakie treści przedstawiać, itd. Po pierwsze nie masz do tego najmniejszego prawa. A po drugie, równie ważne, nie masz do tego najmniejszych kompetencji. Wiedzy, narzędzi. Wrażliwości. Zajmij się tym, do czego jesteś: zarządzaniem i niech ci to idzie jak najlepiej. Ale od ładowania się w sferę wartości – artystycznych, intelektualnych – wara, jesteś na to zwyczajnie zbyt durna. Im prędzej dotrze to do butnych łbów twych żołnierzy, tym lepiej.

JS

Udostępnij