Trzecia tragedia gratis

Piotr Olkusz
Blog
07 sty, 2020

Kiedyś mówiło się „przecena”, dziś mówi się „wyprzedaż”, a już niedługo będzie się mówiło wyłącznie „soldy”. Mało komu przyjdzie wówczas do głowy, że kupuje towar, którego nikt wcześniej nie chciał nabyć, bo albo go źle uszyto, albo wyceniono za drogo. Jedno zresztą często idzie w parze z drugim.

Marketing dobrze zna tę zasadę tworzenia nowych i wyprutych z sensu określeń dla opisania rzeczy i czynności, których pierwotna nazwa może się wydać zbyt prozaiczna. Teoretycy kultury nie raz zresztą opisywali, jak świat biznesu przejmuje nomenklaturę ze świata sztuki, by tylko uczynić prozę życia fałszywie znośniejszą. Któż bowiem nie chciałby być Rembrandtem arkusza kalkulacyjnego Excel, Einsteinem kasy fiskalnej czy wywijać miotłą jak Jackson Pollock pędzlem? Kto, zamiast na oczyszczanie magazynów z tego, czego dotąd nie sprzedano, nie wolałby pójść na „Prywatną przedpremierę selekcji artykułów minus 50%”, na którą barwnymi plakatami zapraszają Galleries Lafayette? Przedpremiera artykułu, który wisi na wieszaku od pół roku, to jednak coś.

Miesza się w głowie, gdy na kolejnych stacjach metra przedpremiery przecen paryskich domów handlowych walczą o uwagę podróżnych z afiszami teatrów kuszących promocjami, nierzadko zresztą w sposób o wiele bardziej nieprzewidywalny, niż robią to piarowcy Lafayette. Théâtre Rive Gauche do plakatów sztuki zatytułowanej Dwa euro dwadzieścia centów podoklejał czerwone paski z napisem „Promocja: szesnaście euro”, więc koniec końców nikt nie wie, na czym ten złoty interes polega. Théâtre de la Gaîté do reklamy spektaklu Menopauza dodał żółty baner „Succès prolongations”, co znaczy mniej więcej tyle, co „Udało się! Potrwa dłużej!”. Jakaś aktorka z Petit Montparnasse pyta z plakatu tytułem swojego spektaklu Czy ja wyglądam na Arletty?, na co promocja teatru odpowiada wielką wlepką: „W styczniu, przekonasz się płacąc 50% mniej”. W Paryżu reklamują się nawet Szalone nożyczki – tam zatytułowane Dernier coup de ciseaux, czyli „Ostatnie cięcie”, co wraz z wyprzedażowym hasłem reklamowym „Les revoilà!” („Oto raz jeszcze na nowo!”) brzmi dość idiotycznie. Jak w styczniu pójdzie się do Théâtre Mélo d’Amélie, to poza przedstawieniem Mam po dziurki w nosie życia w parze dostanie się także „deskę serów lub wędlin” albo „rybkę i napój”. Jednak najbardziej zastanawia promocja Théâtre de la Contrescarpe: ci, którzy wybiorą się na premierę W Poszukiwaniu straconego czasu, zapłacą za bilet tylko połowę ceny. Trzynaście zamiast dwudziestu sześciu euro. Zysk, jak na prywatnej przedpremierze w Galleries Lafayette.

A my właśnie wysyłamy do druku najnowszy numer „Dialogu”. Dwieście sześćdziesiąt stron w cenie dwustu sześćdziesięciu stron. Trzy dramaty w cenie trzech dramatów. Bez kuponów na śledzika i bonów na „selekcję artykułów”. Do sprzedaży trafi w chwili, gdy na co drugiej witrynie z ciuchami będzie wisiał napis: „Ostatnie sztuki sezonu!”. I jak tu przekonać czytelników, że warto wysupłać te dziesięć złotych na „Dialog”? Zwłaszcza, że rok dwa tysiące dwudziesty nasza okładka wita prostym napisem: „praca_praca_”.

Udostępnij

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od roku 2009. Z wykształcenia teatrolog i romanista. Zajmuje się przede wszystkim teatrem francuskim, instytucjonalnymi uwarunkowaniami estetyki teatralnej, rozwojem idei teatru popularnego, a także osiemnastym wiekiem w teatrze i narodzinami nowoczesności. Tłumaczył teksty teoretyczne i literackie (w tym sztuki teatralne). Wykłada w Instytucie Kultury Współczesnej Uniwersytetu Łódzkiego, jest także recenzentem portalu teatralny.pl.