Są granice

Blog
26 wrz, 2018

Znów, jak niegdyś, tkwiłem przed granicznym szlabanem. Nie gdzieś daleko, w egzotyce, na innych kontynentach. Tuż za miedzą. Bułgaria i Rumunia są w Unii, ale nie są w Schengen. A Mołdawia nie jest nawet w Unii i powietrze pachnie tu całkiem poradziecko, niezależnie od okcydentalnych westchnień części społeczeństwa. Ale nie o tym miało być.

Wracał przed oczy obrazek, który za wszelką cenę chciałem zapomnieć. Wracał świat zabłoconych parkingów, krzywych krawężników, zasyfionych wiat, tandetnych bud z napisem „Duty Free”. I sukinsyna w mundurze celnika, który stał nieruchomo przed służbową kanciapą. Stał długo, leniwie przenosząc wzrok z kilku osobówek na jednym pasie przez nasz autobus na drugim po ciężarówkę na trzecim. Napawał się po czubek łysiny tą swoją władzą trzymania podróżnych na baczność wedle woli i kaprysu. Skinął w końcu na ciężarówkę. Potem ochrzanił szofera jak fornala za to, że tamten przejechał dwa metry za daleko i wykroczył poza białą linię. A na koniec przylazł do autobusu, zebrał paszporty do skanowania, na uniżone pytanie, czy w czasie oczekiwania można skorzystać z toalety (czyli obsranego oczka w baraku gdzieś w krzakach), powiedział „nie” i poszedł.

Wiem, że i w Polsce można trafić na takie sceny na wschodnich granicach. Nie jeżdżę tamtędy i bezgranicznie jest mi wstyd, że moje wolne państwo nie zajęło się okiełznaniem radosnego chamstwa celników i pograniczników. Bo dla mnie w tym obrazku z przejść granicznych zawiera się zawsze samo sedno zniewolenia. Streszczającego się właśnie tak: marni ludzie dostali małą bo małą, ale potencjalnie dokuczliwą, niekontrolowaną władzę i się tą dokuczliwością pysznią, upajają, poniżając brutalną nonszalancją bezsilnych petentów. Dalibóg wolę już przygodę na granicy pomiędzy Kostaryką i Nikaraguą, gdzie ruszając pieszo z normalnego (w miarę) kraju trafiłem po drugiej stronie na powitalną tyralierkę uzbrojonych po zęby żołnierzy. Tam witała mnie soldateska, tu – jedynie swojska swołocz.

Ach, przegonić przez granicę naszych ogarniętych godnościowym wzmożeniem rodaków. Tych wszystkich specjalistów od okrzyków „Polska dla Polaków” i „niech się Unia od nas odp…”, miłośników wstawania z kolan i „Europy ojczyzn” nieświadomych, że ta Europa w wymarzonym przez nich kształcie przy pierwszej okazji postawi szlabany na przejściach i będzie selekcjonować podróżnych. Odróżniając swoich i obcych, tyle że my będziemy swoi tylko po jednej stronie. Po drugiej – hajda do kolejki i morda w kubeł. Ale byłby szok! Starzy by sobie przypomnieli, a młodzi zobaczyli, jak głęboko potrafi upokorzyć pogardliwy uśmieszek pogranicznego zupaka, nikczemna bezduszność, wystawiona z boku łapa w wyrazistym geście.

Głupku – stuknąłem się w głowę, gdy paszporty wciąż nie nadchodziły – oni tylko wzruszą ramionami. Co za sprawa? Że trzeba parę godzin grzecznie zmitrężyć, do kogoś się przymilić, komuś wsunąć banknot w paszport? Norma, tak było zawsze. Swojskie, oswojone. Jest się czym przejmować?

JS

Udostępnij