Po co wstaje słońce?

Małgorzata Semil
Blog
25 lut, 2020

Wciąż się uczę, jak to tłumacz. Uczę się jadąc tramwajem, uczę się w autobusie i w samolocie też się uczę. Uczę się robiąc zakupy na bazarze i oglądając telewizję, także w kolejce do lekarza. Inaczej skąd bym wiedziała, że „daj dwójce fryzjerkę” znaczy „podaj chemię pacjentce na drugiej leżance”? Albo, że brak delecji pewnego genu znaczy brak refundacji – dostępnej w całej Unii Europejskiej – skutecznej terapii na jedną z chorób onkologicznych?  Uczę się więc z autopsji i z fachowych publikacji, poznaję rozmaite dziedziny życia i nauki. To konieczna przyjemność, by postaci nie plotły kompromitujących bzdur. Przy Kopenhadze uczyłam się o zasadzie nieoznaczoności, przy W roli Boga o transplantacji serca, a przy Glengarry Glen Ross o handlu nieruchomościami. Nie do przecenienia są konsultacje specjalistów; przy Normalnym sercu moją wiedzę o wirusie HIV zechciała zweryfikować profesor Zofia Kuratowska.

Rzecz jasna bezcenny jest internet. Pracując teraz nad sztuką, która dzieje się w St. Louis, wirtualnie zwiedzam miasto, poznaję realia, do których odwołują się postaci, a także czytam miejscową prasę i blogi. Wynika z nich, że różnice obyczajowe między Południem a Jankesami, jeszcze sprzed wojny secesyjnej, przetrwały do dzisiaj. Są w kodach kulturowych i w języku – o czym rozpisują się uczestnicy blogów. I tak na przykład istnieje życzliwie brzmiąca fraza, która w wykonaniu południowca – zależnie od intonacji – wyraża pogardę, politowanie lub jest stwierdzeniem czyichś mankamentów intelektualnych. Jankesi się na nią nabierają, podobnie jak nie czują, że tak zwany „jędrny język” na Południu nie ma racji bytu. Znajoma z Nowego Jorku mi opowiadała, że wagon w tramwaju, którym jechała w St. Louis, dziwnie opustoszał, kiedy jej nastoletnia córka rzuciła kilkoma „fakami”. Na Południu kobiety nie używają takich słów, nawet ich nie znają. Są dobrze ułożonymi panienkami z dworku – jak by się u nas powiedziało. Blogerzy wykpiwają ignorancję i brak obycia Jankesów oraz przerzucają się zwrotami i idiomami, których nikt na Północy nie rozumie.  Niektóre są bardzo barwne, ale całkiem nieczytelne bez znajomości kontekstu, na przykład – w dosłownym tłumaczeniu (czego nie należy robić) – „za biedny, żeby spalić mokrego osła”.  Inne są klarowne i może warte przyswojenia. Każdy chyba zrozumie sens stwierdzenia, „że ktoś uważa, iż słońce wstaje tylko po to, by usłyszeć jak on pięknie pieje”. Ja to kupuję.

Udostępnij

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od 1966 roku. Tłumaczka. Absolwentka Wydziału Filologii Angielskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Pełniła funkcję kierownika literackiego Teatru Powszechnego w Warszawie. Współpracuje z Międzynarodowym Instytutem Teatralnym. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Jest współautorką „Słownika współczesnego teatru". Przetłumaczyła na język polski kilkadziesiąt sztuk autorów angielskich, amerykańskich, australijskich, afrykańskich i irlandzkich.