Pętla

Dorota Jovanka Ćirlić
Blog
06 paź, 2020

Rynek Nowego Miasta. Lata sześćdziesiąte. Pętla autobusu 125 (Gdzie ten autobus teraz jeździ? Chyba na Mokotów. Dlaczego oni wciąż to, co dobre, zmieniają?) 

I nagle wtedy na rynku kino WARS. Takie staroświeckie, drewniane fotele skrzypiały, lampki po bokach sali lekko przymglone, w powietrzu wirował kurz. Ale film doskonale było widać, bo rzędy krzeseł pięły się lekko w górę. Ciemność. I nagle: kronika filmowa i słynny głos – nie, nie Andrzeja Łapickiego. Włodzimierza Kmicika. Ktoś to pamięta?

To kino było intymne. Oglądanie filmów (jestem kinomanką) kojarzy mi się z intymnością właśnie, a nie z chrzęstem popcornu gryzionego wokół.

Przeszłość wspomina się z nostalgicznym rozczuleniem, wiadomo. Chyba że coś się strasznego wydarzy. Mnie zniszczono kilka kin: kino WARS, kino SKARPA, które też powstało w latach sześćdziesiątych i tam odbyła się premiera Człowieka z marmuru. Zniknęły jeszcze inne kina, na przykład PRAHA, ILUZJON. Po RELAKSIE nie czułam żalu.

Teraz wzięli się za kino ATLANTIC. Przypomnijmy: najstarsze istniejące do dziś kino Warszawy. Otwarto je w lutym 1930 roku. Dociekliwi, szperający w historii, dowiedzą się, że podczas II wojny światowej kino zostało zdewastowane, ale – uwaga! – budynek ocalał. Potem (nie tak znowu dawno) przeszedł remont, a kino modernizację. Teraz kino ma się świetnie, ale, no proszę, kino znów musi „iść do remontu”, bo trzeba inny budynek w tym miejscu wybudować. Centrum miasta. Taka lokalizacja. Łakomy kąsek.

W końcu lat pięćdziesiątych, kiedy zdecydowano o tak zwanej neonizacji miast, słynny neon kina Atlantic zaprojektował (dokładnie w 1959 roku) Tadeusz Rogowski, lwowianin, absolwent prawa i dziennikarstwa, który prywatnie uczył się rysunku, i w końcu został najciekawszym „neoniarzem”, jak się wtedy mówiło.

Po kinach, które znaliśmy, najwyraźniej – choć wciąż mam nadzieję, że nie tylko – zostaną nam neony. Z wisielczym humorem powiem: dobre i to. Wszystkie trafiły już do muzeum? Nie pamiętam, żeby minister kultury coś tak ważnego dla naszej wyobraźni (i przeszłości) otwierał. Jestem wzrokowcem, zatem jeśli to odbyło się po cichutku, mogłam nie usłyszeć. A przecież muzeum istnieje, powstało spontanicznie.

Przypomniałam sobie jedną z opowieści Agathy Christie o detektywie Poirot (w wersji filmowej). Typowo angielski film, a raczej spektakl. Cisza, zieleń, woda. Jakiś kanał w środku miasta. I Poirot ze swoim przyjacielem po kolejnej rozwiązanej kryminalnej zagadce puszczają na wodę łódeczkę z białym żaglem.

Zazdroszczę im tego spokoju. Nie, nie chodzi mi o angielski spokój. Zresztą Poirot podkreśla zawsze, że jest Belgiem. Po prostu zazdroszczę im spokoju. Choćby w kinie.

Udostępnij

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od  1977 roku. Zajmuje się polską dramaturgią oraz teatrem bałkańskim. Z wykształcenia magister filologii polskiej. Debiutowała w 1976 roku jako tłumacz literatur, teraz już byłej, Jugosławii. Od 1989 należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Współpracowała bądź współpracuje z czołowymi czasopismami polskimi. Przetłumaczyła ponad trzydzieści książek prozatorskich i tyleż sztuk teatralnych. Spolszcza także poezję i eseistykę. W 1998 roku otrzymała nagrodę Stowarzyszenia Autorów ZAiKS za najlepszy przekład w dziedzinie dramaturgii, w 2013 nagrodę za całokształt pracy translatorskiej.