Krzysiek z osiedla

Jacek Sieradzki
Blog
20 kwi, 2021

„A to niespodzianka” – mówili mi prominenci polskiej sceny piętnaście lat temu na katowickich Interpretacjach, a oczy mieli okrągłe jak spodki. Bo z nieznanej im Legnicy przywiozłem wtedy Made in Poland, debiutancki spektakl reżysera filmowego Przemysława Wojcieszka. Balladową opowieść o polskiej prowincji, strasznej i śmiesznej, niby to brutalnie gangsterskiej, ale i rozbrajająco, absurdalnie naiwnej. Trochę jak u Tarantino czy u braci Coen. Z bohaterem, z którym nikt rozsądny nie chciałby spotkać się na ulicy, a tak naprawdę sentymentalnym romantykiem; o jego poczciwą, choć i bejsbolową duszę walczyli niczym Naphta z Settembrinim nawiedzony mistycznie ksiądz i zapijaczony nauczyciel recytujący z pamięci całego Broniewskiego. Grali Eryk Lubos, Janusz Chabior, Przemysław Bluszcz, których polskie kino miało dopiero poznać, ale i Anita Poddębniak czy Bogdan Grzeszczak, których w sumie nie poznało, a szkoda. 

Wojcieszek rozbił wtedy w Katowicach bank „woreczków” – indywidualnych nagród przyznawanych reżyserom; ich kumulacja dawała festiwalowy Laur Konrada. Kupił jurorów dynamicznym obrazem, w którym oczywiście roiło się od klisz i schematów fabularnych, ale przemyślnie poodwracanych, by tak rzec zrewitalizowanych, nade wszystko ożywczo przekłuwanych ową ciepłą śmiesznością. Co dawało w sumie widowiskową bajkę, która jednak o całym tym świecie betonowych osiedli na obrzeżach średnich miast mówiła sporo, jeśli się komuś chciało odsączyć mitologizujące filtry.

Był w tym świecie niekwestionowany król. Zwali go familiarnie „Krzysiek”. Każdy zbierał jego płyty, gangster, dres, belfer, sprzątaczka. Każdy znał jego piosenki na pamięć. Które były zresztą czymś więcej, niż przebojami, były hasłami porozumiewawczymi, kodem spajającym różne kręgi uniwersum. Co powodowało nieoczekiwane zwroty akcji: jak groźny bandzior miał zaj… bejsbolowego buntownika, który zniszczył mu samochód, skoro wyszło na jaw, że ów też jest „fanem Krzyśka”? Muzyki idola w samym spektaklu nie było. Ale po przedstawieniu Krzysztof Krawczyk ukazywał się wychodzącym widzom w formie projekcji na nagiej ścianie bloku czy to na legnickich Piekarach, gdzie przedstawienie grane było na co dzień, czy na Nikiszowcu, podczas katowickiego pokazu. Śpiewał, a przedtem pozdrawiał i naturalnie monarszym gestem brał poddanych pod swą opiekę i patronat. 

Publiczność festiwalowa była zadziwiona i zafascynowana, jurorzy przy wręczaniu woreczków gratulowali reżyserowi euforycznie. O sukcesie z pewnością decydowała klasa widowiska. Ale i, bądźmy szczerzy, także jego egzotyka. Niespodziewanie atrakcyjna wizyta na terenach, na które się na co dzień nie zagląda.

Obraz idola przemawiającego ze ściany blokowiska wrócił do mnie parę tygodni temu, gdy polskie media żegnały Krzysztofa Krawczyka i mówiły o nim, właściwie unisono, tonem jakby wyjętym z tamtego przedstawienia. Jako o kimś, kto dostarczał kod porozumienia, spajał w sympatii najróżniejsze generacje i środowiska. Przydawał blasku – swojego, swoistego – niepięknej powszedniości. I smutno mi się zrobiło, że niewiele mamy w pamięci, przynajmniej scenicznej, takich przedsięwzięć jak Made in Poland. Penetrujących ową niepiękną powszedniość bez szukania patologii, bez dołowania, bez cienia artystowskiego paternalizmu. Przeciwnie: z trzeźwym dystansem, z humorem, z przyzwoleniem na naiwność, z szukaniem fajnych ludzkich cech (niechby w nieoczekiwanych okolicznościach) i podawaniem ich na widowiskowy stół, rzecz jasna w odpowiednich przyprawach, żeby nie wyszło mdło. Z elementarną świadomością, że sztuka popularna ma przecież swoją wagę w ochronie społecznego zdrowia. Im cięższe czasy, tym większą. 

Nagranie legnickiego spektaklu można bez trudu znaleźć w Internecie. A Przemysław Wojcieszek jest dziś w innym miejscu. Ale znów robi teatr, pisze sztuki. Jedną z najnowszych publikujemy w kwietniowym numerze. Polecam.

Udostępnij

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od 1984 roku. Od 1991 roku – redaktor naczelny. Krytyk teatralny. Ukończył Wydział Wiedzy o Teatrze Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. W latach 1986–2002 był stałym recenzentem „Polityki”, w latach 2003–2011 pisał w „Przekroju”. Był pomysłodawcą konkursu na scenariusz festiwalu teatralnego w Katowicach, a potem dyrektorem artystycznym kilku edycji Festiwalu Twórczości Reżyserskiej „Interpretacje”. Koordynator merytoryczny Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Dyrektor artystyczny Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port w Gdyni.