Kolektywy

Blog
27 cze, 2018

Instytut Teatru i Sztuki Mediów na UAM we współpracy z Festiwalem Malta zorganizował konferencję Kolektywy teatralne, artystyczne i badawcze. Przez cały dzień rozmawialiśmy o różnych formach i tradycjach związanych z kolektywami działającymi sztuce i w badaniach naukowych. Nie tylko w Polsce, bo konferencję otwierał panel z udziałem Flamandów: Jorisa Janssensa, Jana Lauwersa i Lisaboi Houbrechts. Silne kolektywy z silnymi liderami (często bardziej znanymi niż grupy, które współtworzą) to szeroki nurt flamandzkiej kultury. Needcompany, kuratorzy tegorocznej Malty, to światowa marka, z czym mówiący o tym Lauwers wcale się nie krył.

W Polsce kolektywy to ciągle zjawisko niszowe. Jakiś czas temu w „Didaskaliach” (nr 137, 2017) Monika Kwaśniewska opisywała tę tendencję: „tworzenie na zasadzie płynnych kolektywów, po części stałych, po części zawiązujących się na potrzeby danego projektu, w obrębie których tradycyjna dystrybucja ról i funkcji zostaje przynajmniej częściowo zawieszona, tak że wszyscy członkowie procesu twórczego są jego autorami”. Tym razem autorka mówiła o aktorach i aktorkach wchodzących w pracę kolektywną, jednocześnie pracujących w instytucjonalnych teatrach.

Intuicyjnie kolektywom cały czas przeciwstawiane były instytucje teatralne – hierarchiczne, twardo rozdysponowujące role w tworzeniu spektakli, często przemocowe. Reprodukujące – jak mówił Lauwers – a nie produkujące repertuar. Oczywiście kolektywny system pracy daje większą wolność twórcom; pozwala na łatwe przekraczanie granic między teatrem, sztukami wizualnymi czy praktyką artystyczną a refleksją uniwersytecką. I tego chyba też szukają kolektywy w Polsce. Jednak w Polsce wyjście poza instytucje jest dużo trudniejsze. Budżety teatrów instytucjonalnych wciąż dają możliwość komfortowej pracy, czego nie są w stanie zapewnić granty na jednorazowe produkcje pokazywane z reguły ledwie kilka razy. O schizofreniczności tej sytuacji też była często mowa.

Czym właściwie jest kolektywność i czym różni się od zespołowości – nie udało się jednoznacznie ustalić. Jednak nie o definicje chyba chodzi. Kolektyw – zwłaszcza w polskiej tradycji – jest określeniem dość silnie nacechowanym: wiadomo – kolektyw to pojęcie skompromitowane, bo kolektywizacja, komuna, Stalin, gułagi i co tam jeszcze najgorszego. Kulturalni ludzie nie powinni więc takich słów używać, zastępując je na przykład właśnie zespołowością, co już tak nie rani uszu. To w znacznym stopniu pokoleniowe.

Słowa zwykle są nacechowane emocjonalnie; mają pewien naddatek. Więc dlaczego go nie wykorzystać? Bo przecież słowo kolektyw nie jest politycznie neutralne. W pojęcie kolektywu wpisana jest agenda lewicowa – równościowa, niewykluczająca. Już choćby dlatego trzeba to pojęcie odzyskać.

I nie chodzi o żadne definicje.

 

W konferencji zorganizowanej przez Stanisława Godlewskiego, Ewę Guderian-Czaplińską i Agatę Siwiak wzięli udział między innymi: Joris Janssens, Jan Lauwers, Lisaboa Houbrechts, Katarzyna Tórz, Justyna Sobczyk, Michał Borczuch, Anna Smolar, Stanisław Godlewski, Justyna Michalik, Piotr Morawski, Monika Kwaśniewska, Jakub Skrzywanek, Michał Krawczak, Agata Siwiak, Zofia Smolarska, Małgorzata Jabłońska.

PM

Udostępnij