Grać aby żyć

Jacek Sieradzki
Blog
27 paź, 2020

Zadzwonili, że aktor miał koronawirusa. Powiedzieli to, co powinni powiedzieć. Żeby uważać, czy nie pojawia się coś niepokojącego i żeby liczyć się z możliwością telefonu z sanepidu. Sanepid oczywiście nie zadzwonił, objawów nie mam. Siedziałem na malutkiej scenie, ale w trzecim rzędzie, odległość od aktorów to zawsze co najmniej cztery-pięć metrów, o zarażeniu drogą kropelkową podczas spektaklu raczej nie było mowy. 

A przed spektaklem zachowywali się – panowie i panie z obsługi – modelowo. Widzowie spływali do foyer pomieszani, niepewni, a niekiedy też rozdrażnieni i zniecierpliwieni. Bo to nie ma szatni, i trzeba z kurtką, trzeba w maseczce, choć duszno, do wypełnienia są oświadczenia, czasami podpisuje się parę linijek, a czasami trzeba przeczytać gęstą stroniczkę tekstu. Gospodarze reagowali znakomicie, rozbrajając napięcia, ale i zachowując taki szczególny rodzaj rozsądnej powagi, bez celebry i napawania się porządkową władzą, acz i bez żadnego porozumiewawczego „wiecie, że musimy, takie są przepisy”. Jakby ktoś ich nauczył – ale nie sądzę, żeby ktoś uczył, sami instynktownie to wiedzieli – że nie ma nic ważniejszego nad to, iżby spektakl – ten i kolejny – się odbył, więc zróbmy wszyscy skrupulatnie co należy, by było to możliwe. 

Na teatralnej mapie Polski codziennie zapalają się czerwone światełka: tu wykryli zarazę, tam się muszą zamknąć na dwa tygodnie. Ale też inne światełka gasną – bo gdy tylko jest to możliwe, często w pierwszym dniu po odbytej kwarantannie, wracają do grania. Wbrew rachunkowi ekonomicznemu, tu i ówdzie też, jak słyszę, przy zaniżonych stawkach, niekiedy po prostu wbrew zdrowemu rozsądkowi. Z takim, jak podejrzewam, cichym szeptem z podświadomości, że jak przestaniemy, to już przestaniemy. Z głębokim lękiem, którego nie ma co uzasadniać racjonalnie, ale i niepodobna go zignorować, bo jest faktem. Hasło „grać aby żyć” z dnia na dzień gubi swoją patetyczną przesadę, staje się istotą codzienności.

Trzeba z nimi być. Jeśli się ma choć trochę ciepłych uczuć dla ich sztuki, należy iść, wypełniać te miniaturowe widownie, zredukowane do dwudziestu pięciu procent krzeseł. Bo i z tym są kłopoty, nawet w teatrach, które raczej nie narzekały na frekwencję. Niezdeterminowani widzowie się boją. I wszelkie zdroworozsądkowe przekonywania – że tę wredną kuleczkę z wypustkami po stokroć łatwiej złapać w sklepie i w tramwaju, a teatralne zabezpieczenia powinny być filmowane i demonstrowane jako wzór do naśladowania – w znacznej mierze wlecą jednym uchem, wylecą drugim. Nie ma na to rady. Trzeba samemu.

Objeżdżając kawałek teatralnej Polski zauważyłem w jednych teatrach – a w innych nie, więc to nie środowiskowa akcja, tylko spontaniczne odruchy – że aktorzy przy ukłonach zaczynają klaskać widzom, a czasami wprost dziękują im ze sceny za samo przyjście. Stare słonie mają uraz wobec tego gestu: w obyczajach teatru radzieckiego, nam na szczęście nieskutecznie narzucanych, towarzysze widzowie klaskali po spektaklu towarzyszom artystom, a towarzysze artyści towarzyszom widzom i była rytualna równość. Ale to dygresja tylko, kto to zresztą pamięta? Dziś po prostu wypada na wdzięczne spojrzenie ze sceny sobie zasłużyć. Wypada i warto.

PS Z innej beczki: serdeczne pozdrowienia dla Julii Holewińskiej, którą zgarnęło ZOMO z manifestacji pod domem pierwszego sekretarza PZPR, czy jak tam się nazywa przewodnia siła narodu.

Udostępnij

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od 1984 roku. Od 1991 roku – redaktor naczelny. Krytyk teatralny. Ukończył Wydział Wiedzy o Teatrze Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. W latach 1986–2002 był stałym recenzentem „Polityki”, w latach 2003–2011 pisał w „Przekroju”. Był pomysłodawcą konkursu na scenariusz festiwalu teatralnego w Katowicach, a potem dyrektorem artystycznym kilku edycji Festiwalu Twórczości Reżyserskiej „Interpretacje”. Koordynator merytoryczny Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Dyrektor artystyczny Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port w Gdyni.