annette.jpg

"Annette", reż. Leos Carax (2021)

Esej wizualny prosto z Cannes

Joanna Krakowska
Blog
14 wrz, 2021

Koniec wakacji. Na pewno ktoś będzie chciał nam wmówić, choćby to był głos wewnętrzny, że trzeba przystopować z serialami, że koniec z nocnymi maratonami, a nowości filmowe nadrobimy… kiedyś. Można tę logikę odwrócić.

Nadrabiać trzeba szybko, bo świat nie czeka, a szkoda tracić błyskotliwe weń wglądy akurat na tym etapie. Bo następny może być już do ogarnięcia tylko topornym kinem gatunkowym. Nie każdy zaś lubi katastroficzne filmy grozy. A seriale prawnicze i owszem. Bądź co bądź każda kolejna, lepsza czy gorsza, seria Sprawy idealnej (HBO) zawsze pokaże, w jaki akurat kozi róg daliśmy się zapędzić w konfliktach sprzecznych wartości. A zanim rok akademicki rozkręci się na dobre, Pani dziekan (Netflix) już leci z pomocą, byśmy mogli się połapać, co tam czeka na nas w Alma Mater: kto jest nie do ruszenia, kto wiecznie robi polityczne wygibasy, kto myśli, że wszystko mu ujdzie na sucho, a komu skończyło się poczucie humoru i zrobi aferę o byle żart. To diagnoza uniwersalna o tyle, że odzwierciedla aktualny stan mentalny hierarchiczno-pokoleniowo-genderowej struktury akademii.

Gdybyśmy jednak potrzebowali, by pozostać w szkolnym klimacie, materiału na zajęcia, pomocy naukowej, konspektu pracy na stopień albo notatek do referatu na konferencję kulturoznawczą – to jest akurat w kinach. Annette w reżyserii Leosa Caraxa to pozornie „muzyczny dramat psychologiczny”, jak go reklamują, a faktycznie – wielki esej wizualny, próbujący zmierzyć się z definicją, ilustracją, syntezą i egzemplifikacją świata, w jakim żyjemy, zwanego „kulturą”. Wszystko tam jest we wzajemnym uwikłaniu, symbiotycznych i pasożytniczych relacjach, intertekstualnościach i międzygatunkowej wymianie: baśnie i kino grozy, musical i melodramat, kryminał i stand up, opera i eksperyment, tabloidy i poezja, telewizja i teatr lalek, stadionowa rozrywka i sztuka kameralna, animacja, nowe technologie, muzyka, taniec i śpiew, niskie, wysokie i wyższe. A poza tym namiętności, które napędzają od wieków cały ten korowód i tematy, które go aktualizują – w tym wypadku to #metoo i echa terapeutycznych dyskursów.

Można by wyliczać dalej, bo w krwioobiegu tego filmu krąży całe mnóstwo modułów, których składanie i eksploatacja wytwarzają energię zasilającą kulturę we wszelkich jej przejawach. Te złożenia budzą zarówno radość i wzruszenie, jak i nudę. Jestem przekonana, że wielkie syntezy – dotąd zamykane w encyklopediach, opasłych historycznych tomach, obowiązkowych podręcznikach – powinny być pisane, pardon: kręcone albo montowane właśnie tak.

Udostępnij