Copyright na tęczę

Piotr Olkusz
Blog
11 sie, 2020

Jean-Charles de Castelbajac to maniak kolorów. A w ogóle to jeden z największych francuskich projektantów mody ostatnich dekad. Paryż lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych raczej go nudził. Dobrze się wtedy bawił w Londynie: z Malcolmem McLarenem od zespołu Sex Pistols oraz z Vivienne Westwood od butiku z witryną udekorowaną napisem „Sex”. Napisem, którego brytyjska telewizja nie miała odwagi pokazywać z obawy przed skandalem, mimo że nikomu w BBC nie przeszkadzały kadry z wnętrza sklepu, ozdobionego zdjęciami zbombardowanego przez Luftwaffe Londynu. Punkrockowiec de Castelbajac projektował wówczas jedwabne sukienki z wielkim portretem Jimmy’ego Hendrixa i dwuosobowe poncza dla zakochanych „z dzielącym strój na pół zamkiem błyskawicznym na wypadek rozwodu”. A później jeszcze spotkał Basquiata, który właśnie podbijał galerie pracami inspirowanymi ulicznym graffiti i afrykańskim folklorem, zafascynował się popartem Keitha Haringa, czyniąc z wielu prac tego zmarłego w 1990 roku na AIDS artysty punkt wyjścia do własnych projektów. 

W 1996 roku kardynał Paryża Jean-Marie Lustiger poprosił Castelbajaca o przygotowanie oprawy wizualnej do  Światowych Dni Młodzieży mających się odbyć rok później we Francji. Tak powstały tęczowe ornaty dla czterystu biskupów koncelebrujących planowaną mszę. Jedną z tych szat można oglądać dziś w klasztorze w Henrykowie, choć podpis w tamtejszej gablocie jest chyba nieprecyzyjny; to raczej nie był ornat papieski. Dla Jana Pawła II Castelbajac zaprojektował felonion w krzyże w kolorach tęczy i do ostatniej chwili projektant nie wiedział, czy papież się w niego ubierze. Ubrał się. A potem powiedział do Castelbajaca, że „umiał użyć koloru, by scementować wiarę i nadzieję”, co projektant – mimo upływu lat i zmiany poetyki podobnych wypowiedzi – powtarza chętnie do dziś.

​Castelbajac dobrze wiedział, że tęcza jest symbolem środowisk homoseksualnych. I choć jego kolorowe pasy różniły się liczbą i barwą od tych, ustawionych w szereg przez Gilberta Bakera (poprzestał na pięciu, zamiast ośmiu), choć przypisywał im inne treści (mówił między innymi o pięciu kontynentach), i choć zdradzał inne inspiracje (najczęściej biblijne), to jednak sprawa nie dawała mu spokoju. „Bo wie, wasza świętobliwość – mówił do Lustigera – tęcza to także flaga LGBT”. „Nikt nie ma copyrightu na tęczę” – uciął kardynał i zlecił szycie ornatów.

​„Libération” nie bez ironii opisywał reakcje biskupów na nowe stroje. Jedni wkładali je wierzchem do wewnątrz i z haftowanej tęczy robiła się biało-czarna zebra. Inni myśleli, że to tylko peleryny przeciwdeszczowe i, jak turyści, nakładali je na kurtki i plecaki, przez co – pisał „Libération” – wyglądali jak Quasimodo. Jeszcze inni ornaty Castelbajaca zakrywali kapami przywiezionymi z rodzimych diecezji. W końcu Lustiger wydrukował instrukcję, jak się ubrać w tęczę; trochę taki „Vogue” dla duchownych. Pomogło. Mszę na Polach Marsowych koncelebrowali biskupi w tęczy. Złośliwi pisali o największym pokazie mody lub spektaklu w Technikolorze i o podobieństwach z tańcem siedmiu zasłon Salome. Ale ornaty przeszły do historii. Tęcza stała się dla Castelbajaca tym, czym pepitka dla Coco Chanel: znakiem rozpoznawczym, nawet jeśli współdzielonym z innymi właścicielami.

​„Wiem, jestem żywą prowokacją” – pisał o sobie kardynał Lustiger, odnosząc się w pierwszej kolejności do swoich żydowskich korzeni. „Ta prowokacja jest dla Kościoła zbawienna” – dodawał. Wiedział również, komu w 1996 roku dawał to zlecenie (może Castelbajac też był dla niego uosobieniem „żywej prowokacji”?). A przecież ani jednemu, ani drugiemu w tym geście przesunięcia punktów ciężkości nie chodziło o wywołanie skandalu. Może kluczowy był tu klimat lat dziewięćdziesiątych? Wszystko w Europie wydawało się możliwe. Bezrobocie nie dawało się nadmiernie we znaki, zadłużenie nie spędzało snu z powiek, Unia szykowała się do rozszerzenia, poparcie dla skrajnej prawicy i skrajnej lewicy nie rosło, mało kto straszył islamem. Po zimnej wojnie, po klęsce komunizmu i możliwym wreszcie poluzowaniu zależności od Stanów Zjednoczonych, Europa, zwłaszcza Francja, wierzyła w trzecią drogę. Nieufną wobec ekonomicznego liberalizmu, świadomą utopii komunizmu. Stwierdzenie Lustigera, że nikt nie ma copyrightu na tęczę, nie było prowokacją wobec środowisk LGBT czy kościelnych tradycjonalistów. Stała za nim kluczowa dla trzeciodrogowej myśli lat dziewięćdziesiątych niezgoda na świat zbudowany z własności na wyłączność, z patentów i copyrightów, które można sprzedać lub kupić, albo których posiadaniem można szantażować – jak bombą atomową lub lekiem dla nosicieli HIV.

​Dziś, gdy tak niewiele wydaje się możliwe, gdy tonącymi w morzu uchodźcami można straszyć, a jeszcze nie wynalezioną szczepionkę na COVID próbuje się spieniężać, gdy prawo do pokazania w teatrze Kubusia Puchatka trzeba kupić od Disneya, zaś zgodę na mówienie ze sceny o postaciach Jeżycjady nabyć od Małgorzaty Musierowicz, gdy symbolika posągów Chrystusa i Kopernika ma swoich właścicieli, zaś tęczę można sprzedać na bessie wartości lub kupić, zależnie od tego, kto nią macha i jaką mamy rocznicę, ornaty Castelbajaca należałoby może przeanalizować inaczej, niż tutaj to zrobiłem. W pierwszej kolejności trzeba by ustalić, do kogo należy copyright na krzyż i ornat, a do kogo na tęczę i jej barwy: dziś inaczej rozmawiać się nie da.

Udostępnij

W zespole redakcyjnym „Dialogu” od roku 2009. Z wykształcenia teatrolog i romanista. Zajmuje się przede wszystkim teatrem francuskim, instytucjonalnymi uwarunkowaniami estetyki teatralnej, rozwojem idei teatru popularnego, a także osiemnastym wiekiem w teatrze i narodzinami nowoczesności. Tłumaczył teksty teoretyczne i literackie (w tym sztuki teatralne). Wykłada w Instytucie Kultury Współczesnej Uniwersytetu Łódzkiego, jest także recenzentem portalu teatralny.pl.