Cep i szpile

Blog
22 cze, 2018

Zdarza mi się, że oglądając spektakl oparty (jak to się dzisiaj mówi) na sztuce, którą przetłumaczyłam, między kurwami, chujami i pierdoleniem słyszę co jakiś czas moje słowa. Rozumiem, że życie codzienne oswoiło nas z prostactwem i wulgarnością, że aktorom czasem ta kurewska proteza pomaga budować lub eksponować emocje. Rzecz jasna, dosadność na scenie bywa bardzo potrzebna i znacząca, tyle że nie na okrągło. Hojnie rzucane mięso jest często sprzeczne z intencją autora, nie odpowiada środowisku, poziomowi wykształcenia, statusowi społecznemu postaci, jak również nie pasuje do konwencji wynikającej z czasu i miejsca akcji. Bluzg dewastuje nasączone jadem szpile misternie wetknięte w zwyczajny dialog; a tym samym spłaszcza go i de facto zaciera proces narastania napięcia miedzy postaciami.

Zastanawiam się, czy jest to kwestia obyczaju, czy języka.

Dostałam niedawno list od pewnej prawniczki angielskiej. Był niesłychanie grzeczny i elegancki, a zarazem obelżywy. Autorka dosłownie zmieszała mnie z błotem. Przesłanką do napisania go była jej pomyłka, więc zamiast zapaść się pod ziemię, zastanowiłam się nad sztuką takiego łączenia formy z treścią. Odpowiedziałam, korzystając z jej metody i pani mecenas musiała przeprosić.

Przy okazji przypomniały mi się słowa mojego nieżyjącego już profesora, znanego mizantropa, który z radością chodził na rady wydziału, bo „tylko tam, wśród naukowców, ludzi inteligentnych można naprawdę komuś przywalić, nie mówiąc niczego wprost”.

MS

Udostępnij