Autopoklask

Blog
09 kwi, 2019

 

Klaskaniem mając obrzękłe prawice
Znudzony pieśnią lud wołał o czyny.

Cyprian Kamil Norwid

 

Stowarzyszenie umarłych poetów, i film Petera Weira, i sztuka Toma Schulmana to, jak wiadomo, rzecz o groźbie konformizmu. Sumienia uczniów elitarnej szkoły są łamane bezlitośnie i skutecznie, ale chłopcy w ostatniej scenie, w sytuacji beznadziejnej, zdobywają się jednak, ryzykując szykany, na gest poparcia sekowanego nauczyciela. Na premierze w warszawskim Och-Teatrze młodzi aktorzy wręcz nie byli w stanie dokończyć finałowej sekwencji. W ich kwestie wdarły się gwałtowne, burzliwe oklaski. Jakby premierowy establishment odczuł en bloc głęboką potrzebę demonstracyjnego wykrzyczenia i wyklaskania całemu światu: my też, patrzcie, my też jesteśmy nonkonformistami.

Być jak Beata Piotra Domalewskiego i Żelisława Żelisławskiego to opowieść o castingu do filmu o zespole Bajm, na który mają zgłaszać się tak zwani zwykli ludzie, zakochani w twórczości Beaty Kozidrak. Miało być chyba reportersko i czule choć krytycznie, wyszło paternalistycznie i kpiąco, aliści publiczność szczecińskiego Współczesnego bynajmniej się dyktowanej poetyce nie podporządkowała. Gdy uczestnik castingu zwany Chłopakiem od disco ruszył tyradą „Ja się proszę pana uważam za Polaka. I nic mnie tak nie nerwuje, jak to pieprzenie, że coś musi być na poziomie europejskim, na zachodnim poziomie, na światowym poziomie… a gdzie jest nasz kurwa poziom? Polski? […] Tu jest Polska i stąd pochodzi disco polo. Nie ma się czego wstydzić. To jest kurwa nasze” – publiczność i jemu nie pozwoliła dokończyć monologu. Huraganowa owacja wzbiła się pod sufit.

To coś nowego. Widownia wychowana jeszcze na peerelowskim teatrze aluzji lubiła podkreślić oklaskami że chwyta jakiś przytyk do współczesnej polityki; obyczaj ten przygasł za nowych czasów, ostatnio jednak wracał dość żwawo. To wszakże były zawsze reakcje odbite. Odpowiedzi na skuteczny sygnał ze sceny. Tymczasem w opisanych przypadkach publiczność raczej wzięła ze spektakli tylko pretekst, by zamanifestować swą postawę. Niekoniecznie zgodną z zamysłem teatru. Na pewno sprzeczną z intencjami w przypadku szczecińskim (i świadczącą, mówiąc wprost, o niepowodzeniu przedsięwzięcia). Ale i realizatorom warszawskiej premiery też nie szło, wolno przypuszczać, o dostarczenie stołecznym salonom taniej, łatwej i średnio zasłużonej satysfakcji.

Czy więc to publiczność będzie w najbliższym czasie przynosić do teatru swoje emocje i niejako zaszczepiać je dziełom scenicznym, modyfikując ich kształt? Całkiem to możliwe, zważywszy siłę nabrzmiewających społecznych napięć. I może nawet całkiem rajcujące dla tych twórców, którzy uwielbiają na scenie żywioł konfliktu. Dobrze byłoby wszakże pamiętać, że po pierwsze publiczność, manifestująca swoje, jednocześnie radykalnie zamyka uszy na cudze. Nie tylko na głos oponentów, także na głos teatru, który jednak coś, może trochę bardziej skomplikowanego, chciałby jej od siebie powiedzieć. A po drugie, jak widać na obrazku manifestacja jednych może być mocno nie w smak drugim. Może być dla drugich szokiem, wręcz stanowić casus belli. I co, doczekamy się festiwalu teatralnych pojedynków na oklaski, których natężenie trzeba będzie mierzyć odpowiednią aparaturą (ponoć jest taka, wykorzystywana na festiwalu filmowym w Gdyni), zaś każda drużyna widzów będzie przekonana, że waląc do bólu w swe obrzękłe prawice (i lewice) zajmuje pryncypialne stanowisko w ideowym sporze?

Jakież to będą nudy!

JS

Udostępnij